O to właśnie zapytaliśmy uczestników dzisiejszej ankiety "Europy": Ivana Krasteva, Irinę Kobryńską, Edwarda Lucasa i Edwarda Luttwaka. Dwaj ostatni zwracają przede wszystkim uwagę na słabą pozycję Unii w tym sporze. Mimo niezbyt dobrych doświadczeń z rosyjskim partnerem Europa do dziś nie zdołała wypracować wspólnej polityki energetycznej. Polityki, która zabezpieczałaby jej członków przed paliwowym szantażem. Rosja tę słabość znakomicie wykorzystuje, prowadząc swoją grę zgodnie z zasadą "dziel i rządź" - faworyzując politycznie jedne kraje unijne kosztem innych. Irina Kobryńska twierdzi z kolei, że jedyną przyczyną gazowej wojny pozostaje nieodpowiedzialne zachowanie ukraińskich polityków. Rosja sama z siebie na pewno nie zaryzykowałaby konfliktu z UE - zbyt mocno jest bowiem od niej uzależniona jeśli chodzi o eksport paliw. Jeszcze inaczej intencje Rosji i postawę Unii ocenia Ivan Krastev. Jego zdaniem władze na Kremlu naprawdę zaryzykowały gazową wojnę z Europą i... z całą pewnością ją przegrają. Dziś bowiem w obliczu jawnego szantażu Unia będzie najbardziej skłonna do podjęcia wspólnych, zdecydowanych działań.

p

Ivan Krastev*: Putin przegra, bo źle ocenił swoje szanse

W ostatnich latach cierpkie słowa wymieniane przez rosyjskich i ukraińskich polityków w pierwszych dniach stycznia stały się już niemal obowiązkowym elementem uroczystości noworocznych. Tym razem mamy jednak do czynienia z sytuacją znacznie poważniejszą, ponieważ w ich zachowaniu dostrzec można zupełnie nową logikę.

Zmiana ta spowodowana jest dwoma czynnikami. Po pierwsze Rosja i Ukraina to dwa państwa, w których kryzys finansowy osiągnął szczególne rozmiary. I właśnie z tego wynika przeważająca część zachowań tamtejszych elit - zarówno w polityce wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. W wypadku Rosji dodatkowo oddziałuje fakt, że nowy rząd, który zaledwie kilka miesięcy temu czuł się całkiem pewnie, zaczyna odczuwać swoje słabości. Dlatego Kreml stara się nie tylko ustawić Ukrainę na pozycji państwa podporządkowanego, ale, co znacznie ważniejsze, określić na nowo relacje z Unią Europejską. I przekonać ją, że największy problem w polityce energetycznej stanowi nie Rosja, lecz kraje postsowieckie, a zwłaszcza Ukraina. Że ta ostatnia nie jest zdolna funkcjonować jako suwerenne państwo i jest w istocie państwem sztucznym.

Drugim czynnikiem jest sama Ukraina znajdująca się w równie trudnej pozycji, co Rosja. Jeśli ceny gazu wzrosną, właśnie w chwili, gdy krajowy przemysł zwalnia, grozi jej załamanie gospodarcze jeszcze przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której dwóch graczy - pozornie od siebie niezależnych - dostrzegło swój interes w eskalowaniu ryzyka i radykalizacji wzajemnego napięcia. To klasyczny przypadek "gry w cykora": każdy z nich przekonuje drugiego, że wytrzyma dłużej. W dodatku obaj oddziałują na międzynarodowe otoczenie.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że w przeciwieństwie do lat poprzednich, gdy po dwóch, trzech dniach hałasu wszystko wracało do normy, tym razem groźby odcięcia gazu Ukrainie - a zatem również Unii Europejskiej - zostały spełnione. W dodatku decyzję podjął nie Gazprom, lecz sam Władimir Putin. Rosja wywiera presję na Unię Europejską i Ukrainę, usiłując albo wymóc na Unii, by ta zagwarantowała ukraińskie opłaty za gaz (a więc zapłaciła sama), albo zmusić Ukrainę, by odsprzedała Rosji swoją sieć przesyłową gazu. Równie dużo energii Rosja poświęca na to, by przekonać Unię, że powinna inwestować w rurociąg północny i południowy. Czyni to w momencie, gdy wiadomo, że nikt nie chce wyłożyć na to pieniędzy, bo ma nadzieję, że w sytuacji kryzysu unijni politycy będą bardziej skłonni zabrać się do rozwiązania problemu ukraińskiego.

Władimir Putin ma rację o tyle, że jeśli kryzys będzie się przedłużał, politycy Unii najprawdopodobniej zareagują wspólną inicjatywą mającą na celu zażegnanie konfliktu. Niestety, rosyjski premier nie bierze pod uwagę jednego: że ich wspólne działanie nie musi być po jego myśli. Problem rosyjskiej strategii polega przede wszystkim na tym, że nawet najbardziej przychylne Rosji rządy z wyjątkową siłą odczuwają właśnie w tej chwili, co to znaczy, że gaz jest polityczną bronią Putina oraz jak bardzo niewiarygodna jest Rosja jako dostawca energii. Znakomitym przykładem jest mój kraj. Bułgaria - uzależniona od rosyjskiego gazu w 100 procentach i w dodatku korzystająca tylko z jednego jego źródła: rurociągu ukraińskiego - była dotąd wzorowym partnerem Rosji. Do tego stopnia, że umowę z Gazpromem podpisaliśmy dosłownie kilka godzin przed wejściem do Unii Europejskiej. Nawet to nie uchroniło nas przed odcięciem dostaw. Dziś nie mamy nic - poza szybko kurczącymi się zapasami. Mimo najlepszych chęci trudno patrzeć na to bezkrytycznie.

W przeciwieństwie do wcześniejszych kryzysów tym razem w złej sytuacji znalazły się zresztą nie tylko nowe państwa członkowskie, ale właściwie wszystkie kraje Unii, łącznie z najstarszymi i najważniejszymi, czyli na przykład Niemcami. Dlatego szanse na wypracowanie wspólnej europejskiej polityki energetycznej są dziś wyjątkowo duże. A Rosję najprawdopodobniej czeka porażka. Nie widzę powodu, dla którego większość państw europejskich miałaby opowiedzieć się nie po stronie Kijowa, lecz Moskwy. Być może Ukraina jest mało wiarygodna, ale Rosja nie potrafi przekonać państw europejskich, że to Ukraina jest jedynym problemem.

Putin zresztą nie tylko źle ocenił potencjalne zachowanie Unii, ale również niepoprawnie oszacował szanse własne i Ukrainy w tej rozgrywce. Zupełnie nie docenił, jak bardzo zdeterminowani są Ukraińcy. Ludzie tacy jak Juszczenko politycznie nie mają już nic do stracenia. Ukraiński prezydent do tego stopnia stracił popularność w swoim społeczeństwie, że może w tej chwili pozwolić sobie na postawienie wszystkiego na jedną kartę. Konflikt z Rosją być może przyniesie mu choć odrobinę popularności. Tymczasem rosyjscy przywódcy mogą liczyć co najwyżej na zmniejszające się poparcie własnego społeczeństwa. Od kilku miesięcy narasta poczucie braku bezpieczeństwa - i to nie tylko wśród kremlowskiej elity, ale w całym społeczeństwie rosyjskim. Dobrobyt i wzrost gospodarczy - do tej pory uznawane za oczywiste - z dnia na dzień znikają. Już niedługo może spełnić się najgorszy koszmar Putina i Miedwiediewa: ludzie wyjdą na ulice.

(opracowała Karolina Wigura)

*Ivan Krastev, ur. 1965 r., bułgarski politolog i analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii.

p

Edward Lucas*: Europa potrzebuje bezpiecznego rynku paliwowego

Ostatnie dni pokazały wyraźnie, że Rosjanie są gotowi na wszystko, by odwrócić od siebie uwagę. "Spójrzcie na tych wrednych, głupich i kłamliwych Ukraińców, którzy pragną jedynie ukraść nasz gaz i skłócić nas z Zachodem" - zdaje się mówić Kreml. To zręczne kłamstewko znakomicie pasujące do kremlowskiej szachownicy, nie zmienia jednak faktu, że sytuacja zaczyna wymykać się kremlowskim politykom spod kontroli. Mimo rozpaczliwych prób nie są już w stanie ukryć fatalnego zamętu, w jakim znalazła się Rosja.

Przyjrzyjmy się przez chwilę osiągnięciom rosyjskiego reżimu w ostatnich ośmiu latach. Gdzie są nowe drogi, o których tyle mówiono? Gdzie nowe szpitale, szkoły, a choćby i stacje benzynowe? Gdzie w ogóle jest cokolwiek nowego? Obecny kryzys obnażył twarz putinoekonomii w całej jej przerażającej krasie. Rosyjska gospodarka jest beznadziejnie uzależniona od gazu i ropy. Przez wszystkie te lata nie uczyniono nic, by ją zdywersyfikować, przez co stała się całkiem niekonkurencyjna. O pomstę do nieba woła stan usług publicznych, sposób zarządzania wydatkami państwowymi i system podatkowy. Dodajmy do tego, że sytuacja Gazpromu i innych państwowych korporacji była nieciekawa na długo przed obecnym kryzysem ze względu na coraz mniejszą liczbę zagranicznych inwestorów i gwałtownie rosnące długi. Pogłębiający się konflikt między Rosją a Unią Europejską może tylko jeszcze bardziej uwidocznić niekompetencję zarządzających Gazpromem, doprowadzić do zupełnego odpływu inwestorów i upadku firmy.

Oczywiście w całej sytuacji i Ukraina nie jest bez winy. Gigantyczna korupcja i polityzacja debaty o energetyce gazowej to problem po obu stronach. I choć Rosja znajduje się w sytuacji katastrofalnej, Ukraina jest w jeszcze gorszej. Ukraińcy nie mają rezerw, by ratować zrujnowaną gospodarkę, podczas gdy Rosjanie dysponują jednak kilkuset miliardami dolarów. Do tego dołącza się kompletny zamęt polityczny spowodowany przez pozbawionych jakichkolwiek kompetencji polityków. Doprowadzili oni do tego, że w społeczeństwie ukraińskim, tętniącym energią podczas pomarańczowej rewolucji, dominuje dziś rozczarowanie i frustracja. Oto powody, dla których Europa nie spieszy się z poparciem dla Ukrainy, choć zaledwie kilka lat temu jej zachowanie byłoby zupełnie inne.

Fakty są jednak takie, że na poziomie politycznym kryzys gazowy rozgrywa Rosja, a nie Ukraina. I dlatego to ona powinna być przedmiotem najwyższego zainteresowania Europy.

Sytuacja tej ostatniej nie jest jeszcze katastrofalna. Ogólnie rzecz biorąc, Unia nie sprowadza z Rosji 100 procent surowców energetycznych. Gazowy problem dotyczy tylko części państw: Finlandii, państw bałtyckich, Polski, Słowacji, Węgier czy Bałkanów. Nawet jednak w tych państwach sytuacja nie jest aż tak zła, by nie dało się jeszcze dziś zdywersyfikować źródeł gazu. Można też - choć będzie się to wiązało z dodatkowymi kosztami - nakazać wielkim fabrykom, by używały mniej gazu i zastępowały go innymi paliwami.

Z obecnego kryzysu powinniśmy jednak wyciągnąć odpowiednie wnioski. W całej dzisiejszej sytuacji najbardziej poruszające jest to, że doszło do niej w roku 2009. Od upadku Związku Radzieckiego minęło blisko 20 lat, a my wciąż nie zorganizowaliśmy w Europie stabilnego, skoordynowanego i bezpiecznego rynku paliwowego, który chroniłby poszczególne państwa członkowskie przed energetycznymi wstrząsami takimi jak ten, którego doznała właśnie Słowacja.

Dość łatwo jest powiedzieć, jak taki rynek musiałby wyglądać. Przede wszystkim należałoby zużywać mniej gazu. A jeśli już byśmy go zużywali, trzeba byłoby dbać o to, by jego źródła były zdywersyfikowane - tak by Rosji już nigdy nie udało się zdominować rynku paliw w takim stopniu jak dziś. Natomiast to, czego absolutnie nie należy robić, to budować nowych gazociągów z Rosji, w tym tak zwanego gazociągu północnego i południowego. Jest to w istocie fałszywa dywersyfikacja, która po pierwsze pozostawia zupełnie nierozwiązany problem Ukrainy, a po drugie daje Rosji dodatkowe atuty w jej ulubionej grze zgodnie z zasadą "dziel i rządź". Dlatego szczególnie pożądana wydaje mi się realizacja takich projektów jak gazociąg Nabucco czy gazociąg łączący Polskę z Norwegią.

Niestety najprawdopodobniej okaże się, że sprawa i tak ostatecznie wyląduje na biurku prezydenta Obamy. Razem z tysiącem innych europejskich problemów. Bowiem - choć to zupełnie niedorzeczne - w ciągu ostatnich ośmiu lat administracja amerykańska interesowała się bezpieczeństwem energetycznym Europy i budową gazociągu Nabucco bardziej niż sama Unia Europejska. Oczywiście można argumentować, że amerykańskie firmy energetyczne miały dobry interes w budowie takiego gazociągu, zaś rząd USA je popiera, bo opłaca mu się blokować drogę przez Morze Kaspijskie. Nie przekreśla to jednak znaczenia działań Stanów Zjednoczonych, które ostatecznie obracają się na naszą korzyść. Bo przecież gdybyśmy tylko naprawdę chcieli, potrafilibyśmy doskonale poradzić sobie z rosyjskimi korporacjami takimi jak Gazprom. Wystarczyłoby wykorzystać europejskie prawo, prowizje i doświadczonych urzędników, tak jak to zrobiono w wypadku Microsoftu. Jest ironią losu, że potrafimy lepiej radzić sobie z firmami amerykańskimi niż z leżącą tuż za płotem Rosją.

Gdyby zatroszczono się o to wszystko wcześniej, nie znajdowalibyśmy się dziś w sytuacji, w której poszczególne państwa liczą dni do wyczerpania zasobów gazu. Zamiast obwiniać Rosję za jej zachowanie, powinniśmy popatrzeć na naszych własnych polityków. Bo to oni w gruncie rzeczy są za to wszystko odpowiedzialni.

(opracowała Karolina Wigura)

*Edward Lucas, ur. 1962 r., brytyjski dziennikarz związany z tygodnikiem "The Economist", autor bestsellera "Nowa zimna wojna".

p

Edward N. Luttwak*: Gazowa wojna wzmocni Rosję i osłabi Europę

Konflikt z Ukrainą to kolejna odsłona agresywnej polityki zagranicznej Kremla mającej doprowadzić - jak to miało miejsce w wypadku wojny w Gruzji - do wzmocnienia pozycji Rosji kosztem Unii Europejskiej.

Rosyjska elita nie akceptuje i nigdy nie akceptowała niepodległości Ukrainy. Nawet jeśli formalnie Ukraina pozostanie niezależna, Kreml nieustannie będzie próbował sprowadzić ten kraj do poziomu państw Azji Centralnej, które nie podejmują żadnych decyzji bez porozumienia z Moskwą, a tym bardziej wbrew jej interesom. O stosunku Kremla do zachodniego sąsiada dobitnie świadczy styl negocjacji z Ukraińcami. Język, w jakim przedstawiciele Gazpromu formułowali swoje postulaty, jest emblematyczny dla polityki rosyjskiej wobec krajów postsowieckich od wielu lat. To nie jest sposób komunikacji producenta z konsumentem, lecz pana z wasalem.

Prowokacyjne zachowania Rosji w ostatnim czasie ani razu nie doprowadziły do konsolidacji Europy. Wręcz przeciwnie - dzieliły państwa europejskie. Te spośród nich, dla których działania Rosji były najmniej dotkliwe, przyjmowały zawsze ugodową postawę, przeciwstawiając swoje stanowisko krajom takim jak Polska, czyli zwolennikom zaostrzenia kursu wobec Moskwy. Rosja liczy na to, że tak będzie i tym razem. Obawiam się, że nie myli się w swoich rachubach.

W obliczu zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego Europa nie zdoła stworzyć wspólnego frontu przeciwko Rosji ani narzucić jej swojego stanowiska. Władze na Kremlu zdają sobie sprawę, że agresywna taktyka może wzmocnić przeciwnika tylko wtedy, gdy on sam jest silny. Stosowana wobec oponenta słabego i podzielonego sprawia, że staje się on jeszcze słabszy i bardziej podzielony. Rosyjscy politycy dostrzegają różnice interesów pomiędzy poszczególnymi krajami UE i umiejętnie je wykorzystują.

Wszystkie kraje Unii zgadzają się, że w ich interesie leży dywersyfikacja źródeł energii. Na tym jednak zgoda się kończy. Część państw rozumie bowiem dywersyfikację jako uruchomienie dostaw z krajów innych niż Rosja, inne rozumieją ją jako budowę nowych gazociągów biegnących z Rosji z pominięciem dotychczasowych krajów tranzytowych. Za tą drugą opcją opowiadają się zaangażowane w budowę Gazociągu Północnego Niemcy, co automatycznie stawia je w sytuacji konfliktowej z krajami takimi jak Polska, które forsują tezę o konieczności uniezależnienia się od dostaw rosyjskiego gazu.

Rosjanie są przekonani, że rozwiązanie "niemieckie" zwycięży i Europa po raz kolejny wyjdzie z konfliktu z Rosją osłabiona. Będzie to klęska podwójna. Zachód nie tylko stanie się w większym stopniu zależny od rosyjskiego gazu. Zawiedzie również ukraińskie nadzieje na pomoc i tym samym ostudzi prounijne nastroje tamtejszego społeczeństwa, co w kontekście nadchodzącej zmiany władzy w Kijowie ma niebagatelne znaczenie.

Wywołując konflikt z Ukrainą, Rosja rozpoczęła bardzo ryzykowną grę, która może jednak przynieść włodarzom Kremla bardzo wymierne korzyści. Obecnie inicjatywa po raz kolejny znalazła się po stronie Unii. Niskie temperatury, kurczące się zapasy gazu, perspektywa gigantycznych strat ekonomicznych i rosnący niepokój społeczny wymuszą na europejskich liderach zajęcie jednoznacznego stanowiska w sporze rosyjsko-ukraińskim.

Putin takich problemów nie ma. Dobrze wie, że rosyjska elita postawiona przed wyborem między rozszerzeniem władzy a rozwojem kraju zawsze wybierze to pierwsze. Taką decyzję podjęłoby prawdopodobnie wiele rządów, gdyby nie opór społeczny, którego się obawiają. Tymczasem Rosjanie buntować się nie będą. Społeczeństwo rosyjskie boi się wolności i już dawno zrezygnowało z niej na rzecz autorytarnych rządów Putina. Na arenie wewnętrznej premier nie musi się więc niczego obawiać. On i jego ekipa mają czas, to Europa musi się spieszyć.

(opracował Łukasz Pawłowski)

*Edward N. Luttwak, ur. 1942 r., amerykański historyk, ekspert Center for Strategic and International Studies w Waszyngtonie.

p

Irina Kobryńska*: To Ukraina odpowiada za wywołanie gazowej wojny

Zasadniczą przyczyną obecnego konfliktu wokół dostaw gazu jest walka między frakcjami politycznymi na Ukrainie i panujący tam kryzys polityczny. Gdyby na Ukrainie rządziła odpowiedzialna klasa polityczna, gdyby na czele rządu stał premier mający silne poparcie Rady Najwyższej i potrafiący prowadzić dialog z prezydentem, do sporu z Rosją w ogóle by nie doszło. W normalnej sytuacji władze ukraińskie nie mogłyby pozwolić sobie na tak nierozsądne zachowanie. Jednak obecnie życie polityczne na Ukrainie sprowadza się do stanu permanentnego kryzysu. Ukraińskie elity próbują wykorzystywać każdą sytuację do walki politycznej i gromadzenia politycznego kapitału przed nadchodzącymi wyborami.

Podtrzymywanie stanu niepewności leży w interesie wszystkich pretendentów do władzy. W ten sposób będą oni mogli przypisać odczuwalne już na Ukrainie skutki światowej zapaści ekonomicznej czynnikom zewnętrznym - między innymi konfliktowi gazowemu i oczywiście Rosji. Wieloletni spór polityczny spotęgowany obecnym kryzysem ekonomicznym sprawił, że ukraińska klasa polityczna zatraciła resztki odpowiedzialności - i to zarówno wobec Rosji, jak i Europy.

Absurdalność sytuacji polega na tym, że wszystkie strony konfliktu - prezydent Wiktor Juszczenko, premier Julia Tymoszenko i Wiktor Janukowycz - zdają sobie sprawę z jego druzgocących konsekwencji dla wizerunku Ukrainy w Europie. Wzajemne animozje i niechęć są już jednak zbyt głębokie, by któraś ze stron chciała wziąć na siebie odpowiedzialność za podjęcie działań zmierzających do zażegnania kryzysu. To nie Kreml powinien teraz proponować sposoby jego rozwiązania. Rosja złożyła Ukrainie przed końcem 2008 roku bardzo rozsądną propozycję cenową: 250 dolarów za tysiąc metrów sześciennych gazu. To nie była kwota wzięta z sufitu, ale opracowana na podstawie analizy ukraińskich możliwości finansowych. Ukraina ma pieniądze, by zapłacić taką kwotę za gaz. Kijów nie skorzystał jednak z oferty, czego konsekwencje ponosimy dziś wszyscy. Rosja nie może zrobić już nic poza konsekwentnym prezentowaniem swoich racji na forum europejskim i liczeniem na to, że Unia skłoni polityków ukraińskich do bardziej racjonalnych zachowań. W ten sposób państwa Wspólnoty same będą mogły wyrobić sobie opinię na temat tego, która ze stron jest winna zaistniałej sytuacji.

Na swoje nieszczęście w perspektywie najbliższych 10 - 20 lat Unia jest skazana na współpracę z Rosją. Ta relacja ma jednak charakter dwustronny. Rosja nie może przerwać dostaw ze względów nie tylko finansowych, ale także technicznych. Możliwości magazynowania gazu, który normalnie trafia na rynek europejski, nie są nieograniczone. Działania Ukrainy utrudniające podpisanie kontraktu na kolejny rok będą w Rosji odczytane jako niebezpieczny szantaż technologiczny i zapamiętane na długo.

Władzy w Rosji nie sprawują idioci i psychopaci. Rosyjscy politycy rozumieją, że dla utrzymania się przy władzy potrzebują przyjaznych stosunków z Zachodem, a zwłaszcza z Unią Europejską. Nasz kraj jest zależny od Unii, przede wszystkim w dziedzinie energetycznej, i nikt nie jest zainteresowany wywoływaniem tego rodzaju idiotycznych kryzysów, zwłaszcza po konflikcie z Gruzją. Wojna gazowa z Ukrainą nie wzmocni rosyjskiej pozycji w świecie - kremlowscy politycy są wystarczająco odpowiedzialni i rozsądni, by to rozumieć. Kryzys nie pomoże im także na arenie wewnętrznej. Nie twierdzę, że Kreml nie będzie próbował odwrócić uwagi społeczeństwa od trudnej sytuacji gospodarczej w kraju, ale nie zastosuje w tym celu tak prymitywnych środków. Kto w Rosji uwierzy, że za spadek cen surowców i zamknięte fabryki odpowiedzialna jest Ukraina?

Oczywiście Moskwa będzie starała się unaocznić Rosjanom i obywatelom zachodniej Europy nieodpowiedzialność władz ukraińskich, ale w ten sposób swoich interesów broniłby każdy kraj. Nie oznacza to żadnej "nowej zimnej wojny", jak chcą niektórzy komentatorzy. Nie można jednak od władz na Kremlu oczekiwać, by ponosiły konsekwencje ukraińskiej wojny na górze.

(notował Łukasz Pawłowski)

*Irina Kobryńska, rosyjska politolog, pracownik Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych Rosyjskiej Akademii Nauk.