W polskich sklepach Boże Narodzenie zaczyna się 2 listopada. Pojawiają się wtedy ozdoby, a z głośników bez przerwy płyną świąteczne przeboje. "Tuż po Wszystkich Świętych handlowcy zamieniają znicze na choinki i myślą, że w ten sposób uda im się wykreować świąteczny nastrój. A efekt jest taki, że ludzie mają dość świąt zanim jeszcze nadejdą" - mówi DZIENNIKOWI Szymon, jeden z autorów manifestu, a zarazem specjalista od marketingu. "Dlatego chcemy namówić marketingowców, by wstrzymali się z reklamami do początku grudnia" - tłumaczy.

Z punktu widzenia biznesu okres bożonarodzeniowy to najlepszy czas na zarabianie pieniędzy. "To prawdziwe żniwa. Obroty w naszych sklepach są wówczas wyższe nawet o kilkadziesiąt procent" - mówi Wioletta Batóg, rzeczniczka Media Markt. Podobne opinie można usłyszeć w IKEI. Przedstawiciele sklepów zarzekają się jednak, że w tak wczesnym wywieszaniu świątecznych ozdób wcale nie chodzi o zwiększenie zysków. "To stworzenie nastroju, który ma umilić naszym klientom szary, jesienny okres przedświąteczny" - twierdzi rzeczniczka IKEA Katarzyna Horoszczak.

Mimo to żaden z ekonomistów nie ma wątpliwości, że rozciągając okres świąteczny sklepy znacznie poprawiają sprzedaż, choć - zdaniem niektórych ekspertów - to krótkowzroczna strategia. "Ludzie coraz niechętniej wybierają się w tym czasie na zakupy. Boją się, że z każdej strony będą bombardowani Bożym Narodzeniem" - mówi ekonomista Robert Gwiazdowski.

Ale handlowcy wymyślili już na to sposób i coraz wcześniej rozpoczynają akcję świąteczną. W londyńskim Harrodsie już we wrześniu pół piętra sklepu zamieniane jest w bożonarodzeniową krainę. Podobnie jest w Polsce. Jeszcze kilka lat temu świąteczne gadżety pojawiały się w sklepach po 11 listopada. Dziś nawet pod koniec października.

Dlatego w powodzenie akcji "Uwolnijmy listopad od świąt!" mało kto wierzy. "Tworzenie atmosfery świąt to dobra medtoda na skłonienie ludzi do robienia zakupów. Nie sądzę więc, by autorom <Manifestu Grudniowego> udało się dokonać takiej rewolucji, jak autorom Manifestu Lipcowego 64 lata temu" - twierdzi socjolog Krzysztof Łęcki.