Dlaczego weszła do tej wojny tak niepodmiotowo, pozwalając zredukować swoją rolę do powtarzania prostych haseł. I dlaczego nie dostrzegła wtedy, że większość tych diagnoz - co dziś sama widzi - była nieprawdziwa.

Nie chodzi o łatwą krytykę. Los polskiej inteligencji w drugiej połowie XX wieku jest powikłany nie z jej winy. Najpierw stalinizm i zniewolony umysł, potem obalanie komunizmu. To były czasy, gdy intelektualiści popełniali wielkie błędy, ale potem z nie mniejszym rozmachem je wobec społeczeństwa naprawiali. Intelektualiści do udziału w polityce zostali zmuszeni nie tylko przez ukąszenie heglowskie. Komuniści, choć gardzili kulturą i wiedzą, uważali zarazem, że nic nie opromienia ich władzy bardziej niż służący jej pisarze, artyści i naukowcy. Po 1956 roku ostentacyjne poparcie elit wobec władzy się skończyło, ale odruch okazywania politycznej ostentacji w elitach pozostał. Nowa formacja polityczna - demokratyczna opozycja - świadomie go zresztą podtrzymywała. W latach 70. i 80. znaczenie intelektualistów w polityce pozostaje olbrzymie, bo jedynym atutem, którym grać może opozycja, jest moralna słuszność. W świecie polityki opartej na listach otwartych, apelach i potępieniach kluczem do sukcesu stało się posiadanie po swojej stronie jak największej liczby autorytetów. Kto ma Andrzejewskiego, Słonimskiego i Holoubka, ten ma mandat do moralnej władzy nad narodem.

Problem, o którym dziś piszemy, polega na tym, że w 1989 roku inteligencja nie zauważyła, że taki tryb funkcjonowania nie nadaje się do demokratycznej polityki, w której elity nie są od tego, by służyć politykom, ale by ich recenzować albo wręcz kontrolować. Inteligencja nie zauważyła też, w jak fanatyczną politykę wciąga ją solidarnościowa wojna na górze. Apele, które podpisywali Kisielewski czy Andrzejewski, pisane były spokojnym językiem, a formułowane w nich diagnozy były akceptowalne dla całego społeczeństwa. W wolnej Polsce wszystko się zmienia na gorsze.

Intelektualiści radykalizują język, radykalizują diagnozę i pozwalają ustawić się w roli patronów solidarnościowych koterii. A te manipulują nimi na potrzeby bieżącej walki. Ich poglądy pisze się na nowo pod kątem politycznych schematów. Odkąd Miłosz i Kołakowski udzielili wsparcia lewej stronie, odtąd będą występowali - zarówno dla zwolenników, jak i oponentów - w prostych rolach krytyków endecji, antykomunizmu i klerykalizmu. Obie strony z uporem będą ignorować to, że na Zachodzie Kołakowski uważany jest przez lewicę za antykomunistycznego radykała, że jego poglądy od lat 70. są coraz silniej konserwatywne, że i Kołakowski, i Miłosz nie pasują do wojen z religią, bo ich głód metafizyki jest głębszy niż wszystkich polskich biskupów razem wziętych.

Podobnie dziwaczne operacje przeprowadzane będą na Herbercie, Herlingu czy Rymkiewiczu, którzy ze względu na antykomunizm zostają papieżami prawicy i potem wszyscy, z nimi włącznie, pomijają to, że ich pozostałe poglądy w ogóle nie pasują do prawicowej czytanki.

Nie będę udawał, że redaktorzy "Europy" byli w tym sporze niewinnymi młodzieńcami, którzy dziś mogą z pełnym komfortem krytykować winy starszego pokolenia. Braliśmy udział w tej wojnie. Przedwcześnie wciągnięci do polityki, mieliśmy zbyt wiele okazji, aby zrobić z siebie idiotów. Przez kilka lat byłem w środku tej walki, jako szef publicystyki "Życia". I dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to był błąd.

Dla mnie formacyjnym doświadczeniem stał się przykład tych, którzy wyłamali się z logiki wojny na górze. Przede wszystkim Jadwigi Staniszkis, Bronisława Łagowskiego i Andrzeja Walickiego. Ich diagnozy poszły w poprzek politycznych barykad, a oni sami wyraźnie dali do zrozumienia, że nie mają zamiaru uczestniczyć w emocjach swojej epoki. Podobnie postąpili Marcin Król, Paweł Śpiewak czy Andrzej Rychard. Inni - jak Jerzy Szacki czy Zdzisław Najder - gdy zauważali, że są wykorzystywani do prostych ról, stanowczo uciekali do centrum. Ich polityczny chłód przekładał się na jakość diagnozy, dlatego też ich teksty do dziś zachowały wartość.

Na dawne pytanie Kołakowskiego, kim ma być inteligent, kapłanem czy błaznem, większość polskiej inteligencji odpowiada dziś, że błaznem. Inteligencja z polityki się wypisała. Wybiera krytyczny namysł, a nie ideologiczne wsparcie. To efekt lat 90., epoki, w której z polskiej inteligencji nie było zbyt wielkiego pożytku, kiedy nie tworzyła ona poważnych diagnoz, nie temperowała polityki, a jedynie uczestniczyła w niej równie niepodmiotowo jak zwykły tłum.