Sukces serialu o polskich emigrantach
Ponad 4,5 mln widzów obejrzało pierwszy odcinek sagi o losach polskich emigrantów na Wyspach. "Londyńczykom" udało się osiągnąć tak dobre wyniki, mimo że znaczna część dialogów toczy się po angielsku. Nie tłumaczy ich lektor, tylko napisy pojawiające się na dole ekranu - pisze DZIENNIK.
- Tokio chce oglądać polskich emigrantów
- To już 10 lat "Świata według Kiepskich"
- "Kaktus w sercu" trafi do księgarń. Prawdziwych
- Tej jesieni to kobiety trzymają piloty
- Proza życia polskiego imigranta w Londynie
- Widzowie mają dość Deląga
- Irlandczycy zamiast "Londyńczyków"
- "Daleko od noszy" znika z anteny
- Emigranci prześcignęli gliniarzy z W-11
- Wiosną telewizje postawią na seriale
- Czuły Barbarzyńca przenosi się do Londynu
- Jeżeli dziś czwartek, to jesteśmy w Londynie
- Triumf polskich filmów
- "Londyńczycy 2" w jesiennej ramówce TVP
- Cała prawda o polskiej telewizji
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Jak wynika z danych TNS OBOP, wyświetlanych w czwartkowy wieczór w programie pierwszym TVP "Londyńczyków" oglądała ponad jedna trzecia widowni, która w tym czasie miała
włączone telewizory. Dla porównania - czwarta seria hitu "Zagubieni", który "Jedynka" nadawała w tym samym czasie kilka tygodni wcześniej, przyciągała
przed ekrany ponad milion osób mniej. "Baliśmy się, że popularność serialu może być niższa, na szczęście niesłusznie" - mówi szefowa TVP 1 Dorota Macieja.
Obawy brały się stąd, że znaczna część dialogów toczy się po angielsku, a telewizyjna "Jedynka" zdecydowała się zrezygnować z lektora na rzecz napisów.
"Chcieliśmy w ten sposób jak najlepiej oddać klimat miejsca, gdzie rozgrywa się akcja, i problemy, z jakimi borykają się bohaterowie. Także te językowe" - dodaje
Macieja.
Po emisji serialu do TVP zadzwonił tylko jeden widz ze skargą na brak lektora. "Zdecydowana większość głosów była pozytywna" - twierdzi szefowa
"Jedynki".
Pierwszy odcinek trzynastoodcinkowej opowieści o polskich emigrantach wywołał burzliwą dyskusję na internetowych forach. Jedni zarzucali twórcom filmu powielanie stereotypów o życiu na
emigracji, inni z kolei chwalili za odwagę. "Film obnażył smutną prawdę o Anglii. Wiele osób wyjeżdża, a potem im się wstyd przyznać, że tam niestety sięgają dna. Wracają lub
dzwoniąc do Polski przed znajomymi roztaczają piękne wizje, jak to tam cudownie, a tam niestety jest się śmieciem" - pisał z kolei "wrocławiak" na jednym z portali o
showbiznesie.
"Londyńczycy" to nie pierwszy eksperyment telewizji publicznej z napisami. Od ponad dwóch tygodni "Dwójka" pokazuje w wersji oryginalnej serialowy hit Disney
Channel "Nie ma to jak hotel", który ogląda około pół miliona widzów.
Według medioznawców te nieśmiałe jak na razie zmiany mogą doprowadzić do przełomu w sposobie tłumaczenia dialogów w zagranicznych filmach. "Co prawda napisy nie przyjmą się masowo
w ciągu najbliższych miesięcy, bo nasz widz jest przyzwyczajony do lektora, ale w dłuższej perspektywie proporcje mogą się zmienić na ich korzyść" - mówi medioznawca z
Uniwersytetu Śląskiego Krystyna Doktorowicz.
p
Sylwia Czubkowska: Premierę "Londyńczyków" w TVP 1 oglądało ponad 4,5 mln widzów. Nie najgorszą oglądalność ma też sitcom dla dzieci "Nie ma to jak
hotel" pokazywany przez TVP 2. Oba seriale zamiast z lektorem wyświetlane są z napisami. Czyżby Polacy zaczęli się przekonywać do takiego sposobu tłumaczenia dialogów?
Wiesław Godzic*: Oglądalność tych seriali jest tak wysoka, bo są one skierowane do ludzi młodych. Napisy w telewizji to kwestia generacyjna: młodzi to kupią, starsi nie. Dla młodych
napisy są czymś normalnym, a lektor jest sztucznym tworem. Znacznie trudniej byłoy przekonać do napisów starszych widzów, którzy są do nich przyzwyczajeni.
Skoro młodzi widzowie nie potrzebują lektorów, więc może wraz ze zmianą generacyjną widzów lektorzy wyginą?
Tak, ale nie tak szybko. Jeszcze pokolenie dzisiejszych 20- i 30-latków ma do lektorów pewien sentyment. Lubią sobie posłuchać tego głosu. Choć traktują to już jako pewien obciach, to
dopiero dla ich dzieci lektor będzie całkiem obcy i niepotrzebny. Lektorzy to zabytki epoki paleotelewizji. Dziś zaczyna rządzić neotelewizja, w której jest dużo napisów, grafiki i która tym
chce przytrzymać uwagę widza.
A więc to samym telewizjom powinno zależeć na tym, by wprowadzać napisy?
Na pewno, ale tylko jako opcję wyboru, tak by to widz miał możliwość zdecydować, czy woli lektora, czy napisy. Telewizje będą szły w tę stronę także ze względu na rozwój technologii.
Ostatnio oglądałem amerykański film "Pluton", w którym podczas marszu w dżungli w tle innych odgłosów z prawej strony z tyłu rozległ się jakiś hałas. Gdyby zagłuszył
go lektor, nie wiedziałbym, dlaczego bohaterowie nagle obejrzeli się w tym kierunku. Właśnie dla tych doznań widzowie będą coraz częściej domagać się od telewizji napisów.
*Wiesław Godzic, medioznawca i redaktor naczelny kwartalnika "Kultura Popularna" wydawanego przez Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!