W naszej dyskusji dotyczącej priorytetów polskiej polityki wzięli dotąd udział m.in. Wiesław Chrzanowski, Kinga Dunin, Bronisław Łagowski i Edmund Wnuk-Lipiński. Dziś przedstawiamy głos Ireny Lasoty, jednej z najważniejszych postaci polskiej opozycji z czasów PRL. Obserwując sprawy polskie z perspektywy amerykańskiej, nieco inaczej postrzega ona priorytety polskiej polityki. Przede wszystkim uderza ją brak długofalowej strategii w sprawach tak istotnych jak choćby bezpieczeństwo energetyczne. Z problemem surowców energetycznych Polska boryka się od dawna, a mimo to żaden rząd nie był na razie w stanie wypracować w tej kwestii spójnej polityki. Najwyższy czas, by coś takiego zostało stworzone. Ze sprawą tą wiąże się kolejna: stosunki z Rosją i państwami postsowieckimi, zwłaszcza Białorusią. Tu również Polska nie jest w stanie wyjść poza okazjonalne gesty i zabiegi. Uznaje się je za wielki sukces, choć tak naprawdę są jedynie świadectwem bezradności i niechęci do zajmowania się istotnymi problemami. Nieco podobnie jest w relacjach z USA, gdzie przez długi czas dominowała polityka wdzięczenia się, na której jednak Polska niewiele zyskała. A przecież - zauważa Lasota - nawet z najlepszym sojusznikiem warto się przede wszystkim targować o swoje. Wszystko to świadczy o pewnej niedojrzałości Polski, o jej lęku przed bardziej zdecydowaną walką o własne interesy.

p

Irena Lasota*

O priorytetach polskiej polityki

Priorytety polskiej polityki nie zmieniają się właściwie od roku 1989, bo wiele kluczowych problemów pozostaje od 19 lat nierozwiązanych. Zacznijmy od kwestii bezpieczeństwa energetycznego. Polsce nadal brakuje własnej polityki w tej dziedzinie. Jeśli nawet nie sposób wpływać na wszystko, na przykład na światowy wzrost cen benzyny, to przynajmniej można wypracować politykę na najbliższe 20 lat, która uwzględniałaby rozwiązania awaryjne na wypadek rozmaitych zagrożeń i nieprzewidzianych sytuacji. Dwie dekady to program minimum. Zarówno rząd Donalda Tuska, jak i poprzednie ekipy bardzo mało dotychczas robiły w tej sprawie. Uwodzenie prezydentów Gruzji oraz Azerbejdżanu - zwłaszcza tego drugiego - nie jest polityką energetyczną na miarę takiego kraju jak Polska.

Od roku 1989 do dziś nie nabraliśmy zwyczaju bycia silnym niezależnym państwem, które ma własne zdanie. Zbyt często słyszymy argumenty, że Polska będzie głosować "jak wszyscy" - na przykład w sprawie zniesienia sankcji wobec Kuby. Media bardzo często patrzą na polską politykę zagraniczną przez pryzmat tego, co powiedzą o nas Niemcy, Rosjanie, Amerykanie lub - jeszcze gorzej - tego, co mogą o nas pomyśleć. Polska jako jeden z większych krajów europejskich powinna sama określać swoją politykę zagraniczną, ale poważnie, a nie na użytek mediów i nie w celu podniesienia o kilka punktów czyjejś popularności. W poważnych krajach, do których już czas zacząć Polskę zaliczać, polityka zagraniczna nie jest piłką do kopania między różnymi gałęziami władzy.

Słabości polityki zagranicznej są widoczne szczególnie w stosunkach z Rosją. W żadnych dyskusjach i negocjacjach nie była poruszana sprawa obwodu kaliningradzkiego. A może on się stać w każdym momencie gorącym miejscem. To jest przecież uzbrojona rosyjska wysepka, która pozostaje nieobliczalna. Rozpada się ona - i to mimo że mieszkańcy obwodu wydają się dość zdyscyplinowaną społecznością, bo jest wśród nich dużo wojskowych. Granica z obwodem pozostaje granicą z Rosją. Tak więc terytorium to powinno być pod kontrolą międzynarodową. Do tego dochodzi jeszcze jeden fakt: obwód wciśnięty jest między Polskę a Litwę, a więc jego położenie nie jest obojętne dla stosunków polsko-litewskich, zwłaszcza energetycznych.

Polska graniczy też z Białorusią. Mamy tu nie tylko problem wzajemnych relacji polsko-białoruskich. Białoruś stanowi w dużej mierze ekspozyturę Rosji. To, że rosyjscy politycy deklarują, iż nie popierają Łukaszenki, bo jest on dla nich za głupi, nie zmienia faktu, że Białoruś pozostaje kolonią rosyjską. Dlatego dążenie do zmiany tego stanu rzeczy leży w polskim interesie. Uruchomienie białoruskiego kanału telewizyjnego nadającego z Polski było jedną z cenniejszych rzeczy, jaką w polityce zagranicznej zrobił rząd premiera Kaczyńskiego. I to należy kontynuować w jeszcze większym wymiarze, a nie redukować tylko dlatego, że kasę trzyma już ktoś inny.

Wiele komentarzy wywołała wizyta premiera Tuska w Moskwie. Nie można jej uznać za sukces. Przypominała ona pierwszą wizytę prezydenta Wałęsy na Kremlu w roku 1992, w czasie której dyplomatyczne gesty okazały się ważniejsze od korzystnych dla Polski ustaleń. To zresztą stanowiło wówczas tło konfliktu między Wałęsą a premierem Janem Olszewskim, którego rząd został wkrótce odwołany. Nie tylko sprawa teczek była powodem tego odwołania...

Odpowiedzią na utrzymywanie embarga na polskie mięso powinno być znalezienie innego rynku zbytu, a nie podlizywanie się Moskwie, by to embargo zniosła. Wpuszczanie Rosji do Europy w zamian za mięso, za głosy rolników (które, jak przekonują inni, i tak zależą od KRUS) jest wielkim błędem politycznym. Polska, stawiając weto w sprawie umowy UE z Rosją, robiła słusznie. Błąd polegał na tym, że nie pozyskała wtedy dla siebie wewnątrz Unii sojuszników. Była jedynym Reytanem, ale kiedy Reytanowi pozwolono eksportować mięso, Reytan wstał i wyszedł.

Jeśli chodzi o stosunki z Rosją, polskie władze nie powinny się bać ujawniania różnych nieprawidłowości, szczególnie że mogą to być kwestie dotyczące bezpieczeństwa państwa. Należy składać skargi do trybunałów międzynarodowych w przypadkach, gdy Rosja za pośrednictwem struktur mafijnych ingeruje w polską gospodarkę. Bo jeśli się tej mafii nie usunie przez najbliższe lata, ona już nigdy stąd nie wyjdzie.

Porównując stosunki kolejnych gabinetów z krajami UE, różnice między polityką obecnego rządu a poprzedniego są czysto medialne. Cokolwiek robiły rządy PiS, spotykało się to ze straszliwym potępieniem w mediach i to takich, które były im nieżyczliwe pod każdym względem. To że Polska nie stała się ulubieńcem Niemiec, było bardziej widoczne w naszym kraju niż u naszych zachodnich sąsiadów. Polska w różnych sprawach wyraża zdanie odmienne od innych krajów unijnych i nie ma w tym niczego złego. Członkostwo w Unii nie oznacza śpiewania jednym głosem. Problem zaczyna się wtedy, gdy stanowisko Polski okazuje się niejasne, a jej cele nieznane. Pewne cele mogą być nawet wyartykułowane, ale będzie je otaczać aura niezrozumienia, jeśli nie zostanie wytłumaczone to, z czego one wynikają.

Przejdźmy teraz do relacji z USA. W negocjacjach z najlepszym nawet sojusznikiem bardzo dobrze jest się targować. Polska musi się tego nauczyć - nauczyć się walczyć o swoje. Bo zasadniczą przeszkodą pozostaje dziedzictwo braku polityki zagranicznej w okresie zaborów i w epoce komunizmu. Z Polską jest jak z poczciwym dzieckiem, które powinno się nauczyć boksować, bo jak się tego nie nauczy, będzie kopane przez inne dzieci. Ale za zdecydowaną, twardą postawą muszą przemawiać istotne względy. Dlatego trzeba pochwalić obecny rząd, w tym ministra Radosława Sikorskiego, za to, że zniesienie wiz dla Polaków przestało być głównym wątkiem negocjacji polsko-amerykańskich. Czasami jednak opadają ręce, gdy patrzy się na reakcje mediów na politykę zagraniczną Polski, gdy niemądra sensacyjność zastępuje rozwagę. Komiczna była histeria rozpętana w prasie po wypowiedzi ministra Sikorskiego, w której nazwał afgańskiego watażkę Gulbuddina Hekmatyara zbrodniarzem. Nazwał go tak jak najsłuszniej. Zrobił to w Afganistanie, gdzie bandytyzm Hekmatyara jest znany i walczy z nim prezydent Karzaj. Piski i wrzaski, że Sikorski naraża polskich żołnierzy na ataki islamskich fundamentalistów, były absurdalne. Polscy żołnierze są w Afganistanie jako część międzynarodowych wojsk walczących przeciwko zbrodniarzom i terrorystom - dobrze, by o tym wiedziała opinia publiczna i sami żołnierze.

Poza sprawami bezpieczeństwa energetycznego i stosunków międzynarodowych pozostaje jeszcze wiele kwestii dotyczących tego, jakim krajem pod względem ekonomicznym ma stać się Polska w ciągu najbliższych dwóch dziesięcioleci. Poprawę poziomu życia można zapisać między innymi na konto fali emigracji zarobkowej. Ale to, że z Polski wyjechało na Wyspy Brytyjskie od miliona do dwóch milionów ludzi i że pieniądze zarobione na emigracji przysyłają oni do kraju, jest sytuacją tymczasową. W ostatniej kampanii wyborczej sporo mówiło się na temat konieczności tworzenia warunków pracy w Polsce dla tych, którzy wyjechali za chlebem. Jak na razie nie widać jakichś znaczących działań obecnego rządu w tej sprawie.

Kolejna rzecz, która prawdopodobnie przez opinię publiczną jest bagatelizowana, to polityka wobec uchodźców. Polska na tym polu bardzo odstaje od standardów cywilizowanego świata. Na przestrzeni dziejów Polacy korzystali z gościnności innych krajów i potrafili wytworzyć poczucie, że przyjęcie Polaka to był gest nie tylko wobec naszej ojczyzny, ale i wobec takich wartości jak honor czy sprawiedliwość. A w dzisiejszej Polsce bardzo źle się czują nawet uchodźcy mający polskie korzenie.

Ta polityka wobec uchodźców jest przejawem swoistej ksenofobii, na którą mogłyby Polsce uwagę zwrócić instytucje europejskie. Te jednak milczą, bo znacznie bardziej zajęte są przestrzeganiem w naszym kraju praw mniejszości seksualnych. Polska jest obecnie krajem bardziej zamkniętym, niż była jeszcze 15 lat temu. Podobnym problemem okazuje się polityka wobec repatriantów. Bardzo dobrze, że Polska ma wreszcie Kartę Polaka, ale weszła ona w życie o 19 lat za późno. Dla państwa polskiego temat rodaków, którzy z powodu zmian terytorialnych czy deportacji zostali po drugiej wojnie światowej w granicach ZSRR, jest czymś bardzo bolesnym i niechętnie go ono porusza. Można policzyć, ile od roku 1989 zmarło osób chcących i mogących wrócić do Polski. Konsulaty nie przyjmowały jednak podań wielu z nich o przywrócenie obywatelstwa. Tak więc Polska ma swoje poważne zobowiązania wobec rodaków, którzy nie ze swojej winy utracili obywatelstwo polskie. Bardzo dobitnie mówił o tym w 40. rocznicę Marca '68 prezydent Lech Kaczyński. Jeśli w kontekście Karty Polaka ktoś się mnie zapyta, po co nam dziś w kraju jakieś staruszki zza wschodniej granicy, odpowiem mu, że to są kobiety, które w Polsce roku 1939 były nastolatkami i nie jest ich winą, że przeżyły większość życia w Kazachstanie, ale jest winą Polski, że nie wróciły już dawno do własnego kraju.

Kolejnym bardzo ważnym problemem pozostaje sprawa korupcji. Powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego - nie zważając na rozmaite ataki prasowe i polityczne podejmowane często w złej wierze - było jedną z wielkich zasług rządu PiS. Instytucja ta powinna zachować bardzo daleko idące uprawnienia i daleko idącą niezależność. Poprzedni rząd, skupiając się na rozbijaniu układów, zachowywał się zgodnie z najlepszymi wzorcami. Polska, Bułgaria i Rumunia to trzy kraje członkowskie Unii Europejskiej, którym najbardziej doskwiera korupcja. A jest ona właśnie rezultatem zasiedziałych układów rodem z epoki komunizmu. Układy te widoczne są zwłaszcza w strukturach siłowych państwa. Rząd Jarosława Kaczyńskiego dość stanowczo zabrał się do służb specjalnych, również gdy chodzi o ich wpływy w polityce energetycznej i różnych gałęziach gospodarki. Obszarem, który powinien jak najszybciej przejść rewolucyjne zmiany, jest wymiar sprawiedliwości. W Polsce niezawisłość sędziów stale pozostawia wiele do życzenia. Są oni przez prawo nadmiernie chronieni, a z drugiej strony za mało zmienił się klimat stosowania prawa. W USA sędziego przyłapanego na przekupstwie czeka wieloletnie więzienie, a w oczach opinii publicznej winny jest on popełnienia ciężkiej zbrodni. Polskim sędziom potrzebne są szkolenia nie tyle z zakresu znajomości prawa, ile także z zakresu rozumienia roli sędziego i jego niezależności.

Naczelnym priorytetem państwa polskiego pozostaje jednak kwestia skończenia z pozostałościami systemu komunistycznego. Tego nie da się zrobić bez określenia, czym był komunizm, jakie szkody uczynił i jak te szkody można naprawiać. 18 lat temu parlament Czechosłowacji przyjął ustawę o tym, czym był komunizm. Dwie strony ustawy (których zabrakło w Polsce) wprowadziły ład pojęciowy, dzięki któremu można było wprowadzać ład prawny i gospodarczy i budować nowe państwo. Wyszydzana przez wielu IV Rzeczpospolita miała być w moim rozumieniu właśnie państwem budowanym na jasnym ładzie moralnym. Nie można i nie trzeba nawet karać wszystkich budowniczych komunizmu, ale można próbować zrozumieć, czym była przeszłość i co z niej pozostało w różnych sferach. Prześmiewcy IV Rzeczypospolitej to ci sami ludzie, którzy oponują przeciwko lustracji czy dekomunizacji służb specjalnych, ale myślę, że dołączyli do nich także ludzie mający już dość trwających całe pokolenie sporów, których istota często ginie wśród retorycznych figur i obelg.

Irena Lasota

p

*Irena Lasota, ur. 1947, publicystka, wydawca, działaczka społeczna. Uczestniczka wydarzeń Marca '68 - należała do grupy tzw. komandosów. Od 1970 roku przebywa na emigracji. W roku 1981 wraz z Jakubem Karpińskim założyła w Nowym Jorku Komitet Poparcia Solidarności. Bardzo aktywnie wspierała działalność podziemnych struktur zdelegalizowanego w stanie wojennym związku zawodowego. W 1984 roku powołała do istnienia Institute for Democracy in Eastern Europe (IDEE), który działa do dziś i zajmuje się pomocą ruchom dysydenckim. Mieszka w Waszyngtonie. W "Europie" nr 184 z 13 października ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nią "Kaczyńscy są liberalni".