Od początku roku policjanci dostali kilkanaście zgłoszeń o niebezpiecznych znaleziskach lesie pod Mielcem. Przeszukali więc las z detektorem i okazało się, że groźnych niewybuchów z czasów II wojny światowej w kniejach kryje się znacznie więcej niż przypuszczano. Wczoraj rozpoczęto operację "detektor", podczas której wydobyto z ziemi zagrażające życiu spacerowiczów bomby. W akcji brało udział osiemdziesiąt osób, byli to policjanci, funkcjonariusze CBŚ, strażacy, leśnicy i saperzy. Z ziemi wydobyto tonę niewybuchów: 9 stukilogramowych bomb lotniczych i 6 pocisków artyleryjskich 76 mm, a także wyrzutnię ręczną tzw. pancerfaust.

"Saperzy nie zdołali wywieźć wszystkich bomb wczoraj. Zabezpieczyliśmy teren, policja całą noc go pilnowała, a teraz czekamy na saperów, którzy przyjadą po kolejny transport i wywiozą bomby na poligon w Nowej Dębej" - powiedział DZIENNIKOWI Wiesław Kluk z mieleckiej policji.

"Te bomby są bardzo niebezpieczne, cały czas istnieje ryzyko wybuchu, dlatego osoby, które nie musiały uczestniczyć w ich wydobywaniu stały daleko od miejsca pracy saperów. Gdyby ktokolwiek w momencie wybuchu takiej bomby znajdował się w promieniu kilkunastu metrów, nie miałby najmniejszych szans na przeżycie" - dodaje Kluk.

Aż strach pomyśleć, do jakiej tragedii mogłoby dojść, gdyby bomby nie zostały usunięte z lasu. Cały czas stanowiły duże zagrożenie dla ludzi, a przecież lasu nie odwiedzają tylko grzybiarze, ale też spacerujące rodziny z dziećmi. Bomby wcale nie były głęboko zakopane - najgłębiej, bo 1 metr pod ziemią znajdowały się bomby lotnicze. Resztę pocisków saperzy odkopali zaledwie kilkanaście centymetrów pod ziemią.