Rodzice zrzeszeni w akcji "Ratuj Maluchy" podają konkretne przykłady: polscy uczniowie, którzy ukończą pierwszą klasę, powinni - według MEN - opanować umiejętność czytania i pisania na takim poziomie, jakiego w innych krajach Europy wymaga się od dzieci ośmio- i dziewięcioletnich. "To może spowodować frustrację u tych dzieci, które nie będą nadążać z nauką pisania i czytania. Problem dotyczy w szczególności sześciolatków" - przekonuje Karolina Elbanowska, jedna z organizatorek akcji "Ratuj Maluchy", która w ciągu niespełna roku zebrała kilkadziesiąt tysięcy podpisów pod protestem przeciwko reformie.

Z tymi zarzutami zgadzają się pedagodzy. "Sześcioletnie dzieci, które trafią we wrześniu do pierwszej klasy, nie poradzą sobie z zadaniami, jakie stawia im Ministerstwo Edukacji. U wielu z nich może to spowodować dysleksję i dysgrafię" - mówi metodyk nauczania początkowego Dorota Dziamska.

Rodzice mają kolejny przykład: do tej pory sześciolatek miał w zerówce zaledwie 10 godzin nauki tygodniowo, tymczasem według nowej podstawy w klasie pierwszej ma ich mieć ponad 20! "Tego dzieci sześcioletnie nie są w stanie wytrzymać. Powinny się uczyć przez zabawę i mieć sporo czasu wolnego, ale jak to realizować, jeżeli wymagania będą tak wyśrubowane?" - pyta nauczycielka Małgorzata Barańska. Wtóruje jej Dorota Dziamska. "Teraz na koniec pierwszej klasy dzieci będą musiały pisać całe zdania z pamięci. Tego nie potrafi zrobić wielu siedmiolatków" - mówi.

Jest jeszcze jedna różnica: w starej podstawie programowej określano jedynie, co dziecko powinno umieć po zakończeniu trzeciej klasy. Jeśli więc Jaś nie był w stanie się nauczyć dobrze czytać w pierwszej klasie, mógł to nadrobić w drugiej czy nawet trzeciej. Teraz wymagania są bardzo precyzyjne: Jaś musi już po pierwszym roku nauki płynnie czytać. "Nowa podstawa programowa spowoduje o wiele większą niż teraz testomanię i to już w klasach I-III" - mówi Maria Gudro, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Nauczycieli Polonistów.

Wszystkie zarzuty odpiera MEN. "Nowa podstawa programowa sprawi, że polskie dzieci lepiej nauczą się czytać i pisać. Nie ma co robić dramatu w sprawie sześciolatków, bo różnica między nimi a siedmiolatkami jest tylko pozorna" - mówi DZIENNIKOWI wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak.

Co ciekawe, wcale nie jest pewne, czy ustawa o wysłaniu sześciolatków do szkół od września 2009 r. w ogóle wejdzie w życie. Sejm jeszcze nad nią nie głosował, a prezydent Lech Kaczyński już rozważa użycie weta. Jedno jest pewne: na sprzedaży nowych podręczników kokosy zarobią wydawcy.