Na bocznym torze

Ogólnoświatowy kryzys lewicy prowokuje do pytania o to, czy polska lewicowa inteligencja przetrwa. Choć w naszej części Europy inteligencję zawsze kojarzono z lewicą, dziś coraz częściej słychać głosy, że ta tradycja jest już martwa. Że pokolenie Lipskiego, Modzelewskiego czy Kuronia nie pozostawiło następców. W poprzednim numerze "Europy" nad tą kwestią zastanawiali się Rafał Matyja, Kinga Dunin i Sławomir Sierakowski. Dziś kolejne argumenty do dyskusji przedstawiają uczestnicy naszej ankiety: Jadwiga Staniszkis, Marcin Król i David Ost. Ten ostatni wskazuje, że polska inteligencja bardzo szybko po 1989 roku rozstała się ze swoimi lewicowymi ideałami. Lewicowy język podobnie jak i robotnicza sprawa, której miał on bronić, zostały przez nią potraktowane raczej instrumentalnie. Były potrzebne, dopóki trwał konflikt z autorytarną, komunistyczną władzą. Potem je odrzucono, mimo że większość postulatów wysuwanych przez robotników nie została spełniona. Marcin Król wskazuje, że współczesnej lewicy ani w Polsce, ani na świecie nie udało się stworzyć alternatywy dla dominującej ideologii neoliberalnej. Tymczasem problem solidarności społecznej to najważniejsze zagadnienie dla naszej cywilizacji. Najbardziej radykalnie brzmi jednak głos Jadwigi Staniszkis. Jej zdaniem polska inteligencja nie jest w stanie zrozumieć zmian, jakie zachodzą na świecie w sferze idei. Dawne ideologiczne podziały ulegają zatarciu. Pojawia się nowy typ "synkretycznego" myślenia, które stawia na łączenie rozmaitych ideologicznych wątków i budowanie na ich podstawie nowych wielofunkcyjnych instytucji. Polscy inteligenci wciąż natomiast za najbardziej naturalny uznają język walki i środowiskowej mobilizacji.

p

Klasy, lewica, dialog

David Ost

Zgadzam się z poglądem, że dzisiejsza polska inteligencja nie jest lewicowa. Przyczyn tego stanu rzeczy należy, moim zdaniem, szukać w stosunkowo niedawnej przeszłości; w przemianach, jakie rozpoczęły się w latach 70. To wówczas duża część liderów opozycji, którzy historycznie związani byli z lewicą, zaczęła skłaniać się ku nowej formie lewicowości. Charakteryzował ją antyautorytaryzm, społeczny aktywizm oraz brak nawiązań do podziałów klasowych. Było to porzucenie pozycji tradycyjnie przypisywanych lewicy, ponieważ z tymi ostatnimi utożsamiano komunistyczną władzę.

Na skutek tej zmiany perspektywy ówczesna "nowa lewica" coraz bardziej zmierzała w kierunku liberalizmu. Adam Michnik mówił o sobie jako człowieku lewicy bodaj po raz ostatni na stronach książki "Kościół, lewica, dialog". To kluczowa publikacja ukazująca ewolucję opozycyjnej lewicy. Najważniejszy jest tam wątek antyautorytarny, co w gruncie rzeczy oznacza opowiedzenie się za politycznym liberalizmem.

Na Zachodzie pojawienie się nowej lewicy nie oznaczało końca starej. Działacze tradycyjnej lewicy byli wciąż aktywni w związkach zawodowych akcentujących problemy klasowe czy w nastawionych antyelitarystycznie partiach politycznych. Tymczasem w Polsce zarówno poglądy tradycyjnie lewicowe, jak i reprezentujące je organizacje były podporządkowane władzy. Tym samym stara lewica została całkowicie pozbawiona legitymizacji. Nie reprezentowała nieuprzywilejowanych, lecz aparat władzy.

Wielu działaczy nowej lewicy znalazło się na czele "Solidarności", ogólnokrajowego ruchu robotniczego. Problem polega jednak na tym, że reprezentując ludzi pracy, reprezentowali jednocześnie siebie - elastycznych, mobilnych intelektualistów. W systemie komunistycznym miało to oczywiście sens. Każdy był wówczas zatrudniony przez państwo i wydawać się mogło, że wszyscy mają te same interesy. Po 1989 roku zaczęły się one jednak różnicować. Dla intelektualistów walka się skończyła, podczas gdy robotnicy wciąż uważali za konieczną obronę swoich interesów klasowych. Po upadku komunizmu drogi przedstawicieli nowej lewicy i robotników rozeszły się. Ci pierwsi wciąż jednak uważali się za reprezentantów ludzi pracy. Pozostali wierni swoim zasadom, antyautorytaryzmowi, aktywizmowi politycznemu, ale nie używali kategorii klasowych.

Zniknięcie pojęcia klasy z języka polskiej debaty publicznej było zrozumiałe, ale niefortunne. Po 1989 roku Polacy mówili, że chcą budować "normalne społeczeństwo", "normalny system". Rozumiano przez to ład, w którym istnieją nowe elity, zaś robotnicy przestają mieć wpływ na cokolwiek. Nikt jednak nie przyznałby wówczas, że powstaje "społeczeństwo klasowe". Tymczasem w normalnym społeczeństwie istnieją podziały klasowe, sprzeczne interesy, konflikty.

Kiedy używam pojęcia "klasa", często spotykam się w Polsce z zarzutem, że jestem komunistą. A przecież używano tego terminu do opisywania rzeczywistości rynkowej! Obrósł on jednak negatywnymi skojarzeniami. Po 1989 roku ludzie nie chcieli organizować się zgodnie z klasowymi podziałami, przedstawiciele "nowej lewicy" odmawiali rozumowania w tych kategoriach. Ze swojego słownika wykreślili je także postkomuniści. Zabrakło języka, którym można by było mówić o tych problemach. Dlatego tak nośna stała się retoryka narodowych krzywd, wykorzystywana przez "politycznych przedsiębiorców" do zdobycia władzy.

Sądzę, że trzeba wypracować nowe sposoby mówienia o kwestiach klasowych. To wymaga jednak przemyślenia na nowo zarówno dziedzictwa lewicy, jak i prawicy. Trzeba jasno wskazać, dlaczego pojęcie "klasy" było tak istotne w lewicowej retoryce i dlaczego prawica nigdy nie broniła interesów robotników w demokratyczny sposób. W prawicowym języku robotnik był ważny jako reprezentant określonego narodu, pewnej wąskiej grupy. Natomiast lewica starała się bronić interesów uniwersalnych.

Polskie społeczeństwo nie jest z natury ani lewicowe, ani prawicowe. Podziały są sprawą politycznej organizacji. "Nowa lewica" po upadku komunizmu całkowicie porzuciła język polityczny i zwróciła się w stronę technokracji. Jeżeli jakakolwiek lewica chce odegrać aktywną rolę w nowej, rynkowej rzeczywistości, musi wykonać żmudną pracę intelektualną, publicystyczną, organizacyjną. I przezwyciężyć poczucie, że tradycji starej lewicy należy się tylko wstydzić. Krytykować, owszem można, nawet bardzo ostro. Ale trzeba zarazem uratować sedno: obronę interesów ekonomicznych i godności niezamożnych.

Wrażliwość to za mało

Jadwiga Staniszkis

Nie zgadzam się z diagnozą, że polska inteligencja w latach 70. i 80. w przeważającej większości była lewicowa. Nie powinniśmy traktować postawy prospołecznej i lewicowości jako synonimów. Tamci ludzie, których cechowała nie tyle lewicowość, ile potrzeba wierzenia, potrzeba jakiejś "nadrzeczywistości", za pomocą której mogli wszystko interpretować, tamci ludzie, którzy się rozczarowali do rewizjonizmu, zaczęli pewnego typu flirt z myślą społeczną Kościoła. To się nasiliło w późnych latach 70., kiedy pojawił się Jan Paweł II, ale było widoczne jeszcze wcześniej w tych wszystkich strukturach, do których przylgnęli ludzie, którzy przedtem znaleźli się w orbicie lewicowej utopii. Po komunizmie stały się możliwe typy myślenia prospołecznego w innych konwencjach. Na dodatek młodego pokolenia nie interesuje lewicowość - bo lewicowość nie dostarcza pociągających rozwiązań instytucjonalnych i ogranicza się coraz bardziej do niszowych kwestii obyczajowych. Dziś obserwujemy dwa zasadniczo nowe zjawiska w sferze idei. Pierwsze zjawisko to zastąpienie dyskursywnej metody dochodzenia do tzw. prawdy synkretyzmem. To znaczy, że istnieje cała mapa różnego typu klisz ideowych - konserwatyzm, populizm, liberalizm - a najciekawsze innowacje dotyczą przeformułowania relacji między tymi kliszami. Myślę tu np. o sposobie, w jaki Platforma i PiS próbowały łączyć ze sobą konserwatyzm, liberalizm i populizm. Najwyraźniej widać to w Platformie - podstawowym problemem ideowym nie jest ostre zaznaczenie różnicy np. wobec PiS, lecz bardziej pomysłowe określenie relacji między ideowymi zbitkami na poziomie instytucjonalnym: co to znaczy dziś być np. konserwatystą równocześnie doceniającym mechanizm liberalny, w jaki sposób te dwa, pozornie przeciwne układy pojęciowe stanowią dla siebie ograniczenie. Ten kres dyskursywności oznacza oczywiście kryzys polityki, a przynajmniej polityki tożsamości, bo bardzo trudno jest określić się wobec tego typu partii. Polski inteligent nie jest w stanie się w synkretyzmie odnaleźć. Drugie zjawisko widać coraz wyraźniej w dyskusjach wokół traktatu reformującego, a szczególnie Karty Praw Podstawowych. To jest coś, co określiłabym jako postsekularyzm - nie tyle powrót do religii, ile dostrzeżenie, że pewne doświadczenia intelektualne i moralne będące w przeszłości konsekwencją doświadczenia religijnego są potrzebne. Pojawia się coraz więcej głosów, że potrzebne jest pewne doświadczenie tabu, że potrzebne jest określenie obszarów, w których podejmuje się świadomy wybór i ponosi się odpowiedzialność, bo inaczej mamy po prostu bezrefleksyjne dryfowanie. To nie jest neotradycjonalizm ani powrót do wartości neokonserwatywnych, ale docenienie barier, czegoś, co kiedyś określano mianem grzechu. I znowu przeciętny polski inteligent, który chce być "postępowy" i wrażliwy, nie jest w stanie się w to wstrzelić. Przeciętny lewicowy inteligent po prostu się w tym gubi. Takie odruchy wynikają z ubóstwa samoświadomości społecznej środowiska inteligenckiego. Zbyt mało jest dziś czasu na namysł i refleksję. Większość mediów wtłacza nas w jednoznaczność, która tak naprawdę jest już niemożliwa. Brakuje świadomości, że jesteśmy w trakcie takiej cywilizacyjnej przemiany, bo synkretyzm w świecie idei - jako nowa norma - oznacza odejście od logiki dwuwartościowej na rzecz wielowartościowej, uznanie, że każda idea dotyczy innej fazy danego procesu, innego poziomu czy innego aspektu.

Polska inteligencja pracuje przede wszystkim wrażliwością, wzruszaniem się, etosami czy zrywami, ale ten typ funkcjonowania po prostu już nic nie daje. Nie można dziś powiedzieć, kto - myślę o PiS i Platformie - będzie grał rolę "lewicową" i "prawicową". Platforma dryfuje w kierunku populizmu, bo nie stworzyła odpowiednich relacji wewnątrz własnej potrójnej formuły konserwatyzm - liberalizm - populizm. Ograniczyła rolę Rokity i nie ma silnego członu konserwatywnego. A ponieważ jest na tym punkcie wrażliwa i pragnie pokazywać, że jednak ten konserwatywny człon posiada, bardziej ulega Kościołowi, niż ulegała za czasów Rokity. Z drugiej strony PiS może niebawem przejąć rolę PO i punktować Platformę za brak liberalizmu. Zarzucać to, co świat biznesu zarzuca dziś Platformie. Możliwa jest zamiana ról, bo "wszyscy są wszystkim" - i na potrzebę chwili uaktywniają jakiś pojedynczy element albo lepiej go "sprzedają".



O nową solidarność społeczną

Marcin Król

Nie ma już i nie będzie lewicowej inteligencji, bo skończyły się czasy podziału mózgu na część lewicową i prawicową. Jeszcze nie tak dawno, bo 30 lat temu, w Polsce wszyscy - nawet niekomuniści - mieli skłonność do użytkowania wyłącznie lewicowej półkuli. Toteż kiedy ukazała się książka dla starszej młodzieży, którą napisałem wspólnie z Wojciechem Karpińskim, "Sylwetki polityczne XIX wieku", uznano nas za szalonych prawicowców. Teraz byłoby to już niemożliwe i całe szczęście, bo spór był całkowicie jałowy. Nie wierzę w odrodzenie polskiej lewicowej inteligencji (ani żadnej innej zwłaszcza wzorującej się na Zýizýku i jemu podobnych). Wierzę natomiast, że istnieje problem, który zapewne jest najważniejszym problemem naszych czasów i naszej cywilizacji. Można go - jeśli już ktoś koniecznie chce - uznać za lewicowy. Moim zdaniem jest on kluczowy dla dalszego trwania tej cywilizacji. Chodzi o - rozmaicie określane - zagadnienie solidarności społecznej, kapitału społecznego, zaufania społecznego czy też państwa społecznego. Pozostańmy jednak przy solidarności społecznej (koniecznie przez małe "s"). Otóż jeżeli idea tej solidarności jest w jakimkolwiek sensie lewicowa, to tylko dlatego, że jest głęboko antyneoliberalna.

W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że istnieje pewna polityczno-gospodarcza moda obowiązująca w wielu krajach i w wielu kręgach, która sprowadza się do kilku tez: najlepiej jeśli wszystko jest regulowane przez "ład spontaniczny"; jedynym celem jest wzrost gospodarczy, a problemy społeczne zostaną rozwiązane dzięki wzrostowi gospodarczemu; dość już dawania pieniędzy na pomoc dla ludzi, którym z dowolnego powodu nie całkiem się udało lub w ogóle się nie udało, czyli znaleźli się w tak zwanej underclass. Jest to nie tylko moda, ale wręcz mania neoliberalna, która opanowała świat i która wyraża się także w przekonaniu, że nie da się jednocześnie zapewnić funkcjonowania efektywnej gospodarki wolnorynkowej i dbać o sprawiedliwy podział dochodu oraz społeczną solidarność.

Otóż, kiedy dorosły człowiek widzi na własne oczy rozmiar ludzkiego nieszczęścia, i to w krajach europejskich (ja sam oglądam teraz, jak we wspaniale rozwijących się Węgrzech w prowincjonalnych miastach śmietniki są dosłownie oblegane przez ubogich), nie może pogodzić się z neoliberalną wizją świata. Jestem przekonany, że będziemy mieli do czynienia ze zderzeniem dwu sposobów myślenia: neoliberalnego i solidarnościowego. Czy ten drugi jest lewicowy? Na pewno nie w rozumieniu tradycyjnej lewicy.

Rzecz bowiem w tym, czy godząc się na to, że korzystamy z fantastycznego dorobku naszej cywilizacji, kupujemy co roku nowy komputer albo jeździmy za granicę, zdajemy sobie jednocześnie sprawę, że dokonuje się to pewnym kosztem, a mianowicie kosztem braku solidarności. Zamożniejsi ludzie zawsze mieli dostęp do większej liczby dóbr niż mniej zamożni, ale w XIX wieku lewica (i Kościół) protestowała przeciwko "manchesterskiej" bezwzględności, pracy dzieci w kopalniach i innym skandalom. Teraz mamy do czynienia z identycznymi skandalami, tyle że nie powodują ich podli burżuje, lecz neoliberalny system. Są one też starannie skrywane. Protestów w zasadzie nie słychać lub też mają one charakter niedzielnej pogawędki telewizyjnej, kiedy to pokazuje się rodzinę, w której dzieci nie dojadają, a na ścianach rośnie grzyb.

A przecież nie chodzi tu o liczne przypadki nierówności, nawet drastycznych, ale o to, że będzie tylko gorzej, dopóki nie uznamy, że panujący system dystrybucji po prostu kłóci się z szacunkiem należnym godności jednostki. Innymi słowy, zmianie musi ulec filozofia polityczna neoliberalizmu i demokracji liberalnej. Czy ma się ona stać lewicowa? Zdecydowanie nie. Powinna zostawić w spokoju wolny rynek, ale zarazem poważnie i od nowa zająć się sprawiedliwością i solidarnością społeczną. To wielkie zadanie, do którego nikt na świecie nie jest dobrze przygotowany. W Polsce zaś sytuacja pod tym względem jest znacznie gorsza niż gdzie indziej, bo wciąż brakuje nam wyobraźni.