30-letnia Joanna Chudzińska z Lublina dokuczliwe migreny miewa kilka razy w miesiącu. "Do niedawna, kiedy dostawałam ataku, zamykałam się w pokoju i szczelnie zaciągałam zasłony. Mogłam jedynie leżeć w ciemności i głuchej ciszy. Wszyscy w domu chodzili wtedy na palcach, a ja połykałam garściami tabletki przeciwbólowe. Niewiele to pomagało, ból rozsadzał mi głowę, przed oczami wirowały czerwone plamki, nudności wyrywały żołądek. Nie było wtedy mowy o pracy, jakichkolwiek czynnościach domowych. Lekarze przypisywali mi różne środki, ale nie przynosiły efektu. Zadziałał na mnie dopiero imigran" - opowiada.

Niestety nierefundowany imigran jest bardzo drogi - 6 tabletek kosztuje ponad 130 zł. "Dlatego czasami muszę wybierać: albo kupię jedzenie, albo zrealizuję receptę" - mówi Joanna Chudzińska. W podobnej sytuacji jest wielu Polaków. "Zgłasza się do mnie mnóstwo osób, których nie stać na wykupienie drogich leków przeciwmigrenowych. Jeśli ataki są częste, musieliby wydać na nie kilkaset złotych miesięcznie. Dlatego wybierają tańsze środki, które są mniej skuteczne albo mają więcej skutków ubocznych. To na pewno nieopłacalne dla budżetu państwa, bo przecież ZUS musi im płacić, gdy są na zwolnieniu chorobowym" - tłumaczy Magdalena Kocot-Kępska, anestezjolog z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Nie ma dokładnych danych, jakie straty przynosi budżetowi państwa nieleczona migrena, ale niemieccy specjaliści oszacowali je na 5 mld euro rocznie. Wyliczyli przy tym, że koszty nieobecności w pracy z powodu migreny są aż 12 razy wyższe niż koszty jej leczenia! Nowoczesne leki przeciwbólowe sa bowiem tak skuteczne, że o wiele bardziej opłaca się je refundować, niż pokrywać koszty złego leczenia.

Zdaniem specjalistów podobne wyliczenia można by zrobić dla większości chorób przewlekłych. Właśnie dlatego prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego uważa, że obowiązujący w Polsce system refundacji leków trzeba jak najszybciej uprościć. "Powinny być dwa poziomy refundacji: leki zryczałtowane albo bezpłatne i te z 30-proc. odpłatnością. To by było korzystniejsze i dla pacjenta, i dla budżetu" - mówi Cezary Śledziewski.