Naomi Klein to obok Noama Chomsky'ego bodaj najgłośniejsze nazwisko wśród myślicieli i publicystów tworzących teoretyczne podstawy ruchu alterglobalistycznego. "No Logo", książka wydana przez Klein w roku 2000, wkrótce po zamieszkach podczas szczytu Światowej Organizacji Handlu w Seattle, określana bywa mianem "biblii alterglobalizmu". O ile "No Logo" było manifestem wymierzonym w światowe korporacje, które Klein ukazuje jako molochy wymykające się jakimkolwiek regulacjom i wykorzystujące tanią siłę roboczą na całym świecie, to jej najnowsza książka "The Shock Doctrine" jest pełnym pasji atakiem na doktrynę neoliberalną. Klein porównuje ją do eksperymentów z elektrowstrząsami, które miały spustoszyć umysł pacjenta i przygotować go na przyjęcie narzuconych przez eksperymentatorów struktur myślowych. Neoliberalizm w podobny sposób wykorzystuje jej zdaniem katastrofy naturalne, wojny czy kryzysy ekonomiczne, aby przekształcić osłabione nimi państwa czy regiony w poligony doświadczalne wolnego rynku. W dzisiejszym numerze "Europy" z wizją Klein polemizuje Stephen Holmes, prawnik i filozof polityczny, jeden z najwybitniejszych znawców tradycji liberalnej. Jego zdaniem Klein stawia nieuprawniony znak równości między prywatyzacją a jej nadużyciami, doktryną wolnorynkową a pazernością niektórych firm korzystających z deregulacji. Tym samym jej krytyka, choć często niepozbawiona sensu, zostaje pozbawiona precyzji przez ideologiczny zapał i przypominać zaczyna wyganianie przekupniów ze świątyni.

p

Stephen Holmes*

Nowy antyglobalizm Naomi Klein

11 września ruchowi antyglobalizacyjnemu zadano ogłuszający cios. Symboliczne wtargnięcia na dobrze strzeżone spotkania superbogatych nagle nabrały znacznie bardziej złowieszczego charakteru. W atmosferze okaleczonego i mściwego patriotyzmu ataki na Starbucks i inne wybryki nie wchodziły w grę. Ale Naomi Klein, wojownicza propagandystka antyglobalizacji, nie zamierza brać na siebie cudzych win. W swojej odpowiedzi - "The Shock Doctrine" - podejmuje temat pazerności korporacji (która jej zdaniem dewastuje planetę) oraz tak redefiniuje idee ruchów antyglobalizacyjnych i antykorporacyjnych, by pasowały do świata po 11 września. Klein uważa, że znalazła odpowiedź na pytanie, które dręczy wielu lewicowców: skoro wszystkie współczesne rządy amerykańskie były narzędziem w rękach potężnych lobby biznesowych, to dlaczego ekipa Busha miałaby być jakoś wyjątkowo godna potępienia?

Odpowiedź Klein brzmi, że administracja Busha korzysta z politycznego wsparcia nie amerykańskiego sektora korporacyjnego jako całości, ale pewnej jego części: rozrastającego się kompleksu kapitalizmu katastroficznego. Chodzi o firmy, które ciągną ogromne zyski z katastrof - zarówno naturalnych, jak i wywołanych przez człowieka. Należą do nich producenci zbrojeniowi, handlarze bronią, sektor naftowy i gazowy, przedsiębiorstwa budowlane, prywatne zakłady opieki zdrowotnej itd. Firmy te raczej korzystają na rozmaitych klęskach niż celowo je wywołują, ale nie zawsze można tutaj wytyczyć wyraźną granicę: kurs giełdowy Lockheeda Martina, największej firmy zbrojeniowej na świecie, prawie się potroił w okresie 2003 - 2007, po tym jak jej były wiceprezes przewodniczył komisji podżegającej do wojny z Irakiem. Wojna iracka była również najbardziej zyskownym wydarzeniem w dziejach Halliburtonu, którego byłym dyrektorem wykonawczym jest Dick Cheney. Klein jest oburzona chciwością wielkich koncernów, które w wojnach, huraganach, epidemiach i innych katastrofach widzą ekscytujące szanse rynkowe zamiast ludzkiego cierpienia. Snuje rozbudowaną analogię między Sri Lanką po tsunami i Nowym Orleanem po "Katrinie". W obu wypadkach, jak twierdzi, drapieżne odruchy kapitalizmu katastroficznego zwyciężyły nad współczuciem dla ofiar, bo deweloperzy skorzystali na ewakuacji ludzi ubogich z terenów chwilowo nienadających się do zamieszkania i przejęli grunty warte fortunę. Prawie wszędzie, gdzie spojrzy, Klein zauważa, że uprzywilejowani bogacą się, a społecznie upośledzeni są coraz bardziej zmarginalizowani i nawet nie opłaca się już ich wyzyskiwać.

W świecie rozwiniętym globalizacja zerwała socjaldemokratyczną umowę społeczną między bogatymi i biednymi. Korporacje łatwiej niż kiedykolwiek wywożą swoje bogactwo za granicę, by nie zostało opodatkowane. Przenoszenie produkcji do krajów, w których związki zawodowe są zakazane albo nie istnieją, zawrotnie powiększyło zyski koncernów, a jednocześnie obniżyło stopę życiową zachodnich pracowników. Tendencje te pogłębił upadek komunizmu: ponieważ biedni są uodpornieni na komunistycznego wirusa, pracodawcy nie mają już motywacji do ustępstw na rzecz pracowników. Według Klein system zabezpieczeń społecznych, subsydiowana opieka zdrowotna i przepisy prozwiązkowe zostały kiedyś wprowadzone ze strachu przed buntem ludowym. W zglobalizowanym świecie strach ten zdecydowanie zmalał. W rezultacie do rozładowywania potencjalnie zabójczego konfliktu klasowego w coraz większym stopniu służy nie redystrybucja, lecz przymus i budowanie potężnych barier między uprzywilejowanymi i wykluczonymi, chronionymi i skazanymi na zagładę. Klein dostrzega tutaj swoisty system naczyń połączonych: kiedy poziom redystrybucji maleje, w górę idą mury, zwłaszcza wokół więzień i strzeżonych osiedli.

Większość obserwatorów zakłada, że betonowe bariery na lotniskach oraz wokół budynków państwowych i ambasad służą ochronie miękkich celów przed zamachami terrorystycznymi. To samo powiedzieliby o pancernych ścianach, strefach buforowych, punktach kontrolnych i ogrodzeniach zwieńczonych drutem kolczastym w "wyzwolonym Iraku". Według Klein bariery te oddzielają tych, którzy mają, od tych, którzy nie mają. Oddzielają luksusowe sklepy od slumsów, baseny dla bogatych od niezdatnej do spożycia wody dla biednych. Infrastrukturalny apartheid staje się nową normą. Na przedmieściach Atlanty bogate dzielnice zyskują osobowość prawną, aby płacone przez ich mieszkańców podatki nie szły na szkoły i szpitale w biedniejszych dzielnicach, tylko na poprawę bezpieczeństwa i zwiększenie zamożności ich opancerzonych przedmieść. To, że prywatne firmy ochroniarskie zarabiają krocie na dostarczaniu żelaznych bram, systemów alarmowych, opancerzonych samochodów i ochroniarzy w takich miastach jak Johannesburg, Sčo Paulo i Delhi, gdzie przepaść między bogatymi i biednymi jest największa, stanowi dobitny, aczkolwiek nierozstrzygający dowód słuszności tezy Klein.

Jej autorka jest energiczną i ciekawą wszystkiego podróżniczką, która ma coś interesującego i pouczającego do powiedzenia o prawie każdym regionie świata. Można jednak odnieść wrażenie, że zbyt łatwo prześlizguje się po danych, które komplikują kreowany przez nią obraz niewinności osaczonej przez zepsucie. Nie posunę się do przewrotnego stwierdzenia, że gdyby w to wszystko nie uwierzyła, nie zobaczyłaby tego na własne oczy, ale jej generalizacje słabiej do mnie przemawiają niż zwykłe spostrzeżenia.

Ekscentryczność jej metody najbardziej uwidacznia się w dyskusji o wojnie irackiej. Decyzja o inwazji, twierdzi Klein, była racjonalnym wyborem politycznym motywowanym z jednej strony podniosłą doktryną ekonomiczną, a z drugiej - brudnymi interesami biznesowymi. Ci, którzy potępiają rząd USA za brak planowania przed inwazją, dali się oszukać: istniał czytelny plan budowy wzorcowego kraju. Klein utrzymuje nawet, że schemat dla przemodelowanego Iraku znalazła w pracach Miltona Friedmana. Nie chodziło o budowę wzorcowej demokracji, tylko systemu fundamentalnie sprzecznego z demokracją: modelu społeczeństwa wolnorynkowego, z niskimi podatkami, minimalnymi regulacjami, potulną siłą roboczą i wszystkimi środkami produkcji w rękach prywatnych. Planiści, żarliwi wyznawcy zbawczej mocy szoku, chcieli zbawić Irak i stworzyć prawdziwie wolny rynek wyśniony w chicagowskich salach uniwersyteckich. Według Klein Paul Bremer został wysłany do Iraku z konkretnym zadaniem przygotowania gruntu pod radykalne reformy wolnorynkowe. I chociaż nie udało mu się stworzyć gospodarczego tygrysa nad Tygrysem, można powiedzieć, że w jakimś sensie odniósł sukces: "Irak pod władzą Bremera był logicznym wynikiem zastosowania teorii szkoły chicagowskiej".

Ta oryginalna ekonomiczna interpretacja wojny irackiej wynika po części z przekonania Klein, że wspomagane przez CIA obalenie Salvadora Allende w 1973 roku określiło brutalny model amerykańskiej polityki zagranicznej. Po zamachu w Chile torturowanie i mordowanie związkowców miało uzasadnienie ekonomiczne: chodziło o likwidację wszystkich zorganizowanych sił społecznych zdolnych przeciwstawić się reformom, do których przeprowadzenia nakłaniał Pinocheta Friedman i inni ekonomiści ze szkoły chicagowskiej. Ludobójcze szaleństwo junty było elementem szerszego planu narzucenia Ameryce Łacińskiej czystego kapitalizmu. Wojna iracka jest w oczach Klein bitwą w ramach krucjaty zmierzającej do wyzwolenia światowych rynków, krucjaty, która prawie zawsze wymaga zamachów stanu, wojen i rzezi. Terror i tortury są potrzebne przede wszystkim do uciszenia tych, którzy muszą stracić na reformach.

Analogia między Chile i Irakiem jest jednak obosieczna. Postawiwszy tezę, że Chile posłużyło za laboratorium wolnorynkowych ideałów Friedmana, Klein zmuszona jest przywołać niewygodny dla niej fakt, że Pinochet nie sprywatyzował znacjonalizowanych przez Allende kopalń miedzi. A to wskazuje, że wojskowe władze Chile nie chodziły na pasku zagranicznych przedsiębiorstw, nie uważały nacjonalizacji za etap na drodze do komunizmu i były najpierw nacjonalistyczne, a dopiero potem neoliberalne. W pewnym momencie Klein sama przyznaje, że Chile Pinocheta nie pełniło funkcji laboratorium koncepcji szkoły chicagowskiej, ale szybko zapomina o swoich słowach i podaje analogię chilijską jako dowód na to, że tortury w Abu Ghraib również miały uzasadnienie przede wszystkim ekonomiczne i stanowiły element tej samej krucjaty zmierzającej do wyzwolenia światowych rynków.

Klein przekonuje, że wojska inwazyjne celowo dopuściły do splądrowania Muzeum Narodowego w Bagdadzie i spalenia Biblioteki Narodowej. To co na zwykłych śmiertelnikach sprawiało wrażenie kryminalnego zaniedbania, w rzeczywistości było rodzajem kulturowej lobotomii, terapią szokową, która miała zmienić struktury myślowe Irakijczyków i zredukować ich zdolność do stawiania oporu reformom wolnorynkowym. Klein nie tłumaczy, w jaki sposób starożytne rękopisy przechowywane w bibliotece miałyby wzmocnić opór Irakijczyków przeciwko radykalnym reformom gospodarczym. Przykład ten pokazuje, jak daleko Klein gotowa jest się posunąć, gdy chodzi o negowanie roli zwykłego debilizmu i bezmyślności w irackiej katastrofie.

Rzekomy prymat ideologii neoliberalnej i interesów wielkich koncernów w przedsięwzięciu irackim wyda nam się jeszcze bardziej wątpliwy, jeśli uwzględnimy inny kontrargument. Nic z tego, co wiemy o Dicku Cheneyu, nie sugeruje, że chciał zbawić Irak czy uczynić z tego kraju jakieś wzorcowe społeczeństwo. Jeśli w swoich mało precyzyjnych planach kierował się czyimś modelem, to nie Miltona Friedmana, lecz Ariela Sharona. Nikt nie powie, że Sharon chciał zbawić Palestyńczyków albo zbudować na Zachodnim Brzegu i w Gazie wzorcowe społeczeństwo rynkowe. Jego - zrealizowanym - celem była kontrolowana anarchia: słabe, wewnętrznie podzielone, ropiejące społeczeństwo niezdolne nie tylko do zewnętrznej agresji, ale również do obrony przed zagranicznymi ingerencjami. Ani Sharon, ani Cheney nie myśleli o wolnorynkowej ortodoksji.

Analogia z Sharonem radykalnie podważa analizę Klein. Nawet jeśli wolny handel jest projektem imperialnym, nie wynika z tego, że celem wszystkich projektów imperialnych jest zdobycie nowych rynków dla zachodnich koncernów międzynarodowych na polach bitewnych prewencyjnych wojen. Często równie ważne albo ważniejsze są inne cele, takie jak zniszczenie politycznych wrogów. Tak było z projektem Sharona na terytoriach okupowanych i bez wątpienia to samo można powiedzieć o sytuacji po zakończeniu zimnej wojny, kiedy leseferystyczne podejście Waszyngtonu do krachu gospodarki rosyjskiej z pewnością nie dało się sprowadzić wyłącznie do projektu budowy idealnego społeczeństwa rynkowego. Zasadnicza teza Klein jest dosyć pokrętna między innymi dlatego, że autorka utożsamia ideologię wolnorynkową z pazernością wielkich koncernów. Istnieje oczywiście wiele związków między nimi, ale jeśli nie będziemy ich od siebie odróżniali na poziomie pojęciowym, to nie zrozumiemy relacji między ekonomicznymi ideałami Miltona Friedmana a gospodarczymi celami Halliburtonu czy Lockheeda Martina.

W książce Klein najbardziej zapadają w pamięć przykłady nielegalnego lobbingu, ustawionych przetargów, łapówek, korporacyjnych afer, nepotyzmu, zmów cenowych, kolesiostwa i korupcji wyborczej. "Pomoc dla ofiar >>Katriny<< wyrodziła się w dawane pod stołem prezenty dla korporacji, nie tworząc ani dobrych miejsc pracy, ani efektywnych usług publicznych". Klein przedstawia również galerię polityków lobbystów (takich jak Richard Perle i Bruce Jackson), którzy publicznie przedstawiali argumenty za inwazją na Irak, a potem zarobili miliony dolarów na wojnie i okupacji. Cheney i Rumsfeld, którzy byli władni wywołać katastrofy, pozostali zainteresowani sukcesem finansowym korporacji, które na tych katastrofach skorzystały. Problem konfliktu interesów zyskuje tutaj nowy wymiar. To nieprawda, że co jest dobre dla Halliburtonu - na przykład konieczność odbudowy strefy dotkniętej kataklizmem - jest dobre dla kraju. Niemoralne i niebezpieczne związki biznesu z państwem zasługują na jednoznaczne potępienie, ale nie wynikają z ideologii wolnorynkowej. Klein pokazuje, że w mętnej wodzie katastrof kontrakty na operacje ratunkowe i rekonstrukcyjne często są przyznawane po znajomości, czasem z naruszeniem prawa. Ale winy za to, że środki pomocowe otrzymują bez otwartego przetargu firmy finansujące kampanie wyborcze polityków, nie można zrzucać na marzenie o globalnym wolnym rynku.

Ściślejszy związek między ideologią i pazernością widać w wypadku prywatyzacyjnej obsesji Rumsfelda. Zmniejszenie kompetencji państwa i przekazanie ich w prywatne ręce można uzasadniać lepszą efektywnością sektora prywatnego, ale proces ten umożliwia również działającym zakulisowo politykom kierowanie pieniędzy podatników do firm prowadzonych przez krewnych i znajomych. Najłatwiej jest o to w sytuacjach kryzysowych, kiedy można zawiesić stosowanie jawnych procedur przetargowych, uzasadniając to względami bezpieczeństwa narodowego. Znowu jednak niedorzecznością jest składanie winy za prywatyzacyjne nadużycia na samą ideę prywatyzacji.

Bardziej owocne byłoby rozdzielenie ortodoksji wolnorynkowej od drapieżnego zachowania korporacji i osobna ich krytyka. Klein jest bliska oskarżenia Friedmana o skłonności ludobójcze, ale nie dlatego, że zalecał masowe mordy jako metodę na szybkie wzbogacenie się albo że w ludobójczych katastrofach widział szansę na gospodarcze eksperymenty. Klein twierdzi, że program gospodarczy szkoły chicagowskiej był pod pewnymi względami nie mniej radykalny niż koncepcje Lenina czy Mao, ponieważ jego celem także było całkowite zburzenie tradycyjnego społeczeństwa i budowa nowego porządku na zaoranej ziemi. W ten sposób autorka kieruje ostrze klasycznej burke'owskiej krytyki rewolucyjnych zmian w stronę nowych prawicowych bolszewików. Ich grzechem nie był kult chciwości, lecz dogmatyzm i arogancja, a nawet pragnienie boskiej wszechmocy. Solidniejsze argumenty przeciwko ortodoksji wolnorynkowej jako systemowi myślowemu pojawiają się w książce jakby mimochodem. Po pierwsze, Friedman przyczynił się do popularyzacji tezy, że nierówności ekonomicznych nigdy nie może być za dużo, a co za tym idzie, nie ma potrzeby politycznego zapobiegania konfliktowi klasowemu, który tli się w każdym społeczeństwie. Jest to teza nierealistyczna i nieodpowiedzialna, ponieważ nie docenia ludzkiej skłonności do barbarzyńskiej przemocy. A kiedy zapobiegające konfliktom klasowym programy redystrybucji zostaną zlikwidowane, z reguły zastępuje się je programami zapobiegania konfliktom klasowym metodą przymusu i fizycznej separacji. Infrastrukturalny apartheid nie jest celem ortodoksji wolnorynkowej, lecz jej nieuchronną konsekwencją.

Niektórzy planiści wojny w Iraku byli zwolennikami ortodoksji wolnorynkowej. Donald Rumsfeld uważał na przykład Friedmana za swojego intelektualnego mentora. Ale szkodliwość szkoły chicagowskiej nie polegała na spuszczeniu pazerności ze smyczy, tylko na sparaliżowaniu myślenia. Ludzie zindoktrynowani radykalnym programem antypaństwowym niewątpliwie nie nadawali się do wykonywania zadań związanych z przywróceniem porządku w posaddamowskim Iraku. Wielu niedouczonych młodych działaczy konserwatywnych, którzy przybyli do Iraku w pierwszym rzucie, przez całą młodość zażywało neoliberalne LSD, przyswajając sobie iluzję, że wolność zależy od prawie całkowitego demontażu państwa. Tacy pozbawieni wiedzy historycznej ideolodzy nie byli najlepszymi kandydatami do trudnego zadania odbudowy państwa irackiego. Ideologiczne klapki na oczach mieli zresztą także decydenci wyższego szczebla. 10 września 2001 roku Rumsfeld oznajmił swoim słuchaczom w Pentagonie: "Dzisiaj wypowiadamy wojnę biurokracji". Wojna z biurokracją, po części zainspirowana przez Friedmana, oznaczała, że właściwie nie podjęto próby odbudowy zniszczonych struktur

administracyjno-regulacyjnych w Iraku. Wbrew temu, co twierdzi Klein, grzechem pierworodnym wojennych planistów nie był utopijny projekt stworzenia idealnego rynku, lecz brak świadomości, jak trudne będzie zbudowanie choćby minimalnego państwa, które miałoby monopol na użycie siły. A bez takiego państwa wolny rynek nie może funkcjonować.

Ideologia radykalnej prywatyzacji opiera się na założeniu, że sektor publiczny wszystko robi źle, a sektor prywatny wszystko robi dobrze. Taka perspektywa nie tylko nie stanowi odpowiedniego fundamentu do budowy państwa, ale również przesłania zagrożenia, jakie powoduje brak efektywnej władzy - przede wszystkim groźbę eskalacji konfliktów między zbrojnymi frakcjami, nad którymi słabe państwo nie potrafi zapanować. Rozwiązując armię iracką, Bremer zredukował rozmiary sektora publicznego, ale jednocześnie stworzył gigantyczną armię sfrustrowanych młodych ludzi, którzy umieli jedynie posługiwać się bronią. Inaczej niż przewidywałby Friedman, to powiększenie sektora prywatnego nie wykreowało klimatu sprzyjającego inwestycjom.

Kolejna słabość głównej tezy Klein wynika z tego, że autorka próbuje zbudować spójną doktrynę wokół trzech moralnie wątpliwych procesów, w których występuje co prawda pojęcie wstrząsu bądź szoku, ale które poza tym niewiele ze sobą łączy: elektrowstrząsów stosowanych przy przesłuchiwaniu podejrzanych, gospodarczej terapii szokowej i strategii shock and awe polegającej na użyciu zmasowanej siły wojskowej w celu zastraszenia ludności cywilnej zaatakowanego kraju. Można wskazywać powiązania między tymi trzema rodzajami szoku, ale budowanie na nich doktryny szoku raczej zaciemnia niż rozjaśnia sprawę.

Klein zaczyna swoją książkę od omówienia eksperymentalnej terapii elektrowstrząsowej przeprowadzonej z naruszeniem wszelkich norm etyki lekarskiej przez profesora Uniwersytetu McGilla w latach 50. Badania te częściowo sfinansowało CIA zainteresowane zjawiskiem prania mózgu. Klein dosyć kuriozalnie przedstawia tę historię jako klucz do zrozumienia gospodarczej terapii szokowej, zwłaszcza w Europie Wschodniej i krajach dawnego Związku Radzieckiego w latach 90. Następnie stwierdza, że elektrowstrząsy i terapia szokowa są ściśle powiązane - na jakimś metafizycznym bądź anegdotycznym poziomie - ze strategią shock and awe i planowaną reorganizacją Iraku. Razem wzięte wszystko to tłumaczy drapieżność kapitalistów katastroficznych w Nowym Orleanie i na Sri Lance. Eksperymentalne elektrowstrząsy, reformy wolnorynkowe, ideologicznie motywowana bezczynność państwa w sytuacjach klęsk żywiołowych oraz inwazja na Irak opierają się na tej samej przerażającej logice. Naciągane analogie Klein mają niewątpliwe walory rozrywkowe, ale raczej nie analityczne. Sama Klein przyznaje w wywiadach, że ofiary "Katriny" za słabo zorganizowane, by walczyć z bogatymi siłami sprzymierzonymi przeciwko nim, od początku doskonale sobie uświadamiały, jaką krzywdę się im wyrządza, a zatem nie zdołano zlasować im mózgów.

Poza tym Klein jest tak bardzo zaabsorbowana wyganianiem przekupniów ze świątyni, że nie dostrzega wielu interesujących wątków swojej własnej koncepcji. Nie przeczytamy na przykład w jej książce, że Lenin wykorzystał szok pierwszej wojny światowej do wywołania rewolucji antyrynkowej - a przecież jest to lustrzane odbicie schematu, który podsuwa nam Klein. Autorka nie wspomina również, że alianci wyzyskali szok drugiej wojny światowej do włączenia pokonanych Niemiec w pokojowe życie powojennej Europy. Kryzysy mogą się przyczynić do zmiany status quo - z dobrymi i złymi skutkami. Jest to ważny temat, ale raczej nie dla moralizatorów. Oczywiście Klein ma słuszność, kiedy mówi, że pod wpływem szoku ludzie czasem zachowują się nieracjonalnie, ale nie przychodzi jej do głowy, że takie mogły być między innymi przyczyny nieudolnej i błędnej reakcji ekipy Busha na 11 września. W świecie Klein bogaci i możni mogą potrząsać innymi, ale sami nigdy nie przeżywają wstrząsów.

Krytyczną analizę korporacyjnej gospodarki Klein łączy z naiwną apoteozą radosnego populizmu, demokracji i ruchów masowych. Cyniczne nadużywanie demokratycznych haseł przez ekipę Busha nie skłania jej do refleksji. Broni swego wyidealizowanego obrazu ruchów demokratycznych przed krytyczną analizą, posługując się wypróbowaną metodą - nie pokazuje nam ich w działaniu. Ani słowem nie wspomina o wrogiej wobec wolnego rynku antyimigranckiej ksenofobii, która także stanowi autentyczny wyraz demokratycznego populizmu. Czy propozycja wyrzucenia Murzynów z Nowego Orleanu po "Katrinie" nie zyskała poparcia większości białych? Czy większość Rosjan nie poparła wojen czeczeńskich Putina? Czy nienawiść zwykłego obywatela do inności nie jest równie groźną siłą jak nienasycona chciwość korporacji?

Klein twierdzi, że reformy gospodarcze zrealizowane w latach 90. w Rosji były jedną z największych zbrodni przeciwko demokracji we współczesnych dziejach świata, ponieważ zdusiły autentyczną rewolucję demokratyczną. Autorka popełnia taki sam błąd, jaki słusznie zarzuca Friedmanowi: myli nieobecność przeszkód z obecnością niezbędnych warunków. Autentyczna demokracja nie powstanie samoczynnie tylko dlatego, że tyrania została obalona i wszystkie wypaczenia usunięte. Klein może się bronić, mówiąc, że apoteozowana przez nią demokracja jest wyłącznie demokracją protestu, a nie ustrojem państwa, toteż nie podlega zarzutom o niesprawiedliwość, głupotę czy nadużycia władzy. Tego rodzaju odpowiedź kłóciłaby się jednak z jej zrozumiałą, lecz nierealistyczną nadzieją, że zwykli obywatele na całym świecie wkrótce nareszcie staną się panami swego narodowego przeznaczenia.

Nadzieja, że zwykli ludzie nareszcie przejmą kontrolę nad wielkimi procesami dziejowymi, być może tłumaczy, dlaczego Klein sądzi, że obecnie procesy te są ściśle kontrolowane przez drapieżną elitę wyznającą diaboliczną doktrynę. Gdyby istotnie tak się rzeczy miały, obalenie doktryny szoku byłoby pierwszym krokiem do wyrwania kontroli nad historią świata z rąk korporacyjnych panów. Niestety, zjawiska, które tak przejmująco opisuje Klein, mają głębsze i mniej osobiste korzenie niż chciwość i ideologia. Obecne tendencje mogą ulec osłabieniu lub odwróceniu, ale jeśli nawet tak się stanie, szlachetne aspiracje demokratyczno-sprawiedliwościowe Klein raczej nie odegrają w tym procesie zbyt wielkiej roli.

Stephen Holmes

© This is an edited version of an article which first appeared in the London Review of Books, www.lrb.co.uk

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Stephen Holmes, ur. 1948, prawnik i filozof polityczny. Profesor w New York University School of Law, wykładał również na uniwersytetach Chicago i Harvarda. Był dyrektorem programu Fundacji Sorosa mającego na celu promocję reform prawnych w byłym ZSRR i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Łączy doskonała znajomość tradycji liberalnej z zainteresowaniem przemianami demokratycznymi i liberalnymi reformami gospodarczymi w krajach postkomunistycznych. W Polsce ukazały się dwie jego książki: "Anatomia antyliberalizmu" (1999) i "Koszt praw" (2003). Ostatnio wydał "The Matador's Cape: America's Reckless Response to Terror" (2007).