>>>Anastezjolog: Chory wie jak bardzo go boli

Gehenna 56-letniej Haliny Zych z Gryfina z Zachodniopomorskiego zaczęła się w grudniu 1999 roku. Wkładała buty, gdy nagle coś chrupnęło jej w kręgosłupie. "Wypadły mi dwa dyski. Nie byłam w stanie się ruszyć, płakałam z bólu" - wspomina. Wtedy nie przypuszczała nawet, że rozpoczynają się dla niej lata niewyobrażalnych cierpień.

Żeby w ogóle stanąć na nogi, przeszła dwie operacje i długą rehabilitację. I cały czas walczyła z potwornym bólem. "Gdybym wówczas mierzyła ból, to dni, gdy na skali zaznaczałabym dziesiątkę, byłoby bardzo dużo. W takich chwilach kładłam się na podłodze, bo nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Płakałam, jęczałam i czekałam, aż leki przeciwbólowe zaczną choć trochę działać. To był palący ból, jakby ktoś przyłożył mi do pleców i stóp rozżarzone węgle. Każdy, nawet najmniejszy gest, jeszcze bardziej to potęgował. Czasem wydawało mi się, że bolą mnie nawet włosy" - opowiada pani Halina.

W 2004 roku kobieta przeszła kolejną operację, ale bóle nie ustąpiły. Wręcz przeciwnie, atakowały z jeszcze większą siłą. "Siedziałam w domu i nawet ubrać mi się nie chciało. Byłam wykończona, wiecznie spłakana... Człowiek, którego tak boli, traci wszystko. Nie chciało mi się nigdzie wychodzić, z nikim spotykać. Nawet telewizora nie włączałam, bo wydawało mi się, że jak jest cicho, to mniej boli" - opowiada. Lekarz rodzinny, którego błagała o pomoc, tylko rozkładał ręce. "Musi pani jakoś to znieść, co ja mogę? Kręgosłupa pani nie wymienię" - słyszała, gdy skarżyła się, że żadne leki nie są skuteczne.

Przełom nastąpił w 2005 roku. "Podczas kolejnej wizyty lekarz dał mi skierowanie do poradni leczenia bólu. Powinnam tam była przyjść znacznie wcześniej" - mówi Halina Zych. Co takiego stało się w poradni? Lekarka, do której trafiła, od razu kazała określić jej ból w dziesięciostopniowej skali. Kobieta bez namysłu odparła, że od wielu dni ma "dziesiątkę". "Anestezjolożka przepisała mi lek i na kolejnej wizycie zapytała, czy po jego zażyciu ból całkiem ustawał. Odpowiedziałam, że nie. Przepisany środek uśmierzył go jedynie o pięć punktów. Wtedy pani doktor wypisała mi receptę na inny lek. I w ten sposób po kilku wizytach znalazła mi taki, który skutecznie uśmierza ból. Stosuję go do dziś i nawet nie muszę już chodzić do poradni leczenia bólu" - mówi.

Halina Zych jest żywym dowodem na to, że mierzenie bólu naprawdę pomaga w leczeniu pacjentów przewlekle cierpiących. Takie pomiary już od dwóch lat z powodzeniem stosuje szpital wojewódzki w Opolu, a gotowość wprowadzenia podobnych standardów deklarują kolejne placówki na Opolszczyźnie. Zainteresowanie przyłączeniem się do akcji DZIENNIKA deklarują też urzędy marszałkowskie w całej Polsce, którym podlegają szpitale.

Jest ważny argument przemawiający za powszechnym mierzeniem bólu: to nic nie kosztuje. "Pielęgniarki w szpitalach mierzą temperaturę, tętno i ciśnienie, więc musiałyby tylko zadać pacjentowi jedno dodatkowe pytanie: jak ocenia natężenie swojego bólu. A potem wpisałyby wynik karty obserwacyjnej" - przekonuje doktor Józef Bojko, ordynator oddziału anestezjologii szpitala w Opolu.