"Na nasze nieszczęście wygraliśmy!" - tak brzmiała znana (i prorocza) wypowiedź Lecha Wałęsy. Kiedy "Solidarność" objęła władzę w 1989 roku, zadłużenie kraju wynosiło 40 miliardów dolarów, inflacja sięgała 600 procent, pojawiały się poważne braki w zaopatrzeniu w żywność i kwitł czarny rynek. Wiele fabryk produkowało wyroby, na które nie było zbytu. Dla Polaków oznaczało to wyjątkowo bolesne wejście w demokrację. Wolność wreszcie nadeszła, ale mało kto miał czas i ochotę się nią cieszyć, bo pensje były bardzo niskie. Ludzie całe dnie spędzali w kolejkach po mąkę i masło, jeżeli akurat w danym tygodniu były dostawy do sklepów.

Przez całe lato po swoim wyborczym triumfie "solidarnościowy" rząd był sparaliżowany brakiem decyzji. Tempo upadku starego reżimu i nieoczekiwany wynik wyborów był szokiem dla samych zwycięzców; w ciągu kilku miesięcy działacze "Solidarności", którzy ukrywali się przed tajną policją, stali się pracodawcami tych samych agentów. Dodatkowy szok przeżyli, odkrywając, że nie bardzo mają z czego wypłacić im pensje. Ruch zamiast budować postkomunistyczną gospodarkę, o której marzył, stanął przed dużo pilniejszym zadaniem uniknięcia kompletnego krachu i masowego głodu.

Liderzy "Solidarności" wiedzieli, że chcą skończyć z duszącym uściskiem, jakim państwo krępowało gospodarkę, ale nie byli do końca pewni, czym chcą go zastąpić. Dla szeregowych członków związku była to szansa, by realizować program ekonomiczny "Solidarności": gdyby państwowe fabryki udało się przekształcić w robotnicze kooperatywy, była szansa, że znów staną się one rentowne - zarządzanie przez pracowników mogło być bardziej skuteczne, szczególnie bez dodatkowych kosztów generowanych przez partyjnych biurokratów. Inni opowiadali się za tym samym programem stopniowej transformacji, jakie wówczas w Moskwie prezentował Gorbaczow - powolne rozszerzanie obszarów, na których obowiązywały rynkowe zasady podaży i popytu (więcej legalnych sklepów i rynków) w połączeniu z silnym sektorem publicznym opartym na skandynawskim modelu socjaldemokratycznym.

Jednak podobnie jak w wypadku Ameryki Łacińskiej zanim cokolwiek można było zrobić, Polska potrzebowała umorzenia długów i pewnej natychmiastowej pomocy, by wydostać się z kryzysu. W teorii takie jest podstawowe zadanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego: zapewnienie funduszy stabilizacyjnych w celu zapobieżenia katastrofom ekonomicznym. Jeżeli jakikolwiek rząd zasługiwał na taką linę ratunkową, to niewątpliwie ten kierowany przez "Solidarność"; pierwszy od czterech dekad w bloku wschodnim, który zdołał pokonać komunistyczny reżim. Z pewnością po wszystkich próbach sprzeciwu podejmowanych w czasie zimnej wojny za żelazną kurtyną, nowi polscy przywódcy mogli liczyć na jakąś pomoc.

Żadna taka oferta nie nadeszła. Znajdujące się pod kontrolą ekonomistów ze szkoły chicagowskiej MFW i amerykański Departament Skarbu postrzegały problemy Polski przez pryzmat doktryny szoku. Ekonomiczny krach i ogromne zadłużenie w połączeniu z dezorientacją spowodowaną szybką zmianą systemu sprawiły, że Polska była doskonałym kandydatem, by zaakceptować program radykalnej terapii szokowej. Stawka finansowa zaś była nawet wyższa niż w Ameryce Łacińskiej: Europa Wschodnia pozostawała nietknięta przez zachodni kapitalizm, nie mówiąc o rynku konsumenckim. Wszystkie najcenniejsze przedsiębiorstwa znajdowały się wciąż w rękach państwa - i były pierwszymi kandydatami do prywatyzacji. Potencjał szybkich zysków dla tych, którzy zjawią się pierwsi, był ogromny.

Wyposażony w wiedzę, że im gorsza będzie sytuacja, tym łatwiej nowy rząd będzie skłonny zaakceptować całkowite przestawienie się na niczym nieskrępowany kapitalizm, MFW pozwalał krajowi coraz głębiej osuwać się w przepaść zadłużenia i inflacji. W takiej sytuacji Jeffrey Sachs, wówczas trzydziestoczteroletni, zaczął pracować jako doradca "Solidarności". Choć był wolnym strzelcem, niezatrudnionym na stałe ani przez MFW, ani przez amerykański rząd, w oczach wielu czołowych działaczy "Solidarności" był obdarzony niemal mesjanistyczną mocą. Ze swymi kontaktami na najwyższym szczeblu w Waszyngtonie i legendarną reputacją zdawał się mieć duży wpływ na uruchomienie pomocy i umorzenie długów, co było jedyną szansą dla rządu. Sachs powiedział wówczas, że "Solidarność" powinna po prostu odmówić spłaty odziedziczonych długów i wyrażał przekonanie, że może zorganizować pomoc w wysokości trzech miliardów dolarów.

Ta pomoc miała jednak swoją cenę; by "Solidarność" mogła uzyskać dostęp do koneksji Sachsa i skorzystać z jego siły przekonywania, rząd najpierw musiał zaakceptować to, co w polskiej prasie ochrzczono mianem "planu Sachsa" lub "terapii szokowej". Oprócz zniesienia z dnia na dzień kontroli cen i obcięcia dotacji, plan Sachsa zakładał także sprzedaż państwowych kopalni, stoczni i fabryk sektorowi prywatnemu. Było to bezpośrednie wyzwanie rzucone programowi ekonomicznemu "Solidarności", który przewidywał własność pracowniczą i choć przywódcy ruchu przestali mówić o kontrowersyjnych elementach tego planu, dla wielu członków "Solidarności" pozostawały one rodzajem wyznania wiary.

Sachs zawiązał sojusz z nowo mianowanym ministrem finansów Leszkiem Balcerowiczem, ekonomistą ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. W momencie nominacji polityczne sympatie Balcerowicza były mało znane (oficjalnie wszyscy ekonomiści byli zwolennikami socjalizmu), jednak wkrótce stało się jasne, że uważa się za honorowego członka grupy "chłopców z Chicago", który nocami ślęczał nad nielegalnym polskim wydaniem "wyboru" Friedmana.

Fundamentalistyczna wizja kapitalizmu Friedmana daleko odbiegała od tego, co Wałęsa obiecywał krajowi latem owego roku. Wciąż twierdził, że Polska może znaleźć bardziej łagodną trzecią drogę, którą w wywiadzie z Barbarą Walters opisywał jako "mieszankę. [...] To nie będzie kapitalizm. To będzie system lepszy od kapitalizmu, który odrzuci wszystko to, co w kapitalizmie jest złe".

Jeżeli sen "Solidarności" zaczął się od skoku Wałęsy przez stalowy płot w Gdańsku, to zgoda na terapię szokową oznaczała koniec tego marzenia. Ostatecznie decyzja sprowadzała się do pieniędzy. Członkowie "Solidarności" nie uznali, że ich wizja wspólnego kierowania gospodarką była błędna, ale ich przywódcy zaczynali się przekonywać, że jedyne, co się liczy, to umorzenie komunistycznych długów i stabilizacja waluty.

Polska stała się podręcznikowym przykładem Friedmanowskiej teorii kryzysu: dezorientacja na z powodu szybkiej zmiany politycznej w połączeniu ze społecznym strachem spowodowanym tąpnięciem gospodarczym sprawiły, że obietnica szybkiej i magicznej zmiany - jakkolwiek iluzoryczna - okazała się zbyt silna, by ją odrzucić.

Terapia szokowa stanowiła w istocie kpinę z procesu demokratycznego, bo pozostawała w bezpośrednim konflikcie z pragnieniami przeważającej większości wyborców, którzy oddali swoje głosy na "Solidarność". Jeszcze w 1992 roku 60 procent Polaków wciąż sprzeciwiało się prywatyzacji przemysłu ciężkiego. Terapia szokowa - likwidująca ochronę miejsc pracy, przyczyniająca się do dużego wzrostu kosztów utrzymania - nie zapewniła Polsce statusu jednego z "normalnych" krajów europejskich (z restrykcyjnym prawem pracy i szczodrymi świadczeniami socjalnymi), ale spowodowała te same rosnące nierówności społeczne, które towarzyszyły kontrrewolucji wszędzie tam, gdzie odniosła ona sukces, od Chile do Chin.

To że to "Solidarność", ruch stworzony przez polskich robotników, odpowiada za znaczne zwiększenie się liczby ludzi ubogich, oznaczał zdradę ideałów ruchu związkowego i stał się pożywką dla cynizmu i gniewu, z którego kraj nigdy do końca się nie otrząsnął.

*Naomi Klein ur. 1970, kanadyjska dziennikarka, publicystka i działaczka społeczna. Jedna z najważniejszych postaci światowego ruchu alterglobalizacyjnego. Sławę przyniosła jej opublikowana w 2000 roku książka "No Logo" (wyd. pol. 2004) będąca ostrym pamfletem wymierzonym w wielkie międzynarodowe korporacje. Klein współpracuje m.in. z "The Nation" oraz "The Guardian".