Tego dnia młoda krakowianka w zaawansowanej ciąży poczuła, że nadszedł już ten czas. Zaczęły się skurcze. Trzeba było czym prędzej gnać do szpitala. Ale pech zaczął już ich prześladować na pierwszym skrzyżowaniu. Utknęli w potwornym korku.

Gdy udało się im z niego wydostać, ujrzeli wreszcie budynek szpitala. Mąż pociągnął za klamkę. Okazało się, że drzwi szpitala są zamknięte. Zaczął nerwowo dzwonić dzwonkiem. Z tarasu na pierwszym piętrze wychylił się portier. "Pali się, że pan tak nerwowo dzwonisz?" - krzyknął.

"Moja żona rodzi, nie da rady wejść po schodach" - odpowiedział stojący przy wejściu na parterze małżonek. Dopiero wtedy portier zszedł na dół powolnym krokiem i przekręcił klucz w drzwiach - relacjonuje "Fakt".

Kobieta z trudem weszła do środka. Tam musiała jednak czekać na lekarza. Gdy okazało się, że ten nie zejdzie, bo odbiera w tym momencie inny poród, małżonkowie skierowali się do windy. Mieli dojechać nią na oddział porodowy. A winda, jak na złość, zatrzymała się między piętrami.

Kobieta poczuła, że nie zrobi już ani jednego kroku więcej. Odeszły jej wody płodowe. Rozpoczął się poród. Ciężarna położyła się na zimnej posadzce. W tym momencie przydała się wiedza wyniesiona z kursów rodzenia. Mąż niczym położnik sam przytrzymał główkę maleństwa i delikatnym ruchem wyciągał ją na zewnątrz - opisuje nietypowe narodziny "Fakt".

Gdy usłyszał cichy płacz dziecka, z serca spadł mu kamień. Przyłożył noworodka do piersi szczęśliwej mamy. Wtedy dopiero zjawił się personel medyczny. Zabrali świeżo upieczoną mamę na salę porodową, ale tylko po to, by przeciąć pępowinę. Mimo tak niecodziennego porodu nowo narodzona dziewczynka dostała 10, czyli najwięcej punktów Apgar. Personel szpitala ani jego dyrektor nie chcieli rozmawiać z reporterami "Faktu" i wyjaśnić kulis tego niezwykłego porodu.