Samolot wylądował o 9 rano. Na lotnisku, oprócz rodziny zabitego 28-letniego komandosa, byli także jego dowódcy i koledzy. Wszyscy zadają sobie pytania: dlaczego hummer nie wytrzymał eksplozji, gdy wjechał w sobotę w Afganistanie na minę.

Podporucznik Marczewski uchodził za wyjątkowo ostrożnego dowódcę. Gdy w sobotę wyjeżdżał na patrol z bazy Wazi Khwa (w prowincji Paktika), był ostrożny jak zawsze. Postanowił jechać górskimi drogami, które są rzadziej "obsiane" minami.

Niestety, załoga hummera miała wyjątkowego pecha. Dowódca zginął na miejscu, a czterech podwładnych ma liczne obrażenia. Ranni żołnierze też są już w Polsce. Leżą w Wojskowym Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu, gdzie leczą się z oparzeń i złamań. Lekarze twierdzą, że ich stan jest stabilny, a ich życie nie jest zagrożone.

Nie jest tajemnicą, że w 6. Batalionie Desantowo-Szturmowym w Gliwicach - gdzie służył komandos - panuje atmosfera ogólnego przygnębienia. Nawet oficerowie nie mogą uwierzyć w tę tragedię. Mówią, że podporucznik Marczewski był świetnym żołnierzem-spadochroniarzem. Przede wszystkim jednak był wspaniałym człowiekiem i głową rodziny.