Pierwszy wylew pan Mirosław miał rano. Zlekceważył go i pojechał do pracy. Tam miał kolejne. Do domu już nie wrócił. Kiedy stracił przytomność, kolega podrzucił go pod drzwi wiedeńskiego szpitala Braci Miłosiernych.

"Obudziłem się dopiero na intensywnej opiece. Lekarz tylko powiedział: <Dobrze, że pan silny jest>" - mówi dziennikowi.pl pan Mirosław, który w Austrii pracował na czarno od roku.

W szpitalu spędził 6 tygodni. Wciąż ma częściowo sparaliżowaną połowę ciała. Praktycznie nie rusza jedną ręką i nogą. Austriaccy lekarze chcą go wypisać ze szpitala. Nie ma domu, pieniędzy, więc trafi do przytułku.

Pan Mirosław z jednej strony jest niezwykle wdzięczny lekarzom. Uratowali mu życie. Ma jednak do nich ogromny żal, że chcą się go pozbyć. "Pytałem lekarza, czy nadaję się do zwolnienia ze szpitala. Odpowiedział, że nie. Ale dodał, że nie ma miejsc i skoro trochę się już ruszam, to trzeba mnie wypisać, bo szpitale są przepełnione" - mówi.

Zakon Braci Miłosiernych ma specjalny fundusz dla ludzi w potrzebie, których nie stać na leczenie. Przedstawiciel zakonu, Bernhard Zahrl, zapewnia dziennik.pl, że ze szpitali zgromadzenia nikogo nie wyrzuca się na ulicę.

Lekarze zaproponowali panu Mirosławowi przeniesienie do noclegowni. Ta perspektywa go przeraża. "Tam sam element przestępczy, pijacy i tak dalej" - mówi pan Mirosław.

Czy Polakowi mogłaby pomóc polska ambasada w Wiedniu? Niestety, w takich przypadkach placówki pomagają rodakom tylko w powrocie do kraju. Pan Mirosław dostałby na to pieniądze. Ale w Polsce nie ma żadnej rodziny. Nikogo, kto mógłby mu pomóc.