Podsumowanie dwudziestolecia nie może koncentrować się wyłącznie na pierwszej dekadzie, choć skłania nas do tego z jednej strony dość precyzyjny opis tamtej epoki, a z drugiej niepewność dotycząca odmienności tego, z czym mamy do czynienia obecnie.

O ostatnich latach myślimy jako o długiej teraźniejszości, nie znajdując dla niej ani adekwatnej nazwy, ani odpowiednio skorygowanych sposobów opisu. Oczekujemy, że podpowiedzą nam je narracje lub zdarzenia tworzone przez polityków. Ale ich rozumienie zachodzących zjawisk bywa często jeszcze płytsze ze względu na uwikłanie w drobne irrelewantne wobec systemu gry, które uznają naiwnie za rzeczywistość. Tworzą zatem opisy sytuacji, które wprowadzają w błąd nawet przenikliwych obserwatorów polityki przyzwyczajonych do traktowania tego typu wypowiedzi jako czegoś, co odsłania ukrytą, a zarazem rzeczywistą naturę politycznej rozgrywki.

Epoka takich istotnych opisów skończyła się jednak wraz z wypowiedziami Wiesława Kaczmarka, które dały początek "komisji orlenowskiej". Potem mieliśmy już tylko świadectwa mentalności politycznych elit - jak przy taśmach Oleksego czy w wypadku rewelacji dotyczących Janusza Kaczmarka. Odsłaniały one pewne mechanizmy rządzenia, relacje na szczytach władzy, ale nie prowadziły do odkrycia cech nowego porządku. Najciekawsze intuicje opisujące sytuację polityczną pojawiały się jeszcze niekiedy w przemówieniach premiera Kaczyńskiego na licznych konwencjach PiS, choć warstwa propagandowa tak dalece mieszała się w nich z analityczną, że nie stanowiły wystarczającej przesłanki dla pogłębionego opisu.

Tymczasem jest dla nas oczywiste, że od 2 kwietnia 2004 roku - od dnia, w którym "Wyborcza" opublikowała wywiad Dominiki Wielowieyskiej z Wiesławem Kaczmarkiem - wiele się zmieniło i zapewne byłoby o czym opowiadać. Państwo nie jest - wbrew naszym nawykom myślowym - czynnikiem stałym i niezmiennym w polityce. Jeżeli przyjrzymy się zmianom jego realnych funkcji w znacznie lepiej opisanym i bardziej dynamicznym przypadku, jakim są Stany Zjednoczone - jeżeli przeanalizujemy zmiany wywołane przez atak z 11 września, przez katastrofę Enronu, skutki huraganu "Kathrina" czy ostatniego "interwencjonistycznego" przełomu spowodowanego kryzysem finansowym - łatwo zauważymy, że istotne przekształcenia zachodzą nieustannie.

To zmiany, które wręcz domagają się rozumienia i interpretacji. Które skłaniają do wysiłku intelektualne elity każdego państwa. Nas tymczasem pochłaniają spory reprodukujące w nieskończoność stare podziały. Spory, które nie tworzą nowych syntez opisujących zmiany formuły państwa czy podpowiadających możliwe racjonalne korekty "ładu samorzutnego". Korekty, które nie muszą aspirować do odzyskania pełnej kontroli nad przebiegiem zmian i nie muszą posługiwać się wygórowanymi standardami sterowności. Jeżeli jednak polityka ma pozostać sztuką panowania nad własnym - zbiorowym - losem, a nie stać się segmentem przemysłu rozrywkowego, to musi zachować zdolność korekty realnych sytuacji. A także dysponować ich względnie adekwatnym opisem.

Nowego opisu domaga się to, że od czterech lat jesteśmy uczestnikami gry europejskiej na zupełnie nowych zasadach, że zmieniła się funkcja państwa narodowego - choć zmiana ta wcale nie oznacza, jak obawiali się (lub na co liczyli) niektórzy, osłabienia jego znaczenia. Nowego opisu domaga się też to, że o ile konstytutywnym sporem politycznym pierwszych dziesięciu lat niepodległości był spór między spadkobiercami PRL a ich przeciwnikami, o tyle dziś sporem, który racjonalizuje jakoś konflikt dwóch głównych formacji, jest napięcie między wizją władzy podmiotowej i sprawczej, a wizją władzy powstrzymującej się od wypowiedzenia opinii i zajęcia stanowiska. Nowego opisu domaga się wreszcie fakt całkowitego wyczerpania się idei przewodnich ustroju III Rzeczypospolitej - skłaniający niektórych komentatorów - ostatnio Michała Karnowskiego - do stawiania zbyt mocnej jeszcze tezy o faktycznym nastaniu IV RP.

Jest to o tyle uzasadnione, że III Rzeczpospolita miała funkcjonalny klucz legitymizacyjny, jakim było dokonywanie takiej ekonomicznej transformacji oraz politycznej liberalizacji, które z jednej strony ochronią grupy rządzące, a z drugiej - uzyskają aprobatę Zachodu i nie zostaną zakwestionowane przez społeczeństwo. Ten klucz stracił swoją moc z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego że wejście do Unii Europejskiej zostało potraktowane przez grupy rządzące transformacją jako osiągnięcie ziemi obiecanej (z absolutnie funkcjonalną i używaną przez nie metaforą Aleksandra Kwaśniewskiego jako Mojżesza). Po drugie dlatego że wyczerpaniu uległ - opisany przez Zdzisława Krasnodębskiego - "projekt polskiej demokracji", który "wynikał raczej z definicji grożących jej śmiertelnych niebezpieczeństw niż z wizji pozytywnej". Straciła swą perswazyjną moc ta wersja liberalizmu, która ukształtowała się "pod wpływem głębokiej nieufności wobec obywateli, o których sądzono, że do niego nie dorośli".

Funkcjonalny liberalizm Platformy nie odwołuje się już do postulatu obrony liberalnej elity przed niebezpieczeństwem utraty władzy na rzecz populistów lub fundamentalistów moralnych, religijnych czy narodowych. Taką legitymizację podpowiadali wprawdzie Tuskowi lewicowo-liberalni publicyści z Salonu 1989, ale ich rady zostały dość ostentacyjnie zignorowane. Donald Tusk nie wykroczy w realizowaniu ich marzeń poza uważne przestrzeganie zasad politycznej poprawności. Stare reguły przestały obowiązywać, ale na ich miejsce nie pojawiają się nowe.

Opisywany przez Monteskiusza "cel państwa", którym obok samozachowania jest też zwykle pewien specyficzny, osadzony w tradycji danego narodu ideał, był wprawdzie przedmiotem wielu - głównie konserwatywnych - deliberacji i propozycji, ale nie został w żaden sposób określony. Nie zbliżyły nas do tego ani zaniechane prace konstytucyjne, ani grzęznąca w jałowym sporze dwóch partii publiczna debata. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby prowadzić do odkrycia i sformułowania takiego celu.

Zmarnowany kryzys założycielski

W tym sensie kryzys 2003 i 2004 roku nie stał się - wbrew naszym oczekiwaniom - "kryzysem założycielskim". Sądziliśmy bowiem, że stanie się tak na mocy jakichś racjonalnych działań elity politycznej, przede wszystkim spodziewanej koalicji PO - PiS, a później choćby jednej ze stron. Niektórzy jeszcze w roku 2007 pisali, że skoro fundamentem nowego porządku nie może być zgoda, to niech narodzi się on choćby z konfliktu. Zarówno pierwsze, jak i drugie nadzieje okazały się płonne.

Instytucje polityczne - przede wszystkim partie opozycyjne wobec SLD i sejmowe komisje śledcze - przyczyniły się wprawdzie do destrukcji systemu "postkomunistycznego", do odebrania mu narzędzi sprawczych, ale nie potrafiły wytworzyć jakichkolwiek ram nowego ładu. Co więcej, ponieważ sprawa Rywina była długo istotnym kontekstem myślenia o kryzysie, w znacznej mierze skierowało to uwagę ówczesnej publicystyki na kwestie demontażu dawnego "układu", "systemu" czy "grupy trzymającej władzę".

Politykom także łatwiej było skupić się na nieprecyzyjnie opisanym wrogu, niż rozmawiać o nowych regułach dystrybucji zaufania, co było rzeczywistym warunkiem formowania nowego porządku. Gabinety Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska są zatem rządami o wygodnej formule negatywnej, która zawsze w sytuacji kryzysu pozwala odwoływać się do zagrożenia, jakim ma być powrót poprzedników. Formuła ta jest krótkowzroczna i bardzo doraźna. Uwalnia jednak od ciężaru tworzenia szerszej koncepcji władzy i ułatwia liderom "zarządzanie niepewnością".

Tymczasem siła poprzedników jest raczej fantasmagorią rządzących niż realnym problemem domagającym się rozwiązania. W trzeciej odsłonie - rządu Tuska - używanie jej w charakterze straszaka skończyło się farsą polegającą na tropieniu z urzędu demonicznych praktyk byłego ministra sprawiedliwości prowadzących do uszkodzenia sprzętu komputerowego. Poszukiwanie wroga zostało sprowadzone już tylko do banalnego spektaklu, który stanowi alibi dla własnej bezsilności.

Dotyczy to także wspólnej - w pewnym momencie dla PO, PiS i sporej grupy publicystów - kampanii antyoligarchicznej. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze przed upadkiem Leszka Millera Jadwiga Staniszkis pisała, iż "w warunkach postkomunizmu oligarchia okazała się za słaba kapitałowo, by zachować kontrolę nad bankami (i wyegzekwować sformułowany przez siebie imperatyw ich konsolidacji przed prywatyzacją). Była też zbyt podzielona (patrz - konflikty w koalicji SLD - PSL wyrażające tarcia między segmentami oligarchii zorientowanymi na różne rynki i różne standardy polityki instytucjonalizacji) oraz nieprzygotowana finansowo i organizacyjnie do przejęcia kontroli nad nowymi strumieniami środków publicznych (emerytury). Członkowie oligarchii zaczęli więc, każdy na własną rękę, ratować już osiągnięty status konsumpcyjny. Wchodzili w charakterze młodszych partnerów w powiązania z filarami zagranicznymi i ofiarowali swoje, szybko ulegające korozji zasoby władzy".

Pod wieloma względami zatem pomyliliśmy się, udzielając władzy silnego mandatu na rozprawę ze słabnącym wrogiem, a nie stawiając przed nią dostatecznie silnego postulatu skonstruowania nowych ram porządkujących polityczną, społeczną czy ekonomiczną aktywność Polaków. Ram adekwatnych wobec unijnego wyzwania rywalizacji i współpracy, wobec nowej dynamiki społecznej wynikającej ze zmian demograficznych, ale także nowej aksjologicznej tożsamości społeczeństwa, tak odmiennej od nadziei autorów modernizacji, a zarazem całkowicie rozczarowującej dla jej przeciwników. Tożsamości, która stała się fundamentem zaskakującej dla wielu zmiany zachowań wyborczych i która ukonstytuowała nowy porządek na scenie politycznej.

Czerwony ocean rywalizacji

Głośna swego czasu książka z zakresu zarządzania "Strategia błękitnego oceanu" W. Chan Kim i Renée Mauborgne wprowadzała rozróżnienie między błękitnymi oceanami przestrzeni rynkowej pozwalającymi relatywizować problem konkurencji a czerwonymi oceanami rynku, na których toczy się ostra rywalizacja o malejącą pulę zysków. Ta metafora pozwala zobrazować ewolucję polskiej polityki w ostatnim dwudziestoleciu. Wyczerpywanie się "agendy transformacyjnej" i załamanie się konstytutywnego dla lat 90. podziału postkomunistycznego nie doprowadziło - paradoksalnie - do osłabienia poziomu rywalizacji międzypartyjnej.

Przeciwnie, rywalizacja między podobnymi do siebie przeciwnikami, jakimi stały się PO i PiS, okazała się znacznie ostrzejsza niż poprzednia rywalizacja spadkobierców "Solidarności" i postkomunistów. Co więcej, rywalizacja partyjna jest już nie tylko podstawowym, ale - jak się wydaje - wyłącznym aspektem polityki. Istota tej rywalizacji sprawia, że nie skłania ona do osiągania przewag przez ambitne projekty poprawiające stan instytucji publicznych czy podnoszące jakość życia, ale głównie przez zaniechanie ryzyka i odpowiednie sterowanie komunikatami docierającymi do opinii publicznej. W czasie rządów Jarosława Kaczyńskiego odwoływano się przy tym do środków "bogatych", sterując kryzysami czy wzmagając lub osłabiając napięcia koalicyjne. Spin doktorzy Tuska stosują - także ze względu na większą tolerancję ze strony mediów - słabsze metody. Przykrywają niekorzystne informacje innymi, gaszą niekorzystne dla rządu dyskusje, podsuwając "łatwiejsze" i bardziej medialne tematy.

Sztuka rządzenia staje się jednak coraz częściej sztuką robienia dobrego wrażenia, sztuką umiejętnego zaniechania, szukania alibi dla bezczynności, odwlekania kluczowych decyzji. Jedyny wyjątek, jaki stanowi decyzja o określeniu terminu wprowadzenia euro, można tłumaczyć zarówno pewnymi pożytkami w sferze PR, jak też opisaną niżej tęsknotą części elit transformacji za powrotem zewnętrznej agendy politycznej. Wiele wskazuje na to, że obie ścierające się strony wykorzystają wszelkie możliwe okazje po temu, by zwiększyć własne szanse w czerwonym oceanie partyjnej rywalizacji.

Pomagają im w tym dwa istotne zjawiska. Pierwsze, na które zwracała uwagę Jadwiga Staniszkis, pisząc przed laty, że "instytucje demokratyczne (w tym - parlament) stają się przede wszystkim rytuałem wyłaniania klasy politycznej (która potem »zarządza«, a nie »rządzi«) lub terenem polityki symboli, nie zaś ośrodkiem władzy nad regułami gry i miejscem pogłębionej refleksji co do powstającego postkomunistycznego porządku". To sprawia, że grę o sumie ujemnej można prowadzić coraz bardziej bezkarnie, nie licząc się z jej negatywnymi dla ogółu skutkami.

Po drugie ostra rywalizacja sprzyja zasadniczym zmianom modelu partii politycznej w Polsce. Wzmocnieniu uległo partyjne "centrum", które określa nie tylko ogólne ramy rywalizacji, ale także szczegółowe instrukcje retoryczne. Eliminuje ono skutecznie i bezwzględnie wszelkie potencjalne alternatywy wobec sprawującego kierownictwo lidera, nie tylko ograniczając możliwość rozłamu czy zmiany przywództwa, ale także pojawienia się wizerunkowego dysonansu. I próbuje także w istotny sposób kontrolować funkcjonowanie regionalnych i lokalnych struktur partii. Pewnym alibi dla takiej aktywności jest doświadczenie skutków korupcji lokalnych struktur SLD dla wizerunku tej partii. Jednak realia tych praktyk wykraczają daleko poza antykorupcyjną prewencję i w praktyce prowadzą do przemiany partii autorskiej (opartej na wizerunku lidera i jego osobistych poglądach) w partię prywatnego, woluntarystycznego centralizmu.

Teoretycznie zatem moglibyśmy postrzegać istniejący układ polityczny jako względnie stabilny i przewidywalny, oczekiwać po nim wyjścia poza taktyczną doraźność. Zwłaszcza że część ekspertów wróży Platformie długie, co najmniej ośmioletnie rządy. Jednak realia rywalizacji w czerwonym oceanie - zwłaszcza w połączeniu z woluntaryzmem zarządzania politycznego - wymuszają całkowitą doraźność i niepewność zachowań głównych aktorów i uzależniają stabilność systemu od zachowań dwóch, trzech osób. Gdyby bowiem w centralistycznie i autorsko skonstruowanych partiach zabrakło nagle Tuska lub Kaczyńskiego, "systemowość" panującego dziś rozwiązania rozpadłaby się w kilka tygodni.

Rewolucja semantyczna

Dodatkowym istotnym elementem nowego porządku jest zupełnie odmienna niż w latach 90. rola mediów. Po pierwsze znacząca część ich zachowań dyktowana jest koniecznością rywalizacji - zarówno na poziomie mediów elektronicznych, jak i opiniotwórczej prasy. Po drugie nie istnieje żaden ośrodek określający ciasne i wiążące normy dziennikarskiej poprawności. Po trzecie coraz istotniejsza jest rola form interaktywnych, w której "milczące mniejszości" zyskują możliwość komunikowania własnych poglądów i - co więcej - komunikowania ich bez pośrednictwa mediów masowych.

Studenci analizujący wydarzenia polityczne początku lat 90. z trudem mogą wyobrazić sobie stan, w którym istnieje tylko jedna telewizja oferująca kompletny serwis informacyjny nadzorowana przez podległego premierowi szefa Komitetu ds. Radia i Telewizji. Stan, w którym działa tylko jedna opiniotwórcza gazeta prywatna i jedna państwowa (niezwykle licząca się zresztą z opiniami wypowiadanymi na łamach tej prywatnej). Nie rozumieją ani nadzwyczajnej w tamtych latach pozycji politycznej Adama Michnika, ani racjonalnych powodów, dla których fotel poselski stanowił przeszkodę w efektywnym oddziaływaniu na polską politykę.

Rewolucja semantyczna lat 2003 - 2004, która zrelatywizowała pozycję "Gazety Wyborczej" i ustanowiony przez nią opis polskiej transformacji, doprowadziła także do głębszej zmiany polegającej na ustanowieniu nowych zasad kontroli całej elity politycznej. Zmiana ta nie miała przy tym jednoznacznie pozytywnego charakteru, ale ustanowiła nowe reguły gry między polityką a mediami, znacznie bardziej uczciwe i przejrzyste.

Co więcej - inaczej niż zmiany polityczne - została ugruntowana w nowych instytucjach. Od państwowego IPN począwszy, przez systemowy wpływ internetu i jego "politycznych" przestrzeni, na prywatnych telewizjach (TVN24, PolsatNews) i tytułach prasowych ("Fakt", "Dziennik") skończywszy. Nie oznacza to przy tym wyrzeczenia się przez media ambicji kreacyjnych, ale wyrazistą decentralizację ośrodków aspirujących do efektywnego oddziaływania na opinię i poszerzenie zakresu dopuszczanych do dyskusji alternatyw.

Definiowanie agendy

Opisany wyżej proces ma też ogromne znaczenie dla możliwości definiowania pól debaty i, co ważniejsze, dla kształtowania się politycznej agendy. Elitystyczne ujęcia systemów politycznych oparte są bowiem na przekonaniu, że znacząca dla polityki i funkcjonowania systemu jest nie tyle sama wyborcza rywalizacja stanowiąca demokratyczne opium dla "nowych mas", ale procedury określania przedmiotów sporu i ich dopuszczalnych wyników, a także układania efektywnej agendy instytucji publicznych.

W tym sensie mamy do czynienia z trzema nowymi zjawiskami. Pierwszym, niezwykle bolesnym dla elity transformacji, jest wyczerpanie się zewnętrznej agendy układanej w latach 90. i do roku 2004 przez Bank Światowy, MFW, NATO czy Unię Europejską. Agenda ta była zasadniczo wyłączona z rywalizacji politycznej, definiowała kompetencje jej administratorów według kryteriów ustalanych na poziomie instytucji międzynarodowych. Określała też pewien racjonalistyczny model wyższości "biurokracji typu eksperckiego" (określenie Adama Podgóreckiego) nad czynnikiem politycznym.

W tym sensie część komentatorów identyfikujących się z technokratyczną i biurokratyczną elitą transformacji z entuzjazmem powitała pojawienie się zapowiedzi wprowadzenia euro jako szansy na jeszcze jedną - być może ostatnią - operację odtwarzającą dawny kształt relacji i przywracającą choćby na chwilę klimat racjonalistycznej dominacji nad irracjonalnymi z definicji "przeciwnikami transformacji", których tłumaczy niskie wykształcenie, intelektualne zacofanie czy - w skrajnych wypadkach - uleganie anachronicznym, ideologicznym schematom.

Jest jednak oczywiste, że harmonogram wprowadzania euro jest tylko punktem w agendzie, że nie przywraca blasku dawnych czasów, tylko płomyczek wspomnień z epoki efektywnej przemocy strukturalnej. Nie daje też elicie politycznej usprawiedliwienia ewentualnej bezczynności w innych dziedzinach. Kto zatem ustala obecną agendę i układa ramy politycznej debaty? Gdzie jest ów jawny lub ukryty suweren, którego działania mogliby badać politolodzy ze szkoły elitystycznej?

W opublikowanym cztery i pół roku temu, w kwietniu 2004 roku, na łamach "Europy" tekście Robert Krasowski przekonywał, że "w mechanizmie władzy zepsuło się to co najważniejsze. Konstrukcja, która sprawia, że wola władcy staje się rzeczywistością. W zasadzie można powiedzieć, że władza polityczna nie istnieje - przynajmniej nie w tej ilości, która jest niezbędna, aby władcy zapewnić wolne od kompromitacji trwanie, a poddanym minimum satysfakcji z rządu". Co więcej, poszukiwania czynników, które powodowałyby ową chroniczną słabość władzy, są pozbawione sensu, albowiem pozakonstytucyjny czynnik sprawczy, swego rodzaju "klasa panująca", jest - zdaniem Krasowskiego - "tylko hipostazą bezsilności państwa, a nie opisem realnych grup. Nawet pojęcie »państwa skorumpowanego« nie jest zbyt trafne, bo wyolbrzymia siłę lobbystów. A to nie oni są silni, tylko państwo słabe".

Doświadczenia rządów Belki, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska nie zmieniły w sposób istotny tej diagnozy. W tym sensie nie ma racji Jan Rokita, mówiąc o "systemie rządów prywatnych". W tej definicji tylko słowo "prywatny" wydaje się przekonujące. Tusk ma jedynie siłę blokowania takich form aktywności rządu, które mogłyby zaszkodzić PO w czerwonym oceanie rywalizacji i osłabić jego własne prezydenckie szanse. Cała nadzieja w tym, że jakąś dobrą inicjatywę ministerialną mimo wszystko przepuści, że uzna ją za niosącą niewielkie ryzyko lub dającą przewagę w sporze z PiS lub prezydentem. Na "system rządów" to jednak stanowczo za mało.

Brak aktywności rządu nie oznacza, że jesteśmy społeczeństwem żyjącym bez agendy, że nasze publiczne życie obywa się bez agendy. Chodzi raczej o to, że rola rządu czy parlamentu w jej kształtowaniu jest coraz mniejsza. To z kolei prowadzi do utraty pewnego nawyku - istniejącego przecież nawet w czasach dla Polaków złych - definiowania interesu publicznego na poziomie narodowym. I nie chodzi tu o wyłączność czy nawet nadrzędność tego interesu, ale o samo jego określanie i branie pod uwagę w kształtowaniu realnej agendy instytucji publicznych - bez względu na ich zasięg i pole działania, bez względu na formę ich własności i mechanizmy zarządzania.

Definiowanie agendy odbywa się jednak w sposób zupełnie niekontrolowany. W dużej mierze określają ją dziś duże programy finansowane ze środków Unii Europejskiej. Dokonują tego przez wskazanie dysponentów, beneficjentów lub wymuszanie współpracy i hierarchizowanie celów. Odbywa się to w sporym stopniu poza polem widzenia "czynnika politycznego", który nie dostrzega jeszcze ustrojowych skutków takich programów, ich wpływu na zmianę sposobu postrzegania publicznych priorytetów i definiowania misji poszczególnych instytucji.

Zmiana, faktyczny wybór cywilizacyjny, dokonuje się zatem znowu - jak pisała Staniszkis - "jakby we śnie, poza nami i bez dyskusji publicznej". Co nie znaczy, że nie generuje nowego porządku, z daleka od pola politycznych decyzji i debat. Z daleka od instytucji publicznych, które zdolne były do zadania istotnego ciosu systemowi postkomunizmu, ale okazały się zupełnie bezradne, gdy chodzi o określanie instytucjonalnych ram nowego porządku.

*Rafał Matyja ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Opublikował (wraz Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007).