"W polskich szkołach nie ma cienia gotowości na przyjęcie naszych dzieci" - mówi jeden z powracających emigrantów. W efekcie wielu z nich decyduje się na powrót, ale... do Wielkiej Brytanii.

Weronika Zys, jedenastolatka, która razem z rodzicami spędziła dwa lata w Londynie i tam chodziła do szkoły, we wrześniu tego roku zaczęła naukę w piątej klasie w Polsce. Już na jednej z pierwszych lekcji polskiego dostała jedynkę z.... dyktanda. Praca Weroniki roiła się od błędów, a wychowawczyni nie omieszkała poinformować o tym całej klasy. Matce, która prosiła, żeby dziecko traktować ulgowo, bo musi mieć czas na nadrobienie braków, odpowiedziała: "Chciała pani wyjeżdżać, to teraz musi pani ponieść konsekwencje."

"Weronika, która nie ma problemów z nauką, płakała w domu, bała się chodzić do szkoły" - opowiada matka dziewczynki Joanna. "Zdecydowałam, że wracamy do Wielkiej Brytanii, bo tam dziecko nie ma problemów w szkole. Edukacja córki jest dla mnie priorytetem" - dodaje.

Joanna Zys wyjedzie na Wyspy, jednak problem, który dotknął jej córkę, pozostaje w Polsce. Dotyczy dzieci większości powracających tu emigrantów. Polskie szkoły są nieprzygotowane do potrzeb ich dzieci.

Łukasz Swojak, ojciec trójki dzieci, który po ośmiu latach emigracji wrócił cztery miesiące temu do Polski, opłacił dzieciom prywatne lekcje. Doszkalał je też wraz z żoną na własną rękę przed powrotem do kraju. Materiałów do nauki języka polskiego, historii i geografii musiał jednak szukać sam, bo ani gimnazja, ani podstawówki, do których się zwracał, nie umiały mu pomóc. "Wyręczyłem Ministerstwo Edukacji, organizując system adaptacyjny dla moich dzieci" - kwituje gorzko Swojak. Dodaje: "Moje doświadczenie wskazuje, że taki system jest potrzebny, uczniowie muszą być poddawani zajęciom wyrównawczym."

Zdaniem rodziców, którzy próbują pomóc dzieciom w dostosowaniu się do polskich szkół, bez programów adaptacyjnych nie ma sensu zachęcać Polaków z dziećmi, aby wracali do kraju. Jednak prawdziwe wzburzenie wywołują w nich wygłaszane powszechnie przez nauczycieli ostrzeżenia - jeżeli sami nie douczą dziecka, może ono repetować albo po powrocie do kraju trafić do niższej klasy. "Od nauczycieli w Polsce dowiedziałam się, że mój starszy syn prawdopodobnie nie poszedłby do piątej klasy, tylko z powrotem do czwartej, chyba że zaliczy eksternistycznie czwartą klasę. Młodszy po napisaniu testów ma szansę na przejście do drugiej klasy" - pisze na jednym z polonijnych forów Joanna, która waży za i przeciw powrotowi z Wysp do Polski. Na razie argumentów przeciw wychodzi jej więcej.

Co na to MEN? Resort przyznaje, że dzieci emigrantów powinny być traktowane według innych reguł niż uczniowie, którzy nieprzerwanie uczą się w Polsce. "To dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Dlatego nowa ustawa o oświacie, która obecnie jest w Sejmie, przewiduje, że uczniowie wracający z emigracji mają prawo przez 12 miesięcy korzystać z dodatkowych zajęć wyrównawczych. Wspieramy także sieć polskich szkół za granicą" - mówi wiceminister edukacji Krzysztof Stanowski.

Problem jednak polega na tym, że dobre chęci MEN kończą się na zapisach w ustawie, bo na realizację tych postanowień ministerstwo nie przeznacza dodatkowych pieniędzy. A bez nich trudno będzie prowadzić dodatkowe zajęcia. "Nauczyciele nie mogą tego robić charytatywnie, a często potrzeba naprawdę bardzo wiele czasu, żeby wyrównać poziom edukacyjny takich uczniów" - mówi Aleksandra Piskorska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 2 w Świeciu. Opowiada: "W naszej szkole jest troje dzieci, które wróciły z emigracji. Jedna dziewczynka przyszła do trzeciej klasy i niemal nie umiała pisać i czytać po polsku. Dlatego przez dwie godziny w tygodniu uczyła się na indywidualnych lekcjach. Na szczęście dostaliśmy od gminy na to dodatkowe pieniądze, inaczej byłoby trudno."

Dyrektor Piskorska zauważyła jeszcze coś - kiedy dzieci wracają z innego kraju, trudno przewidzieć, jakie będą miały braki, dlatego nauczyciele powinni wiedzieć, jak z nimi pracować. "Przydałyby się szkolenia i jakaś opracowana metodologia pracy" - sugeruje. MEN przyznaje, że szkolenia są potrzebne, ale na razie ich nie przeprowadza.

To nie koniec "powrotowych" problemów. Kolejny z nich to... kosztowne formalności. Świadectwa, które uczniowie dostali w zagranicznych szkołach, w Polsce nabierają ważności dopiero po nostryfikacji i przetłumaczeniu. "Tłumacz przysięgły zażądał ode mnie około tysiąca zł" - mówi Joanna Zys. "Niestety nie widzę nawet cienia gotowości publicznych szkół na przyjęcie takich dzieci jak moje. Podobne wrażenie ma wielu moich znajomych" - dodaje Łukasz Swojak.