Żona gangstera, kochanka mafiosa, znajoma ministra

Jerzy Jachowicz: Jak wygląda pani dzień w więzieniu?

"Inka": O 6.30 wstaję na apel. Potem kładę się jeszcze spać. Później robię sobie kawę rozpuszczalną z 3/4 szklanki mleka. Biorę prysznic. Przebieram się, trochę się umaluję i czeszę. Robię sobie kanapki do pracy. Pracuję od 8.30 do 16.

Gdzie?

W magazynie żywnościowym. Po powrocie wykonuję kilka telefonów. Między innymi do koleżanki, która kiedyś tu przebywała.

Od 16 jest mnóstwo czasu do zagospodarowania. Co można z nim zrobić?

Chodzę między celami do 18.30, bo o tej godzinie cele są zamykane. Wieczorem biorę kąpiel. Dbam o czystość, tym bardziej że pracuję. Koleżanka śmieje się ze mnie, że ciągle piorę. Po 19 jest apel wieczorny. O 20 w zasadzie jestem gotowa do spania, ale zwykle jeszcze trochę pomarudzę. Mam mp3, słucham muzyki. Koleżanki - teraz mieszkamy we trójkę - oglądają seriale, podyskutujemy o nich albo na temat wydarzeń, które obejrzałyśmy w telewizji. Lubię cykl "Szpieg" w TVN. Kiedyś lubiłam programy Tomasza Lisa, ale teraz politycy mnie irytują. W zwykły dzień można oglądać telewizję do 23, a jak jest święto, to możemy siedzieć do późnej nocy. W weekendy też nie wyłączają światła i można rozmawiać całą noc. Ale ja o 22 zawsze śpię. Lubię być wyspana.

Książki?

Tak, Ludlum, Agata Christie, historie o Mossadzie, Interpolu. Przez rok przeczytałam 300 książek

Żadnych ćwiczeń dla podtrzymania formy?

Kiedyś ćwiczyłam. Ale teraz mi się zwyczajnie nie chce. Lubię sobie poleżeć, odpocząć po pracy.

Jakby pani nazwała te siedem lat w więzieniu?

Wegetacją. Ale jak patrzę wstecz, to czas minął mi szybko. Ciągle coś się działo. Najpierw żyłam w permanentnym stresie. W końcu dałam sobie spokój i zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie przeskoczę.

Miała pani nadzieję na wcześniejsze wyjście?

Czy ja wiem? Nie żyłam złudzeniem, że coś się zmieni. Na pewno chciałam mieć trochę spokoju po tym ogromnym stresie, jakim były dla mnie media podczas procesu. W czasie rozpraw dziennikarze podchodzili pod samą barierkę. Nie mogłam się odwrócić ani porozmawiać z adwokatem. Interesowało ich, jaki mam kolor paznokci, jaki zegarek. W jednej z gazet pisano, jaki mam kolor bielizny. Straszna nagonka. Wszystkie stacje telewizyjne chciały ze mną rozmawiać po ogłoszeniu wyroku. Po tym wszystkim nieraz byłam w opłakanym stanie. Zdarzało się, że nie wzięłam nic do ust przez dwa tygodnie, nic mnie nie interesowało. Tak było po zderzeniu z brutalnością aresztu śledczego w Grudziądzu. Ale upadek na dno pozwolił mi się pozbierać.

Ile takich dołków pani miała?

Kilka.

Kiedy przeżyła pani największy?

Po spotkaniu z dziennikarzami i przesłuchaniach. Doszło do tego, że ważyłam czterdzieści parę kilo. Normalnie ważę 54 - 55. Był taki moment, że trzeba było jednego oficera śledczego odsunąć od sprawy, bo znęcał się nade mną psychicznie. Nie chcę o tym mówić.. Trzeba żyć. Tyle przeżyłam, dlaczego miałabym nie przetrwać i tego? Na początku miałam okres buntu. Jednak musiałam się pogodzić ze sobą. Przecież są ludzie, którzy na wolności mają jeszcze gorsze warunki.

Śni się pani Jacek Dębski?

Nie przypominam sobie. Za to Barański, który chciał mnie zabić, śnił mi się kilka razy. To wszystko jest zepchnięte do podświadomości. Jestem jak przed kurtyną. A zdarzenia, które miały miejsce, pozostają za nią. Już nie próbuję tego analizować, bo to do niczego dobrego nie prowadzi, a przy okazji można zwariować. Raz podczas rozprawy sędzia zapytał mnie, dlaczego żyję. To pytanie było dla mnie jak strzał.

Nie śni się pani, że jest pani wolna?

Nie. Nigdy nie miałam takich snów. Wcześniej miewałam koszmary. Ale w ostatnich latach śpię normalnie. Kiedyś na spacerach patrzyłam i myślałam, że parę metrów dalej za kratami jest mój dom. Tak było kiedyś. Niekiedy przychodzą tu osoby na kilka miesięcy i lamentują. Wtedy sobie myślę, że tych kilka miesięcy jest po to, żeby zwolnili tempo, przemyśleli kilka spraw.

Ma pani wyrzuty sumienia?

Nie mam. Jest mi przykro, że stało się to z moim nieświadomym udziałem. Jednak nie mogę mieć wyrzutów, skoro nie miałam z tym nic wspólnego.

Czy dochodziło do pani, że tkwiła pani w środowisku kryminalnym?

Wiedziałam, że nie są święci. Nie miałam jednak świadomości, że żyję w aż tak złym i brutalnym środowisku. Tak jak inni ludzie nie myślą, czym się zajmują ich współpracownicy po pracy – bo to ich nie dotyczy.

Mężczyźni z pani otoczenia nie żyją. I żaden nie umarł śmiercią naturalną. Pani pierwszy narzeczony Adam Szymański został zastrzelony i spalony w aucie pod Warszawą. Rafał Kanigowski zastrzelony pod supermarketem. "Junior", ich dowódca, też zastrzelony. Później Barański.

Tak, ja te osoby znałam. Znam jeszcze więcej ludzi z tego półświatka, którzy zginęli. Ale nie byłam ani nie jestem z nimi związana. Nie byłam od nich uzależniona, ani oni ode mnie. Po prostu ich znałam.

I chodziłam z nimi na strzelnicę. Próby strzelania z gangsterami nie są zwyczajnym zajęciem młodej kobiety.

Dziesiątki osób chodzi na strzelnicę sportowo postrzelać. Byłam tam z ciekawości tylko dwa, trzy razy w życiu. Nie czuję się dobrze z bronią.

Czy słabość do "Baraniny" i całego tego gangsterskiego towarzystwa wynikała z chęci życia w luksusach?

Nie. Pieniądze nie robią na mnie wrażenia, bo widziałam ich bardzo wiele. Ja go nigdy o nic nie prosiłam. Gdybym prosiła, to pewnie dziś byłabym naprawdę bardzo bogata.

Jak na warunki przeciętnej młodej Polki wcześniej żyła pani luksusowo.

Nie. Żyłam normalnie.

Ale bez najmniejszych zmartwień materialnych.

To prawda, nigdy nie musiałam się martwić o pieniądze. Ale to tylko kwestia dobrej organizacji. Nie jestem zwolenniczką kupowania ubrań w bardzo drogich sklepach. Chodzenie po sklepach i te wszystkie przymiarki strasznie mnie męczą. Każda kobieta ma innego bzika.

Jakiego pani ma?

Mogłabym spędzić kilka godzin w perfumerii. Lubię kosmetyki. Lubię też dobrze zjeść, tak że mogłabym chodzić po restauracjach.

Zapewne jak każdy, kto siedzi w więzieniu, ma pani poczucie, że wyrok był niesprawiedliwy.

Sprawy takie jak moja toczą się pod naciskiem mediów. A one mają ogromny wpływ. Wszyscy się boją narazić mediom, bo nikt się nie chce później tłumaczyć. Nie ma pan pojęcia, jak te wszystkie artykuły, reportaże odbiły się na mnie, kiedy siedziałam w areszcie śledczym w Grudziądzu. Byłam tam nieustannie dyskryminowana.

Przez kogo?

Przez służbę więzienną. Nie miałam problemów ze współosadzonymi, wręcz przeciwnie. To dość specyficzne środowisko i trzeba się nauczyć w nim funkcjonować. To niestety ze strony strażników zdarzały się niewybredne komentarze, np. ile dałam pieniędzy, żeby zabić tamtych dwóch albo jakie mam układy. Albo docinki: „O gwiazdeczka idzie”. Pytano mnie, ile mam pieniędzy. Mój wizerunek dopasowywali do tego, co o mnie pisano i mówiono.

Całkiem inaczej jestem traktowana przez służbę więzienną na Olszynce. Bo tutaj pracownicy mają inną mentalność.

Natomiast Grudziądz był małym piekłem. Gdy dostawałam paczkę, słyszałam komentarze strażników: "Za tyle pieniędzy. Ja tyle na pewno nie zarabiam". I tak przez rok, bo tyle tam siedziałam.

Przemoc, gwałty - spotkało to panią?

Nie miałam takich przygód. Potrafię stworzyć dystans. A poza tym pracowałam tam społecznie. Prowadziłam punkt biblioteczny. Miałam różne zajęcia, również sprzątanie. I nie na warunki narzekam, tylko na traktowanie przez służbę więzienną.

Ale areszt to nie wczasy, trudno od strażników oczekiwać szczególnej serdeczności.

Ale też nie złośliwości. Podam przykład. Na początku grudnia dostałam nagrodę w formie dodatkowej paczki, a akurat zbliżały się święta. Paczka przyszła 24 grudnia. Odesłano ją z powrotem, z adnotacją, że nie mam zgody na dodatkową paczkę. Kiedy zaczęłam dopytywać się o nią, wychowawczyni powiedziała mi cynicznie, że mogę na nią napisać skargę, a ona i tak się wytłumaczy, mówiąc że po prostu zapomniała. A poza tym - dodała - nie jest jej mnie szkoda. Gdyby chodziło o kogoś innego, to tak.

Jak pani zareagowała?

Jestem bardzo pokorna. Życzyłam jej miłych świąt. Przyznaję, powiedziałam to takim tonem, żeby było również cyniczne. Oni nie muszą mnie lubić, ale są po to, by nam pomagać, a nie gnębić czy upokarzać. Mówiłam im, co mi się u nich nie podoba, że to niezgodne z przepisami. I to przynosiło skutki. Oczywiście musiałam się liczyć, że po takim wystąpieniu każda moja prośba zostanie odrzucona. W takim miejscu najtrudniejszą rzeczą jest być człowiekiem. Tam wiele osób tego nie opanowało. Wychowawczyni potrafiła do mnie przyjść i mówić, że jest wypalona. No to niech idzie na emeryturę albo zmieni pracę. Nie potrafiła też pomóc nowo przybyłym w napisaniu pisma np. do sądu, podania o adwokata z urzędu itd. I przychodziła z tym do mnie.

Pani im zachodziła za skórę.

Nie, tylko walczyłam o swoje.

Więzienie ma służyć resocjalizacji. Zmieniła się pani po tych siedmiu latach?

Ktoś, kto tu przychodzi, nie zmieni się. Bo te miejsca nie zmieniają człowieka. Ludzie powielają schematy swojego życia, przekładając je na realia więzienne. Jeśli ktoś jest oszustem na wolności, to jest też oszustem w więzieniu. Gdy np. na wolności wyłudzał pieniądze, w więzieniu nadal będzie wyciągał, tylko może coś innego. Będzie nałogowo kłamał, oszukiwał. Ci ludzie stąd wychodzą i żyją dokładnie tak samo.

Powtórzyłaby pani swoje życie?

Pewnie bym je zmieniła. Teraz będę się baczniej przyglądać ludziom. Doszłam tu do gorzkiej refleksji - gdybym naprawdę prowadziła działalność przestępczą, to byłabym świadkiem koronnym i nie miałabym takiej kary. Ja po prostu miałam pecha.

W areszcie wyszła pani za mąż. Po co to małżeństwo?

Na takie tematy nie chcę rozmawiać. To sprawa prywatna. Może kiedyś napiszę o tym książkę.

Komentowano, że wyszła pani za mąż z wyrachowania.

Jakim prawem mnie tak oceniają? Niech każdy się zajmie swoim życiem. W innych okolicznościach nikt nie zwróciłby na to uwagi.

W czasie odwiedzin męża ani razu nie korzystali państwo z tzw. cichego pokoju.

Nie, nie korzystaliśmy.

Jak pani traktuje sprawy seksu?

Normalnie.

A tu?

Tu nie widzę spraw seksu. Po różnych przejściach człowiek jest psychicznie zablokowany. Przynajmniej ja. A kobiety mnie nigdy nie pociągały i nie pociągają.

Czyli można wytrzymać siedem lat bez seksu?

Ludzie wytrzymują znacznie więcej.

Po wyjściu zamieszka pani z mężem w Polsce czy we Francji?

Jeszcze nie wiem. Przede wszystkim muszę zobaczyć, jak będę sobie radziła po zderzeniu z rzeczywistością. Te lata odcisnęły na mnie piętno i kiedyś te przeżycia mogą dojść do głosu.

I spowodować nieprzewidywalne reakcje?

Nie sądzę, żeby aż do tego doszło. Nie żyję tu przecież w jakiejś kompletnej stagnacji, bo jednak coś się dzieje. Ale nie w takim stopniu jak za bramą.

Nie wychodzi pani na przepustki. Zderzenie ze światem za bramą będzie dla pani szokiem?

Przeżyję to. Ale zdaję sobie sprawę, że to będzie trudne. Za bramą spadnie na mnie duża odpowiedzialność, z którą tutaj nie mam styczności, bo nawet jedzenie podaje się pod nos i nie trzeba się martwić, co przyniesie jutro. W tej chwili wolność jest dla mnie jak kosztowanie lizaka przez szybę. Wiem, że ona istnieje, znam jej smak, ale jej nie czuję.

Co chciałaby pani zjeść pierwszego dnia, jak pani wyjdzie?

Jednego dnia pizzę, drugiego lazanię, trzeciego pierogi ruskie albo dobrego kotlecika. Napiłabym się dobrej, zmrożonej wódki. Jestem raczej tradycjonalistką - schabowy, kapusta i wódeczka. Lubię makarony, konkretne jedzenie. Nie przepadam za słodyczami. Ale jak wyjdę, najpierw będzie mnie czekał ogromny stres. Pobyt w więzieniu i wszystkie przeżycia, które się z tym wiążą, to dla mnie ekstremalna sytuacja. Dzisiaj nie ma sensu planowanie, co zjem albo co będę robić, gdy stąd wyjdę. Pewnie będę miała wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą i wszyscy znają mnie i moją przeszłość. To normalny syndrom osoby, która tyle czasu spędziła w więzieniu.