Kilka londyńskich dzielnic, w których mieszka najwięcej emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, już od kilku lat oferuje programy pomocy bezdomnym. Jak pisze "The Times", w samym ubiegłym roku dzielnica Westminster w centralnym Londynie przeznaczyła na ten cel 100 tys. funtów. W tym roku ministerstwo społeczności lokalnych i samorządów nie koncentruje się tylko na fundowaniu pomocy doraźnej.

Jednym z elementów nowego projektu ma być przekonanie bezdomnych emigrantów do powrotu do kraju oraz zapewnienie im "bezpiecznego lądowania", kiedy już dotrą do Polski - pracy, zakwaterowania czy szkoleń zawodowych. Organizacja charytatywna Thames Reach, która otrzymała od miasta na ten cel 60 tys. funtów, planuje sprowadzenie na Wyspy polskich pracowników społecznych, którzy zajmą się pracą w terenie.

"Chcemy ułatwić bezdomnym powrót do Polski, ale musimy też wiedzieć, że mają do czego wracać. W większości przypadków takie osoby łatwiej adaptują się do normalnych warunków życia, kiedy są u siebie w kraju" - mówi dyrektor zarządający Jeremy Swain.

Według różnych szacunków, w Londynie bez stałego miejsca zamieszkania może znajdować się nawet 4 tysiące Polaków. Część z nich jest uzależniona od alkoholu i narkotyków. Emigranci śpią w pustostanach, na ulicy lub własnoręcznie skleconych szałasach. W grudniu władze jednej z północno-wschodnich dzielnic Londynu zlikwidowały sieć slumsów, w których koczowało 30 Polaków. Byli bez pracy i pieniędzy, żywili się szczurami.

Większość z nich jest już teraz w Polsce. Do kraju wrócili dzięki działaniom poznańskiej fundacji Barka, jedynej polskiej organizacji na Wyspach, która pomaga bezdomnym migrantom. Barka UK od dwóch lat prowadzi tutaj swój autorski program repatriacji Polaków, którym nie powiodło się emigracyjne życie. Po powrocie wszyscy umieszczani są w specjalnych ośrodkach resocjalizacyjnych.

"W ciągu prawie dwóch lat udało nam się namówić do powrotu prawie 300 osób. Najpierw działaliśmy w jednej, a teraz już w czterech dzielnicach Londynu" - opowiada Ewa Sadowska, dyrektor brytyjskiego oddziału Barki. "Problem jest taki, że większość bezdomnych emigrantów wcale nie chce wracać. Są uzależnieni od alkoholu i narkotyków, żyją na marginesie społeczeństwa. To najczęściej osoby czterdziesto-, pięćdziesięcioletnie, z długim stażem pobytu na ulicy. Nie potrafiły odnaleźć się na brytyjskim rynku pracy i przekonanie ich do powrotu do Polski może trwać miesiącami" - opowiada Sadowska.

Fundacja Barka przyjechała na Wyspy w 2007 roku. zaalarmowana przez władze dzielnicy Hammersmith and Fulham, która nie radziła sobie bezdomnymi emigrantami z Polski. Co roku dostaje dofinansowanie z samorządu - średnio około 30 tys. funtów na dzielnicę.

Fakt, że to brytyjscy podatnicy są sponsorami programów pomocy bezdomnym emigrantom, wzbudził na Wyspach pewne kontrowersje. Jak wyliczył dziennik "The Times", przygotowanie jednego bezdomnego do powrotu do kraju może kosztować nawet 1000 funtów. To koszt przejazdu, zakwaterowania, wyżywienia oraz pracy ludzi, którzy pomagają bezdomnym i w Anglii i na miejscu, w Polsce.

"Być może rząd powinien dokładniej przyjrzeć się temu, czy przyjeżdżający do pracy w Wielkiej Brytanii rzeczywiście mają szansę tę pracę otrzymać. To leży przecież w interesie samych migrantów" - przyznał w rozmowie z "The Times" Matthew Elliott, dyrektor TaxPayers' Alliance.

"W idealnej sytuacji w takich kosztach powinny partycypować obie strony, kraj przyjmujący i kraj, który wysyła ludzi do pracy. Ale realia są trochę inne. Zresztą na Wyspach mieszkają tysiące Polaków, którzy płacą podatki, zakładają firmy i napędzają gospodarkę" - broni pomysłu Ewa Sadowska.

Także pracownicy organizacji Thames Reach uważają, że pomoc państwa najsłabszym jest konieczna. "60 tysięcy, które dostaliśmy na walkę z bezdomnością to nic w porównaniu z milionami funtów, które polscy emigranci zapewniają corocznie fiskusowi. Zwłaszcza, że nie mają tej samej siatki bezpieczeństwa, która chroni brytyjskich obywateli. Jeśli ktoś pracuje mniej niż rok i straci zatrudnienie, nie ma prawa do niczego" - mówi Mike Nicholas z Thames Reach.

p

KATARZYNA MILL: Państwa fundacja od ponad dwóch lat zajmuje się pomocą w powrocie do kraju dla bezdomnych emigrantów, którym nie wyszło w Londynie. Od czego to się zaczęło?
STANISŁAW SZCZERBA*:
Zgłosiły się do nas władze dzielnicy Hammersmith and Fulham. Jej mieszkańcy skarżyli się na polskich kloszardów. Według brytyjskiego prawa imigranci, którzy pracowali w Anglii mniej niż rok, nie mają prawa do korzystania z noclegowni. Mogą tylko odwiedzać ośrodki pomocy dziennej. Oczywiście jeśli wiedzą o ich istnieniu. Boją się wrócić do kraju. Często byli oszukiwani, nikomu nie ufają. Naszym zadaniem jest przygotować ich i pokazać, że powrót nie jest straszny.

Z państwa danych wynika, że od 2006 roku udało się sprowadzić już około 300 osób. To nie jest dużo.
Pomagamy obywatelom całej "nowej Unii" i niestety muszę przyznać, że Polska jest zdecydowanie najbardziej biurokratyczna, u niej samo ustalenie tożsamości bezdomnego trwa od tygodnia do 10 dni. Poza tym przekonanie człowieka do powrotu to tygodnie rozmów, czasem miesiące. W dniu wyjazdu trzeba dopilnować, żeby się pojawili, żeby byli trzeźwi.

Jaka jest gwarancja, że ci ludzie nie wrócą z powrotem do Londynu?
Na sześćdziesiąt osób, które sam wysłałem, wróciła tylko jedna. Fundacja Barka prowadzi w Chudobczycach pod Poznaniem program rehabilitacyjny. Ci ludzie muszą się przystosować do normalnego życia. Niektórzy nie chcą wracać do rodzin, zanim nie zarobią pieniędzy, więc czasem trzeba im znaleźć nową pracę. Dać nadzieję.

*Stanisław Szczerba, pracownik fundacji Barka udzielającej pomocy osobom bezdomnym.