O światowym kryzysie lewicy mówi się dziś bardzo dużo. Upadek realnego socjalizmu pozbawił ją głównych ideologicznych narzędzi. Marksizm "stosowany" całkowicie się skompromitował. Inne opcje też nie były bardzo zachęcające. Do wyboru pozostała "trzecia droga" Tony'ego Blaira oznaczająca faktyczną akceptację wolnorynkowego kapitalizmu, nowolewicowa krytyka ograniczająca się do sfery spraw obyczajowych czy wreszcie dość jałowy alterglobalistyczny protest. W Polsce ten kryzys lewicy przybrał specyficzną formę. Pisze dziś o niej na naszych łamach znany publicysta Rafał Matyja. Polskie środowiska lewicowe wybrały w latach 90. strategię pozbywania się lewicowych idei, by zachować dominację w publicznym dyskursie. Znamienne jest to, że kiedy na początku tamtej dekady Jan Józef Lipski próbował reaktywować przedwojenny PPS, jego inicjatywa spotkała się z całkowitą obojętnością. Lewica postkomunistyczna zajęta była głównie urządzaniem się w nowej rzeczywistości. Lewica postsolidarnościowa zaś nie potrafiła zdobyć się na taką krytykę owej rzeczywistości, która uwzględniałaby prawdziwie lewicowe postulaty. Jedyne, co jej się udało, to stworzenie swojskiej wersji politycznej poprawności służącej stygmatyzacji przeciwników. Społeczeństwu mogła zaoferować wyłącznie wezwania do biernego przyjęcia brutalnych przemian rynkowych. Sparaliżowała tym samym całkowicie spontaniczną aktywność obywatelską. Dziś potrzeba jej ludzi, którzy będą potrafili na nowo odkryć zapomniany skarb polskiej lewicowości z całą jej chlubną tradycją. I sformułują program konkurujący z ideami triumfującej prawicy.

p

Rafał Matyja*

O słabości polskiej tradycji lewicowej

W demokratycznej rywalizacji słowo "lewica" wyznacza zaledwie pozycję na mapie politycznej kraju. Jednak jego ideowy sens i nośność były przez lata oderwane od tego kontekstu. W pewnym okresie określały wręcz towarzyską i intelektualną "nobilitację", stanowiły punkt orientacyjny, a zarazem swego rodzaju milczące zobowiązanie. Zobowiązanie do przestrzegania pewnych reguł myślenia i wartościowania, do respektowania jednych autorytetów i kwestionowania innych. Budowały też mur obojętności lub dezaprobaty dla poglądów i tradycji odmiennych. Dziś straciły dawny urok i tylko przez nielicznych traktowane są jako trudne do wykonania zadanie. Kiedy w połowie lat 80. Piotr Wierzbicki ogłaszał swoje "Myśli staroświeckiego Polaka", jego teza o ideowej dominacji lewicy wydawała się oczywistością. "Lewica sprawuje rząd dusz w TKK - pisał Wierzbicki - w najbardziej reprezentatywnych publikacjach, w środowisku inteligencji, znacznego odłamu duchowieństwa, elity inteligenckiej niemal całej". Rzeczywiste wpływy były wówczas bliskie intelektualnej dominacji, politycznego monopolu na reprezentowanie "Solidarności". Widać to było szczególnie w postawach najbardziej podatnej na intelektualne mody młodzieży akademickiej. Pamiętam, że większość aktywnych politycznie studentów Uniwersytetu Warszawskiego - w tym przyszli prominentni działacze formacji prawicowych - skłonna była przyznawać się do lewicowych sympatii. Prawica budziła zdziwienie pomieszane z mało tolerancyjnym obrzydzeniem. Z oporami sięgano po konserwatywną "Politykę Polską" czy "Stańczyka". Koncepcje polityczne prawicy traktowano jako współczesną wersję "obozu ugody" czy wręcz "zdrady imponderabiliów". Dopiero obrady Okrągłego Stołu i zawarte przy nim kompromisy stworzyły okazję do pierwszej weryfikacji owej lewicowej mody. Drugą okazją był spór o komitety obywatelskie i "wojna na górze", a potem - rozczarowanie polityką Wałęsy. Lewica akademicka widziana oczami człowieka od pierwszych lat studiów zaangażowanego po przeciwnej stronie była silnym systemem powiązań towarzyskich umożliwiających naukowy, intelektualny i polityczny awans. Sympatie prawicowe - tak się przynajmniej wówczas wydawało - skazywały na karierę drugorzędną. Zwłaszcza że po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, pojęcie lewica miało jeszcze inną - zakorzenioną w tradycji PZPR - konotację. Prawica była w świecie akademickim ciałem obcym. Nie było niczym dziwnym, że ktoś zaplątał się w jakimś partyjnym komitecie albo wydawał broszurki w biblioteczce lektora KC. Podejrzany stawał się ktoś, kto był członkiem jakiejś konserwatywnej czy chadeckiej partii, redaktorem lub publicystą niszowego kwartalnika o prawicowych sympatiach. Warto o tym wspomnieć nie po to, by wypominać dawne mało eleganckie praktyki, lecz by ukazać skalę dominacji wielobarwnej lewicy w świecie uniwersytetów, mediów, ludzi kultury. Co stało się dziś z niegdysiejszym hegemonem? Wszak ludzie, którzy byli uznawani za lewicowe autorytety, nie przestali być obficie cytowani, zapraszani, wielbieni. Przetrwały ich myśli, sympatie, uprzedzenia i fobie. A jednak zadeklarowana "lewicowość" wyparowała z salonów. Przecież nie ze wstydu przed zamożnością - z tym akurat zachodnia lewica radzi sobie od dziesięcioleci całkiem nieźle. Nie z obawy przed mało nośną politycznie "etykietką" - wszak lewica od początku lat 90. znaczy w polityce więcej niż umiarkowane liberalne centrum.

Ktoś mógłby powiedzieć, że "wyparowała", bo zawsze była tylko kostiumem, który skrywał coś innego. W latach PRL skrywał konformizm i chęć nawiązania jakiegoś dialogu z lewicową ex definitione władzą. Przedtem i potem był maską niechęci wobec religii i Kościoła, przedwojennego państwa i ciężkiej od patriotycznego gestu narodowej tradycji. Kostiumem, który zużył się i powycierał - ale, co ważniejsze, opatrzył się i stał dotkliwie niemodny, anachroniczny. Pamiętam pełne zakłopotania uniki, gdy w 1987 roku powstała PPS Jana Józefa Lipskiego i liczni, bardzo liczni "lewicowcy" jakoś zupełnie nie kwapili się, by stanąć pod tak anachronicznym szyldem. Ta ostatnia ważna inicjatywa człowieka, którego opozycyjny salon nazywał przecież Prezydentem, była zupełnie nie po ich myśli - zarówno tej taktycznej, jak i tej głębszej, bardziej dalekosiężnej. Taktycznie ważne było, by "rozpłynąć się w >>Solidarności<<", zachować wpływ na Wałęsę i zdolność reprezentowania całej strony społecznej. Wyrazista polityczna etykietka redukowała stanowisko ówczesnej warszawskiej lewicy do wymiaru "strony" i odbierała prawo do przemawiania w imieniu wszystkich. Ale był też wymiar głębszy, nie tylko taktyczny, czyli pewnego rodzaju zwątpienie w zasadność lewicowego kanonu przekonań. Takie spostrzeżenia nasuwa uważna lektura kolejnych numerów emigracyjnego "Aneksu", który zaczynał od zainteresowania nową lewicą i eurokomunizmem, a w drugiej połowie lat 80. w zasadzie antycypował liberalny zwrot w polityce gospodarczej i umiar w sferze obyczajowej i kulturowej. Wydawane przez Aleksandra Smolara pismo pozwala dziś zrozumieć zasadniczą ścieżkę rozumowania ludzi, którzy nadawali ton lewicowej elicie intelektualnej. Paradoksalnie jednak to, co przez całe lata stanowiło o sile lewicy, stało się barierą jej rozwoju w latach 90.: sztywna hierarchia autorytetów, jedność politycznego działania, umiejętność sterowania tematami publicznej debaty. Kiedy bowiem czołówka tego środowiska - wpływowi politycy późniejszej Unii Demokratycznej i publicyści "Gazety Wyborczej" - podjęła istotną grę o nadanie kształtu polskim przemianom, udało jej się zablokować wewnętrzną krytykę "z lewej strony". Udało się uspokoić wątpliwości, zbudować przekonujący obraz wroga, zmobilizować polityczną lojalność. Słynny krakowski apel intelektualistów, kampania przeciwko prezydenckiej kandydaturze Wałęsy, przestrogi przed nacjonalizmem i klerykalizacją odsuwały na dalszy plan pytania o treść przemian gospodarczych i społecznych. Program rewindykacji zastąpiła społeczna wrażliwość Jacka Kuronia, postulat laickości został zredukowany do polemiki z katolickim integryzmem. Osią programu stała się zaś obrona przemian gospodarczych i zablokowanie polityki rozliczeń. Z samej Unii odszedł najpierw Zbigniew Bujak, potem Barbara Labuda. Reprezentująca okrojony do sfery obyczajowej program lewicy Frakcja Społeczno-Liberalna Zofii Kuratowskiej została zmarginalizowana. Stanięcie na czele Unii Wolności Leszka Balcerowicza dopełniło tej ewolucji. Ewolucji, która nie ma dziś swoich sukcesorów. Tak silne środowisko nie posiada ideowych spadkobierców, którzy przedstawiliby sens i konsekwencję opisanych wyżej przemian. Związani z nim ekonomiści i technokraci łączą swą kompetencję akademicką i profesjonalną z całkowitą nieporadnością w formułowaniu ocen politycznych. Krytycznie opisana przez Wojciecha Lamentowicza idea "technokratycznego państwa innowacyjnego" nie doczekała się jasnej politycznej afirmacji.

Z perspektywy dziejów myśli politycznej opisane wyżej wydarzenia lat 90. będą z pewnością odczytywane jako zabieg skutecznej eliminacji idei lewicowych dający środowiskom o lewicowym rodowodzie sporą możliwość działania politycznego. Z drugiej zaś strony - oddający polityczny sztandar lewicy postkomunistom, co w inny sposób zablokowało rozwój myśli socjalistycznej. Postkomuniści nie mogli zająć miejsca, które zajmuje lewica, z trzech istotnych powodów. Nie zaliczyłbym do nich - wbrew powszechnemu mniemaniu - powiązań ze światem kapitału czy nawet osobistej zamożności części postkomunistycznego establishmentu. Podstawowym problemem była niezdolność zbudowania krytycznej wizji panujących porządków - wizji obejmującej nie tylko wprowadzane w latach 1989 - 1993 zmiany, ale społeczne status quo. Postkomuniści występowali bowiem w roli siły zachowawczej, w pełnym tego słowa znaczeniu. Chcieli ochrony społecznych hierarchii i kanałów dystrybucji dóbr, chcieli ochrony tworzonych w epoce PRL instytucji i życiorysów nawet wtedy, gdy urągało to elementarnemu poczuciu sprawiedliwości. Tymczasem lewicowy ideał musiał być formułowany w opozycji do postkomunistycznego status quo z jednej strony, a zarazem w opozycji do aksjologicznych i instytucjonalnych wymiarów transformacji z drugiej. Krytyczny i destrukcyjny potencjał lewicy można było zatem wykorzystać tylko na jednym froncie - walki z Kościołem i katolickimi postulatami ustrojowymi, a przede wszystkim walki z postulatami prawnej ochrony życia poczętego. Jedyny szeroki ruch lewicowy lat 90. powstał w ramach komitetów referendalnych, które zbudowały jednorazową polityczną siłę Unii Pracy. Charakter owej mobilizacji uniemożliwiał jednak zbudowanie na bazie tej partii lewicy pełnowymiarowej. Zwłaszcza że SLD robił wszystko, by wciągnąć jej liderów - takich jak Marek Pol czy Wojciech Lamentowicz - w orbitę własnych wpływów. Drugim powodem, dla którego SLD nie zajął miejsca tradycyjnej lewicy, był twardy antysolidarnościowy resentyment jego liderów i zaplecza politycznego. Trudno zrekonstruować cudze emocje, ale motyw siły używanej przeciwko strajkom robotniczym, motyw lęku przed manifestującym tłumem czy wreszcie uraz wobec specyficznej retoryki związkowej musiały w istotny sposób blokować wypełnianie funkcji lewicy społecznej przez tę formację. Wyjątkiem mogła być tu sprawa ochrony praw sektorowych w grupach takich jak górnicy czy nauczyciele, gdzie pewien system przywilejów zawodowych wiązał się z dziedzictwem dawnego systemu. Wreszcie powód ostatni - zarówno postkomuniści, jak i przeważająca część dawnej lewicy solidarnościowej zawarły założycielską umowę, która zakładała stłumienie lub przynajmniej ograniczenie spontanicznej aktywności społecznej. Definiując wspólnego wroga w postaci antyreformatorskich sił w partii i w obozie opozycji sygnatariusze porozumień Okrągłego Stołu zwrócili się de facto do społeczeństwa z apelem o bierne poparcie przemian, o rezygnację z właściwych ruchom lewicowym form ekspresji politycznej. Częściej używała ich związkowa prawica z "Solidarności". Czy mogło być inaczej? Czy możliwa była ewolucja sceny politycznej i życia umysłowego, która pozwoliłaby lewicy odgrywać znaczącą rolę? Zapewne tak, bo procesy, o których mowa, były często efektem decyzji stosunkowo wąskich grup. Teoretycznie możliwe było ukształtowanie się polityki opartej na jednoczesnej krytyce trzech zjawisk: scenariusza przemian społeczno-ekonomicznych definiowanego jako narzucony z zewnątrz, wpływu Kościoła na życie publiczne i rosnącego wraz ze zmianami gospodarczymi zjawiska wykluczenia. Polityka taka w sensie symbolicznym mogła nawiązywać wprost do doświadczenia "Solidarności", do ekonomicznych i socjalnych postulatów tego ruchu. Jeśli nie stałaby się jawnie antyreligijna, a poprzestawała na jakiejś formie ludowego antyklerykalizmu wymierzonego w "przywileje duchowieństwa" oraz "nieżyciowe reguły moralne", mogłaby zapewne znaleźć stosunkowo szerokie społeczne poparcie. Zwłaszcza gdyby udało jej się wyjść poza wielkie miasta i dostrzec zjawiska biedy, bezrobocia czy strukturalne problemy rolnictwa na polskiej prowincji. Taka plebejska lewica mogłaby mieć zwolenników w szeregach niedawnych wyborców Samoobrony, SLD, Unii Pracy, "Solidarności", a nawet AWS. Ważna książka Davida Osta o klęsce "Solidarności" pokazała istnienie intelektualnej ścieżki, którą w ostatnich latach szedł niemal samotnie Ryszard Bugaj. Można było sobie wyobrazić taką istotną formę obrony pracowniczego programu Sierpnia, która byłaby nie tylko dobrym hasłem wyborczym, ale także dającą się racjonalnie uzasadnić ideą polityczną, pełnoprawną stroną w publicznej debacie lat 90.

Ten model lewicowości miałby zatem potwierdzenie w faktach, w intelektualnej tradycji, w społecznym zapleczu. Miałby przy tym znacznie "uczciwsze" papiery niż kostiumowa lewicowość lewicy czy przywoływane z rzadka lewicowe korzenie neoliberałów. Nawet jeśli nie stałby się nigdy przesłanką rządzenia - stanowiłby istotny punkt odniesienia dla centrum, postkomunistów i prawicy. Znając przy tym wpływ, jaki sama rywalizacja wywiera na programy poszczególnych ugrupowań i nurtów, można sobie wyobrazić, że zmianie uległby także program wszystkich trzech "sąsiadów" takiej postsolidarnościowej lewicy. Co jednak niezwykle istotne, zmieniłby się także kształt publicznej debaty i realny układ sił społecznych mobilizowanych przez inne niż te obowiązujące w latach 90. idee. Zyskałoby też z pewnością życie intelektualne, w którym lewicowość przekształciła się w latach 90. w nudnawą nadwiślańską odmianę politycznej poprawności. Dzisiejszy stan myśli lewicowej - o ile nie będziemy do niej zaliczać nurtu selektywnej rehabilitacji PRL - jest zatem zadziwiająco słaby, jeśli pamięta się jej niegdysiejszą hegemonię. Co ważniejsze, lewica w niewielkim stopniu interesuje się własnymi korzeniami, w niewielkim stopniu do nich nawiązuje. Nie spotkałem zwartego wykładu socjalistycznej krytyki PRL i "realnego socjalizmu" obecnej choćby w analizach londyńskiego "Robotnika". Próżno szukać ciekawych przewartościowań myśli Kuronia, Michnika czy Lipskiego. Odświeżanie ich w rocznicowo nabożnej formie raczej przyczynia się do ich nieobecności i zapewnia miejsce wśród "martwych pamiątek". Tymczasem uwspółcześniona lektura dawnych tekstów z pewnością prowadziłaby do istotnej dyskusji na temat praw pracowniczych w ich wymiarze ekonomicznym, politycznym i kulturowym. Do zagadnienia państwa narodowego i narodowej strategii gospodarczej. Mogłaby podsunąć też inne niż przekalkowane z fantazji nowej lewicy sposoby laickiego mówienia o Kościele, wspólnocie narodowej czy roli przemocy w polityce. Wiele wskazuje na to, że kontekst lokalny (narodowy?) myśli lewicowej interesuje już tylko najstarsze pokolenie historyków idei. Myśl importowana, często w nie najlepszym przekładzie, jest mimo wszystko łatwiejszym punktem odniesienia. Wygląda modnie i daje poczucie uczestnictwa w czymś ważniejszym niż jakiś prowincjonalny polski spór. Nic zatem dziwnego, że staje się pasją tych, których - z różnych powodów - stać na taką modę. Którzy mają dostateczne wykształcenie, niezależność finansową i którym daje to poczucie przynależności do lepszego świata. Z tego punktu widzenia tradycja lewicy może wydawać się - z małymi wyjątkami - kufrem, którego wieko raz na zawsze zatrzaśnięto. Do którego nie zagląda się nawet podczas akademickich seminariów, którym nie interesuje się żaden krąg wtajemniczonych sympatyków. Jeżeli jednak uważnie przyjrzeć się renesansowi myśli prawicowej - odkrytej po długiej, trwającej ponad ćwierć wieku przerwie, studiowanej bez przewodników, reinterpretowanej i przykrawanej do polskich realiów najpierw lat 80., a potem 90. - to można przypuszczać, że również do lewicowego kufra włamie się jakieś niepokorne pokolenie i na przekór ojcom i dziadkom, którzy wieko zatrzasnęli, zacznie wyciągać zeń zapomniane teksty.

Rafał Matyja

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Był działaczem opozycji demokratycznej, redaktorem pism "Nurt" oraz "Debata". W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz z Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 190 z 24 listopada br. zamieściliśmy jego tekst "Dwa populizmy".