Z pytaniem o cele polityki blisko związany jest problem kondycji klasy politycznej. Jej dojrzałości rozumianej jako umiejętność wzniesienia się ponad partykularne interesy i myślenia w kategoriach dobra wspólnego. Takiej dojrzałości polskim politykom dotkliwie brakuje - twierdzi Edmund Wnuk-Lipiński. Większość czasu wydają się oni poświęcać na medialne igrzyska, w których banalne drobiazgi urastają do rangi pierwszoplanowych problemów. Sprzyja temu inna cecha polskiego dyskursu publicznego: traktowanie politycznego oponenta jako śmiertelnego wroga. W takiej atmosferze merytoryczna dyskusja jest niemożliwa, bo w niej akurat trzeba czasami przyjmować krytykę albo, co gorsza, przyznawać rację przeciwnikowi. Z braku sensownej debaty pozostają mniej lub bardziej brutalne utarczki i granie na emocjach. Czy z tej zapaści można jakoś wyjść? Czy doczekamy się w Polsce polityki dla dorosłych - kompromisowej, skupionej na strategicznych celach, od których realizacji zależy dobrobyt kraju? Wnuk-Lipiński pozostaje sceptykiem - teoretycznie można sobie wyobrazić polskich polityków siadających do okrągłego stołu i zawierających konsensus ponad podziałami dotyczący na przykład polityki europejskiej, ale to raczej melodia przyszłości.

p

Edmund Wnuk-Lipiński*

Dlaczego brak nam dojrzałej polityki?

Polityka bez jasno sprecyzowanych celów jest zaledwie technologią zdobywania i utrzymania władzy. Polska polityka cierpi na deficyt celów strategicznych, które - przy zachowaniu wszystkich różnic - integrowałyby klasę polityczną wokół tego, co dla kraju najważniejsze. Powstaje pytanie, dlaczego cele strategiczne składające się na polską rację stanu są mgliste i zasadniczo nieobecne w dyskursie politycznym?

Obserwacja polskiej sceny publicznej z pewnego dystansu nasuwa przynajmniej dwa spostrzeżenia: po pierwsze, widzimy trywializację polityki, a po drugie, nagminne traktowanie konkurentów do władzy raczej jako wrogów niż oponentów politycznych. Trywializacja obejmuje zarówno sygnały przekazywane społeczeństwu przez polityków, jak i - niestety - sporą (choć nie całą) część publicystyki politycznej. Na pierwszy plan wysuwają się rzeczy nieistotne (drobne gafy) czy mniej istotne (skrupulatnie wyliczane koszty wizyt państwowych), a sprawy najważniejsze (cel wizyty i jej efekt dla kraju) schodzą na drugi plan lub pozostają w ogóle niezauważone.

Druga cecha sceny publicznej, czyli traktowanie przeciwników politycznych jak śmiertelnych wrogów, też ma niezwykle poważne konsekwencje dla polskiej polityki. Przede wszystkim liderzy polityczni w naszym kraju traktują politykę jako grę o sumie zerowej: opozycja obala lub stara się obalić nawet sensowne inicjatywy rządu, a koalicja rządowa odrzuca bezrefleksyjnie krytykę opozycji, nie podejmując wysiłku, by z tej krytyki wydobyć racjonalne elementy i usprawnić własną działalność. Wrogość zamiast naturalnej konkurencji widoczna jest szczególnie w relacjach między PiS i PO. Ponieważ są to dwie największe partie, one właśnie narzucają ton debaty publicznej i standardy uprawiania polityki. Chciałbym uniknąć wrażenia, że obie partie mają równy udział w tworzeniu tego klimatu. W polityce, tak jak w życiu, prawda na ogół nie leży pośrodku. Tak jest również i w tym wypadku - to PiS bowiem przez swoje działania w okresie sprawowania władzy wprowadziło ten styl uprawiania polityki do głównego nurtu debaty publicznej.

Kiedy konkurent polityczny definiowany jest jak wróg, każde przyznanie mu choćby cząstkowej racji staje się porażką, by nie powiedzieć klęską. Pole merytorycznej wymiany argumentów dramatycznie się zawęża. Ustalanie pragmatycznych form współpracy (lub choćby współistnienia) między opozycją a rządem w najlepszym wypadku jest naiwnością, a w gorszym - zdradą interesów obozu politycznego. Racjonalny dyskurs publiczny zamiera, ekspercką ocenę przedsięwzięć oponenta zastępuje drwina. Nadawanie sensu działaniom politycznym jest bezcelowe, bowiem gra o społeczne poparcie dla własnych projektów i demobilizowanie poparcia dla oponenta odbywa się przede wszystkim w warstwie emocjonalnej, a nie poznawczej. Dodatkowo jest to na ogół odwoływanie się do emocji z niższej półki, które łatwiej wzbudzić i które szybciej przynoszą efekt polityczny. Trywializacja polityki oraz podział sceny na wrogie obozy ma też poważne i niekorzystne konsekwencje dla najbardziej podstawowych interesów naszego kraju. Są one bowiem definiowane raczej w kategoriach interesów partyjnych niż dobra wspólnego. Dziś nie istnieje już ponadpartyjny konsensus nawet w odniesieniu do racji stanu, a przecież szacunek dla niej jest normą w skonsolidowanych demokracjach. W latach burzliwej transformacji wydawało się, że konsensus taki będzie budowany wokół naszej polityki zagranicznej, bowiem niezmienność jej celów strategicznych (członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim oraz w Unii Europejskiej) była trwałym elementem polskiej polityki niezależnie od zmieniających się barw politycznych kolejnych rządów. Kiedy cele te zostały osiągnięte i kiedy ponad rok później pełnię władzy w Polsce przejął duet braci Kaczyńskich, ów konsensus rozsypał się i nie ma oznak, by w najbliższej przyszłości mógł zostać odbudowany.

Definicja racji stanu w kategoriach ogólnych jest bardzo prosta i na tym poziomie wrogie obozy polityczne mogłyby się zapewne spotkać. Każde państwo demokratyczne, po pierwsze, musi zapewnić swoje istnienie i integralność terytorialną. Po drugie, istnienie to musi być bezpieczne, a więc państwo powinno mieć zdolność eliminowania lub przynajmniej redukowania wewnętrznych i zewnętrznych zagrożeń. Po trzecie, musi ono być zdolne do rozwoju cywilizacyjnego (gospodarczego, technologicznego i naukowego), aby zapewnić obywatelom godziwe życie i sprostać międzynarodowej konkurencji. Po czwarte wreszcie, powinno utrwalać i chronić prawa obywatelskie. Jednak pod te ogólne kategorie podkładane są różne, często wręcz diametralnie różne, treści.

Odmienność konkretnych treści podkładanych pod ogólne kategorie interesu narodowego jest chyba główną przyczyną pewnego fundamentalnego pęknięcia polskiej polityki, które obniża jej skuteczność na arenie międzynarodowej, a w wymiarze wewnętrznym powoduje marnotrawienie znacznej część energii na jałowe utarczki liderów politycznych. Pęknięcie to widać wyraźnie w odniesieniu do każdego w istocie elementu racji stanu.

Istnienie i integralność terytorialną można rozumieć w sposób anachroniczny, XIX-wieczny (a nawet wcześniejszy), jako całkowitą odrębność od otoczenia, zaś środowisko ponadnarodowe - jako źródło nieustających zagrożeń. Tak definiuje sytuację na przykład radykalna prawica narodowa, a stanowisko PiS - uwzględniające wizje świata obecne w środowisku Radia Maryja - niebezpiecznie zbliża się do tej definicji, co w perspektywie może skazać tę formację na prowincjonalizm i marginalizację. Można jednak traktować państwo jako podmiotowy fragment większej całości, który dzięki współpracy (ale także kompromisom) z otoczeniem międzynarodowym może lepiej realizować pozostałe elementy interesu narodowego (na przykład bezpieczeństwo lub rozwój). Zderzenie tych dwóch odmiennych podejść ujawniło się w trakcie debaty nad akcesją do UE oraz ratyfikacji traktatu lizbońskiego.

W dzisiejszym zglobalizowanym świecie dawne definicje suwerenności nie wytrzymują próby czasu. Istnienie oraz integralność terytorialna małych i średnich państw w coraz większym stopniu zależą od struktur ponadnarodowych. W naszym wypadku kluczowym elementem redefinicji tego elementu racji stanu jest określenie statusu i roli Polski wewnątrz Unii Europejskiej oraz NATO. Bycie częścią tych dwóch struktur ponadnarodowych zapewnia nam bowiem trwałe istnienie, integralność terytorialną oraz bezpieczeństwo. Jeżeli przyjmie się ten tok rozumowania, wniosek nasuwa się sam: w podstawowym interesie Polski leży istnienie spoistej Unii Europejskiej oraz sprawnego NATO. A zatem racja stanu wymaga, byśmy w UE funkcjonowali jako czynnik zwiększający jej integralność, a w NATO byli lojalnym i niezawodnym partnerem. Wymaga to ewolucji w myśleniu naszych elit politycznych, ale także pewnego przeobrażenia świadomości społecznej. Zresztą, kiedy popatrzymy na wyniki sondaży, stwierdzimy, że przeobrażenia świadomości społecznej zachodzą szybciej niż ewolucja myślenia elit politycznych. O ile zdecydowana większość Polaków traktuje Unię Europejską jak dom poszerzony nagle o wiele przestronnych pokoi, o tyle wśród elit politycznych ciągle dominuje podejście klientelistyczne: Unia Europejska to "oni", a nie "my". Oni powinni nam pomagać; powinniśmy wyszarpać tej pomocy jak najwięcej. Kategoria my nadal zarezerwowana jest jedynie dla Polaków, a w wersji skrajniejszej - zwolenników określonej partii. Nie chodzi mi tutaj o kwestie tożsamości narodowej - jak wynika z badań, tożsamość ta nie uległa osłabieniu od czasu naszego wejścia do UE, jest raczej przeciwnie: z powodu większego oddziaływania narodowych odmienności utrwala się ona. Chodzi mi raczej o poczucie wspólnoty losu i wspólnoty interesu w kategoriach szerszych niż granice państwa narodowego. Dążenie do jej osiągnięcia jest szalenie istotnym składnikiem nowocześnie rozumianej polskiej racji stanu. Jedynie bowiem wówczas, gdy poczucie wspólnoty losu i interesów stanie się standardem europejskiej poprawności politycznej, nie będziemy musieli obawiać się, że jakiś kraj UE (na przykład Niemcy) załatwia swoje partykularne interesy kosztem interesów innego kraju UE (na przykład Polski). Co więcej, wzrośnie także nasze bezpieczeństwo gospodarcze, a zwłaszcza energetyczne.

Bezpieczeństwo to jednak nie tylko gospodarka, ale także eliminowanie zagrożeń przez odpowiedni potencjał militarny. Jesteśmy pod tym względem bezpieczni tak długo, jak długo sprawny operacyjnie i zintegrowany politycznie jest Sojusz Północnoatlantycki, a w jego ramach - sojusz strategiczny z USA. Losy tarczy antyrakietowej w Polsce będą dobrym wskaźnikiem kondycji tego sojuszu. Ale nie tylko. Program modernizacji polskiej armii nie powinien być częścią przetargów kupieckich z USA, lecz ogólnonarodowym celem. Tymczasem również i w tej dziedzinie optyka partyjna przeważa nad ogólnonarodową.

Elementem racji stanu jest także zapewnienie rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego kraju. W dzisiejszym świecie rozwój ten jest niemożliwy, jeśli nie sprosta się ostrej konkurencji międzynarodowej, nie zapewni swobód gospodarczych oraz inwestycji w wiedzę i technologię. Wyścigu cywilizacyjnego nie wygrają łopaty i kilofy. Po systemie komunistycznym odziedziczyliśmy kraj niezwykle zapóźniony cywilizacyjnie. Czy szybko odrabiamy te zapóźnienia? To oczywiście pytanie retoryczne. Zapóźnienia odrabiamy, ale przecież inni nie stoją w miejscu. Czy zatem odrabiamy je w tempie, które w widoczny sposób zmniejsza dystans wobec najbardziej zaawansowanych krajów? Sądzę, że odrabianie to mogłoby być szybsze i efektywniejsze, gdyby nie kilka do tej pory niezałatwionych spraw. Spośród nich przynajmniej trzy wysuwają się na czoło: uwolnienie gospodarki z pęt biurokratycznych i fiskalnych, radykalne zwiększenie inwestycji w wiedzę i innowacje oraz zwiększenie racjonalności publicznych wydatków na sferę socjalną (a zwłaszcza - na ochronę zdrowia oraz renty i emerytury).

Proces modernizacji cywilizacyjnej Polski zależy dziś w dużym stopniu od napływu funduszy z UE. Trzeba jednak powiedzieć sobie prawdę w oczy: to nie wystarczy. UE nie zrobi za nas tego, co powinniśmy osiągnąć własnym wysiłkiem. Fundusze UE powinny być jedynie czynnikiem wspierającym nasze wewnętrzne wysiłki, a nie czymś, co ma je zastąpić. Sprawa szybkiej modernizacji Polski jest bowiem nie tylko warunkiem koniecznym względnie dobrego bytu jej obywateli, ale także elementem polskiej racji stanu. Jeśli sobie z tym wyzwaniem nie poradzimy w stosunkowo krótkim czasie, zostaniemy zepchnięci na margines Europy, a nasz status w UE dozna znacznego uszczerbku. Polska gospodarka jest w niezłym stanie, można więc tylko wyobrażać sobie, jak znakomicie mogłaby prosperować, gdyby obciążenia biurokratyczne i fiskalne zostały zredukowane do poziomu typowego dla najbardziej zaawansowanych państw Unii, a ograniczone przepisy były egzekwowane w sposób eliminujący patologie. Inwestowanie w wiedzę i innowacje jest również elementem polskiej racji stanu. Zaniechanie działań w tej dziedzinie naraża nas na niebywałe kłopoty w nieodległej przyszłości, ale ich podjęcie jest obciążone dużym kosztem politycznym. Właśnie to - obok deficytu sensownych koncepcji programowych - było przyczyną dotychczasowej zwłoki.

Polska demokracja osiągnęła już pełnoletniość, czas więc na przejście do polityki dla dorosłych. Jednak przejście takie jest dziś niemożliwe, bo wśród klasy politycznej nie ma konsensusu nawet w kwestii polskiej racji stanu, nie wspominając już o rozmaitych priorytetach polityki wewnętrznej. Czy jednak konsensus taki jest niemożliwy ex definitione? Ten wniosek byłby zapewne zbyt pesymistyczny. Wystarczy wyobrazić sobie, że liderzy polityczni z prawa i z lewa, z opozycji i koalicji rządowej zgadzają się, że warto usiąść razem przy okrągłym stole i podejmują szczery wysiłek zdefiniowania ponadpartyjnej racji stanu, która po tym spotkaniu przestaje być elementem bieżącej walki politycznej - w imię fundamentalnych interesów kraju. Dzięki temu mógłby zostać odbudowany elementarny konsensus polityczny konieczny do prowadzenia skutecznej polityki. Można też wyobrazić sobie, że liderzy najważniejszych ugrupowań politycznych spotykają się z liderami związków zawodowych oraz pracodawców i zawierają pakt społeczny - choćby na wzór Irlandii - który otwiera pole dla niezbędnych reform socjalnych w imię interesów długofalowych (choć kosztem interesów doraźnych rozmaitych grup). W ten sposób możliwe byłoby odbudowanie konsensusu społecznego koniecznego do zaakceptowania przedsięwzięć eliminujących przyszłą katastrofę systemu emerytur usprawniających radykalnie sferę ochrony zdrowia i redukujących zagrożenia dla realizacji przez państwo innych zabezpieczeń socjalnych.

Czy politycy są w stanie wznieść się ponad interes partyjny i spojrzeć na sprawy kraju z ogólniejszej perspektywy? Czy związkowcy są w stanie myśleć w kategoriach dobra wspólnego, a nie partykularnej grupy pracowniczej? Nie mam złudzeń. W najbliższej przyszłości będzie jak dotychczas: główne cele polskiej polityki będą miały raczej partyjny niż narodowy charakter, a wrogość głównych obozów politycznych i będąca jej skutkiem trywializacja polityki utrzyma się przez czas raczej dłuższy niż krótszy. Jeszcze długo polscy politycy nie nabiorą poczucia, że przy wszystkich różniących ich kwestiach grają w tej samej drużynie, która nazywa się Polska.

Nie oznacza to, że nasze sprawy idą generalnie w złym kierunku i będzie coraz gorzej. Przeciwnie - Polska jest nareszcie bezpieczna i dobrze usytuowana w przestrzeni geopolitycznej, utrzymuje się rozwój gospodarczy i cywilizacyjny (choć przy wsparciu Unii Europejskiej), prawa obywatelskie są w zasadzie przestrzegane, a poziom zamożności Polaków rośnie (aczkolwiek nierówno). Możemy osiągnąć odpowiadające naszym aspiracjom i możliwościom miejsce w Unii Europejskiej i w układzie globalnym. Jest to jednak cel, którego osiągnięcie przekracza horyzont jednej kadencji prezydenta czy premiera. W końcu zapewne uda się ten cel osiągnąć, jeśli Polacy nie będą sobie w tym skutecznie przeszkadzać.

Edmund Wnuk-Lipiński

p

*Edmund Wnuk-Lipiński, ur. 1944, socjolog, profesor Instytutu Studiów Politycznych PAN i rektor Collegium Civitas. Autor wielu naukowych opracowań z dziedziny m.in. socjologii polityki oraz teorii globalizacji, takich jak: "Demokratyczna rekonstrukcja" (1996), "Granice wolności. Pamiętnik polskiej transformacji" (2003), "Świat międzyepoki: globalizacja, demokracja, państwo narodowe" (2004), "Socjologia życia publicznego" (2005). Jest także pisarzem SF specjalizującym się w fantastyce socjologicznej. Autor trylogii powieściowej "Apostezjon", laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla za "Rozpad połowiczny" (1988). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 206 z 15 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Dwa typy polityki".