Bez gniewu i stronniczości

Z prac historycznych znamy albo raczej marny obraz polskiego ziemiaństwa i arystokracji z drugiej połowy XIX i pierwszej połowy XX wieku, albo - wręcz odwrotnie - idylliczny obraz białego polskiego dworku, takiego, w jakim podobno chował się w dzieciństwie Józef Piłsudski. Zapewne ta pierwsza wizja jest w znacznej mierze prawdziwa. Szlachta i arystokracja przegrywała majątki w karty i na koniach, okradali ją administratorzy (bo nie umiała gospodarować), a sprawy publiczne kompletnie ją nie obchodziły. Obraz idylliczny z kolei - jak każda idylla - jest oczywiście złudzeniem, chociaż złudzeniem miłym naszej pamięci i wyobraźni, więc nie warto się go całkowicie wyzbywać. Ze wspomnień Jacka Woźniakowskiego wyłania się jednak zupełnie inny wizerunek polskiej szlachty czy też szlachecko-arystokratycznej inteligencji.

To ludzie światli, pasjonaci muzyki, malarstwa czy literatury. Na ogół dobrzy gospodarze, którzy - wychowani w duchu galicyjskim, ale w rejonie Krakowa, czyli także pod wyraźnym wpływem Stańczyków - pełnili urzędy, pracowali dla ojczyzny, ale przede wszystkim prowadzili intensywne życie duchowe i intelektualne. Wyjątek stanowią ci ciemni, nienawistni "zachowawcy", którzy bronili się przed zmianami społecznymi w płonnej nadziei, że świat będzie zawsze taki sam i że będą mogli dalej bezlitośnie wykorzystywać swoich chłopów. Poza tym opisywani przez Woźniakowskiego członkowie jego rozległej rodziny i ich przyjaciele niemal wszyscy mają liczne związki ze światem prasy, książki, teatru. Na tym tle do tej innej, marnej tradycji należy anegdota o jednym z Tarnowskich, który był tak zadufany, że kiedy do jego majątku przyjechał Józef Czapski (który wiódł w latach 20. bardzo skromny żywot) namalować na zamówienie kilka obrazów, Tarnowskiemu nawet do głowy nie przyszło, by mu zapłacić. W dowód wdzięczności przeszedł jedynie na "ty" i to tylko dlatego, że Czapski był z równie znamienitej rodziny.

Polskość z wyboru

Ta ziemiańsko-arystokratyczna inteligencja była nie tylko całkowicie europejska (co wspaniale opisuje Maria Czapska w "Europie w rodzinie"), ale także całkowicie polska. Jej członkowie zajmowali się studiami (często na najwyższym poziomie) nad Słowackim, historią Polski i - co wtedy jeszcze zupełnie nie było modne - nad przyrodą i sposobami jej obrony przed nieuchronnie niszczącą wszystko ludzką ingerencją. Był to ten sam gatunek polskości, jaki potem można było dostrzec u Józefa Czapskiego czy Konstantego Jeleńskiego. Polskości niejako z wyboru - nie tylko dlatego, że możliwe były inne formy utożsamienia z tradycją, ale raczej dlatego, że wybór polskości był wyborem tego, co intelektualnie, artystycznie czy duchowo pasjonujące. Polskość Pawlikowskich czy Woźniakowskich, Rodakowskich czy Witkiewiczów, o których tyle pisze autor, nie miała w sobie nic z przymusu ani z tej naszej narodowej nudnej półendeckiej ociężałości umysłowej. Polskość to była okazja do intelektualnej przygody.

Wyjątkowo ciekawe są uwagi Jacka Woźniakowskiego, gdy przypomina on sobie i odtwarza postawy tych ludzi wobec Kościoła i religii. Sam Woźniakowski od lat 40. związany z "Tygodnikiem Powszechnym" zdumiewa się zmianami, jakie zaszły za życia jego pokolenia i pokoleń następnych, czyli także mojego i znacznie młodszych. Jego dziadowie, wujowie, ciotki i cała ta obszerna grupa do religii miała stosunek raczej chłodny. Oczywiście, przestrzegano obyczajów, święcono święta, ale nie wiązało się to (poza nielicznymi wyjątkami) ani z wielką intensywnością samej wiary, ani z bardzo pilnym praktykowaniem. Nie toczyła się też dyskusja na temat relacji między wiarą i rozumem czy na temat problemów związanych ze stosunkami państwo - Kościół. Nie były to problemy dla tamtych ludzi, dla tamtych pokoleń szczególnie interesujące. Wynikało to na pewno z ducha czasów pozytywistycznych, ale także ze stanu ówczesnego polskiego Kościoła i księży oraz z balastu tradycji, który odrzucano, chociaż nie akceptowano poglądów lewicowych. Jan Gwalbert Pawlikowski, autor do dziś cenionych prac o mistyce Słowackiego (i wydawca jego pism), nie zgadzał się z Marianem Zdziechowskim, że chcąc zrozumieć mistyka, samemu trzeba być mistykiem. Patrzył na mistyczne wzloty spokojnie i bardzo uważnie, ale z zewnątrz. Warto pamiętać o tym stosunku do religii, gdy obecnie - często zgoła przesadnie - wyobrażamy sobie, że istnieje jakiś naturalny polski katolicyzm. Jeżeli w ogóle istnieje, to na pewno w wielu bardzo postaciach.

Cud w "Tygodniku"

Teraz już o wspomnieniach dotyczących samego Jacka Woźniakowskiego. Spośród wielu wątków wybieram jego spotkania z przedstawicielami służb bezpieczeństwa. Jakże inaczej to wyglądało, niż zwykliśmy sądzić zarażeni perspektywą współczesną, a zwłaszcza poglądami narzucanymi przez IPN. Ubecy wzywali Woźniakowskiego kilkakrotnie, straszyli, a on im opowiadał o tekstach z "Tygodnika Powszechnego". Raz nawet, jak na człowieka wolnego przystało, zaprosił jednego z nich do siebie do domu na kawę. Ubek był kompletnie oszołomiony i niezwykle uprzejmy. Woźniakowski opisuje też kłopot, jaki sam doskonale pamiętam, czyli trudność człowieka uprzejmego, który drugiemu człowiekowi (ubek w końcu też człowiek) nie odpowiada w trakcie rozmowy lub zachowuje się wobec niego niegrzecznie. Trzeba było jednak się na to zdobyć. Pamiętam, jak w kilkanaście dni po wprowadzeniu stanu wojennego zadzwonił do mnie ubek, domagając się spotkania. Zapytałem, w jakiej sprawie. Odpowiedział, że w sprawie moich internowanych kolegów z "Res Publiki" Damiana Kalbarczyka i Tomasza Łubieńskiego. Też zaprosiłem go do domu. Przyszedł i nie wiedział, jak się zachować, pytał, czy zaręczę za nich, że jak zostaną zwolnieni, nie będą prowadzili działalności "antyrządowej". Odpowiedziałem, że za innych ręczyć oczywiście nie mogę, a jemu nagle coś zadzwoniło w kieszeni. Wyraziłem zdziwienie, a on wyjął z kieszeni i z dumą pokazał medal honorowego krwiodawcy, który właśnie dostał. Przyjaciół zwolnili i oto pojawia się pytanie: czy nie należało rozmawiać, gdy było się siebie pewnym? Woźniakowski rozmawiał też wielokrotnie z cenzurą, a według szalonych autorów upadłej ustawy lustracyjnej każdy, kto kontaktował się z cenzurą, był "TW". Nie rozumieją, że wtedy tylko "Tygodnik" czy "Znak", a potem przez dwa lata "Res Publica" rozmawiały i wykłócały się - czasem skutecznie - z cenzorami. Że to nie był wstyd, lecz zaszczyt i konieczność oraz wyraz odwagi, której reżimowym wydawnictwom nie stało.

Naturalnie taka postawa Jacka Woźniakowskiego była możliwa tylko dlatego, że stała za nim grupa "Tygodnika Powszechnego". Jakiż to był cud zarówno w ramach polskiej tradycji wiecznego kłócenia się, jak i z punktu widzenia jakości polskiego przedwojennego katolicyzmu, że zdołała zebrać się i przetrwać wszystkie największe kataklizmy grupa ludzi absolutnie bez wyjątku pierwszej kategorii. Byli tam przecież oprócz osób dziś jeszcze dobrze znanych także Paweł Jasienica, Antoni Gołubiew (zawsze niezwykle mądry), Zofia Starowieyska-Morstinowa czy Hanna Malewska. Ci ludzie byli bez wyjątku znakomici i nikt nie mógł się im w ówczesnej Polsce równać. Potrafili razem przetrwać kilka dziesięcioleci i w zasadzie nie ma czego żałować, że "Tygodnik" znika, bo bez takich osób nie jest już ważny.

Jedną z tych osób od 1948 roku do początku XXI wieku był też Jacek Woźniakowski. Więc i jemu chwała.

"Ze wspomnień szczęściarza"
Jacek Woźniakowski
Znak, Kraków 2008

Marcin Król*

p

*Marcin Król, ur. 1944, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego konserwatywnego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej. Opublikował m.in. książki "Konserwatyści a niepodległość" (1985), "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996), "Bezradność liberałów" (2005), "Filozofia polityczna" (2008). Ostatnio wydał tom wspomnień "Nieco z boku" (2008). Jest stałym współpracownikiem "Europy". W nr 236 z 11 października ub.r. zamieściliśmy jego tekst "O demokracji inaczej niż zwykle".