Plan był prosty. W grudniu 2008 roku ostatni raz poborowi zostaną wzięci na przymusową służbę wojskową. Od stycznia przyszłego roku do armii mieli trafiać tylko ochotnicy. W 2010 roku polskie, 120-tysięczne wojsko byłoby już w 100 procentach zawodowe.

Ale, jak pisze "Polska", są na to marne szanse. Już dwa miesiące temu DZIENNIK ostrzegał, że do polskiej armii zgłaszają się tylko chorzy i kryminaliści. "Testy sprawnościowe oblewa jedna trzecia kandydatów" - twierdził wtedy wojskowy komendant uzupełnień w Lublinie, ppłk Zdzisław Zwierz.

Przez te dwa miesiące nic się nie zmieniło. Armia nadal nie jest wymarzonym pracodawcą. Polskie wojsko szuka więc mundurowych nie tylko na ulicy, przez reklamy i pokazy. Jak pisze "Polska", wojskowi liczą, że uda im się przekonać przynajmniej część rekrutów, którzy teraz odbywają służbę, do pozostania w jednostce. Od listopada trwa eksperymentalne szkolenie pierwszej, pilotażowej grupy 300 rekrutów.

>>>Polacy nie nadają się na rekrutów

Wojsko puka także do urzędów pracy. Wojskowa Komisja Uzupełnień w Katowicach podpisała z miejscowym urzędem umowę na szkolenie bezrobotnych na prawo jazdy kategorii C. Po szkoleniu wojsko gwarantowałoby im zatrudnienie. W jednostkach brakowało już bowiem prawie stu kierowców.

Jaka przyszłość czeka więc polską armię? Możliwy jest powrót do poboru. Jak przypomina "Polska", minister Bogdan Klich zostawił sobie taką furtkę. W czerwcu mówił, że w razie, gdy bezpieczeństwo kraju będzie zagrożone, pobór może zostać odwieszony.

>>>Sztab Generalny też nie widzi szans na armię zawodową

Czy brak kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy w polskiej armii może oznaczać niższy poziom bezpieczeństwa Polski? - pyta "Polska. "Oczywiście, że można to tak zinterpretować i pobór odwiesić" - mówi jeden z urzędników związanych z obronnością. Możliwe więc, że reformy polskiej armii rząd Platformy nie będzie mógł dopisać do swoich sukcesów.