W dwójnasób odczuwają więc dziś wszystkie jej negatywne skutki. O tym właśnie pisze w swoim tekście znany publicysta Guy Sorman. Jego zdaniem rok 2009 będzie dla Indii i Chin okresem bardzo trudnym. Ich społeczna równowaga już została mocno zachwiana - w Indiach za sprawą grudniowych zamachów terrorystycznych, a w Chinach ze względu na coraz mocniej odczuwalne skutki kryzysu. Tragedia w Bombaju pokazała, że wśród indyjskich muzułmanów narasta frustracja, której tamtejszy rząd nie może już lekceważyć. Z kolei chińskie spowolnienie gospodarcze może wywołać masowe bezrobocie i społeczny bunt milionów robotników skazanych na nędzę. Czy spowoduje on z kolei rewolucję przeciw dyktaturze partii komunistycznej? Zdaniem Sormana jest to mało prawdopodobne, bo polityka terroru stosowana przez państwo wyeliminowała z gry potencjalnych liderów rewolucji: niepokornych intelektualistów, buddyjskich mnichów itp. Pytanie tylko, czy tego typu twardy kurs będzie skutecznym narzędziem przywracania równowagi w warunkach gospodarczej stagnacji…

p

Guy Sorman*:

2009 będzie w Azji rokiem narastającego braku społecznej równowagi

W 2009 roku w Chinach i w Indiach zapanuje rozgardiasz. Za sprawą kryzysu gospodarczego? Nie tylko. Ten rok pokaże, jak bardzo złożona jest sytuacja w tej rozwijającej się części świata. Kiedy tempo rozwoju jest szybkie, biedne społeczeństwa odczuwają konkretne postępy, ale szybki rozwój destabilizuje jednocześnie ich tradycje. U obu liderów rynków wschodzących szybko rosnące stopy wzrostu zaczęły już rozwiązywać palącą kwestię biedy. Jednocześnie doprowadziły jednak do korozji więzów społecznych, rodzinnych i religijnych.

Nowe wymagania

Rządy Indii i Chin już teraz odkrywają (w roku 2009 zyskają w tej materii jeszcze większą pewność), że lepsza gospodarka prowadzi do powstania lepszego społeczeństwa. Tworzy się także cały cykl wymagań: ubogie społeczeństwa, od dawna przyzwyczajone do biedy i radzące sobie z nią za pomocą tradycyjnych sieci powiązań takich jak wieś, religia, kasta i rozbudowana rodzina, przestały się zadowalać tymi środkami. Najaktywniejsi, najbardziej przedsiębiorczy i najmłodsi uciekli do nowoczesnych miast - zachowawcze sieci powiązań ulegają rozpadowi. Wiejski exodus, media i internet powodują, że młodzi Chińczycy i mieszkańcy Indii mają szerszą wizję świata - pojawiają się nowe żądania. Do wymagań związanych z zarobkami dochodzi wymóg zapewnienia sprawiedliwości społecznej. Wyjaśnia to, dlaczego w 2008 roku doszło w całych Chinach do zamieszek zarówno wśród chłopów, jak i robotników w miastach. I dlaczego w północno-wschodnich Indiach na nowo rozgorzała maoistowska rebelia naksalitów.

Zarówno w Chinach, jak i w Indiach jeszcze bardziej niepokojące okazało się to, że spowolnienie ekonomiczne z 2008 roku udowodniło, jak bardzo rozwój obu azjatyckich gigantów zależy od zachodnich konsumentów. W 2009 roku stanie się jeszcze jaśniejsze, że wzrost gospodarczy nie tylko nie rozwiązuje wszystkich problemów w Azji, lecz ujawnia nowe. Który kraj bardziej ucierpi w 2009 roku - Chiny czy Indie? Głównym zagrożeniem w Indiach będzie islamizm. Indyjscy przywódcy przez długi czas zaprzeczali - i nadal będą zaprzeczać - że istnieje radykalny islamizm indyjski: każdy zamach przypisywany jest interwencjom z zewnątrz, przede wszystkim Pakistanowi, który jest w Indiach kozłem ofiarnym. Jednak atak w Bombaju w grudniu 2008 roku był możliwy dzięki wspólnikom z Indii. Spośród indyjskich muzułmanów (nie wiadomo nawet dokładnie, ilu ich jest: 100 lub 200 milionów) wywodzą się islamscy radykałowie. Po raz kolejny to rozwój gospodarczy sprawia, że młodzi czują się wykorzenieni, odcięci od wiejskich tradycji często łączących islam z hinduizmem. Rozwój rzuca ich do miast, a za sprawą internetu naraża na propagandę globalnego islamizmu.

Czy demokracja przetrwa?

Nowe akty przemocy dokonywane przez islamistów wydają się więc nieuniknione. A jeszcze bardziej niż zamachów dokonywanych w imię wykolejonego islamu będzie trzeba się obawiać efektów lawinowych. Nacjonalistyczne partie hinduskie (BJP, obecnie w opozycji do Partii Kongresowej) niewątpliwie będą chciały przebić islamistyczne dokonania, aby potwierdzić hinduistyczny charakter Indii. Bez wątpienia rząd przyjmie postawę prowojenną, co sprawi, że pojawi się ryzyko ponownego konfliktu z Pakistanem. Zagraniczni inwestorzy, już teraz pełni rezerwy wobec indyjskiej biurokracji, przestraszą się eskalacji zagrożeń, co może dodatkowo spowolnić wzrost gospodarczy.

Jednak mimo wstrząsów Indie utrzymają się na nogach, ponieważ są krajem demokratycznym: ich instytucje polityczne już w przeszłości pokazały, że są w stanie poradzić sobie z wojną, zamieszkami i nędzą. Przywiązanie Hindusów do demokracji pozostanie głębokie, ponieważ w Indiach każdy zdaje sobie sprawę z tego, że jedynie demokracja pozwala - mimo kłótni - współżyć tak wielu zróżnicowanym indyjskim społecznościom. W Chinach natomiast więcej zależy od przypadku. Zwykło się uważać, że legitymacja, jaką chińska partia komunistyczna ma do sprawowania rządów, jest całkowicie uzależniona od stopy wzrostu. To stwierdzenie jest tylko częściowo prawdziwe. Drugą podstawą tej względnej legitymacji jest pokój społeczny, który zapanował w Chinach po całym wieku rewolucji.

Trudny rok dla dysydentów

Jednak w 2009 roku obie te podstawy zostaną zachwiane. Po pierwsze stanie się wątpliwe, czy próby naprawy chińskiej gospodarki przyniosą jakikolwiek skutek: gospodarka ta nastawiona jest na eksport, a tylko w bardzo małym stopniu na chińskiego konsumenta. Zresztą partia komunistyczna odmawia nawet zainwestowania w Chinach olbrzymich funduszy, jakie umieściła w dolarach poza Chinami. Dlaczego? Można podejrzewać, że chińscy przywódcy nie całkiem wierzą we własną przyszłość. Zagranica będzie nadal więc inwestować w Chinach, a partia kupuje amerykańskie bony skarbowe - w 2009 roku ta tendencja nie powinna ulec odwróceniu. Jednak przewidywany wzrost gospodarczy wynoszący mniej niż osiem procent doprowadzi do zwolnienia milionów robotników. Kiedy ci ostatni tracą pracę, prawo nakazuje im wracać do wiosek, z których pochodzą. W tych wsiach jedyną perspektywą jest dla nich nędza, głównie dlatego że ziemia nie należy do chłopów. Ponieważ nie są właścicielami, nie mogą otrzymać kredytów ani zainwestować, by unowocześnić swoje uprawy. Można więc przypuszczać, że robotnicy zwolnieni z fabryk i budów odmówią powrotu do siebie i będą się błąkać na peryferiach wielkich miast, poszukując dorywczych prac, które pozwolą im przeżyć. Ta proletaryzacja rozpoczęła się już w 2008 roku: zatrzymywani wtedy przez policję migrujący robotnicy wzniecili bunt. W przyszłości takie bunty mogą się wyłącznie nasilać. Jednak same z siebie nie spowodują rewolucji, tym bardziej że możliwi przywódcy - demokraci, pastorzy, mnisi, zwolennicy autonomii z Tybetu czy wschodniego Turkiestanu - są na wygnaniu albo w więzieniach. Rok 2009 może być jeszcze brutalniejszy dla tych wszystkich, których pociąga życie dysydenta.

Czy w poddanych wewnętrznym wstrząsom Indiach i Chinach rządy odczują pokusę przywrócenia jedności narodowej przez wojnę? Między Indiami i Pakistanem z pewnością stanie Ameryka. Nad Chinami odczuwającymi pokusę dokonania interwencji na Tajwanie czy w Korei Północnej również czuwa amerykańska armia, przede wszystkim marynarka. Gdyby nie Siódma Flota, która patroluje obszar od Hawajów po Madagaskar, powinniśmy się obawiać, że azjatyckie mocarstwa, które odczuwają wewnętrzne trudności, zaatakują na dodatek wszystkich swoich sąsiadów i zlikwidują cały międzynarodowy handel. Depresja stałaby się wtedy ogólnoświatowa.

Guy Sorman

przeł. Wojciech Nowicki

p

*Guy Sorman, ur. 1944, francuski pisarz, publicysta polityczny i filozof. Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Made in USA. Spojrzenie na cywilizację amerykańską" (wyd. pol. 2005), "Rok Koguta" (wyd. pol. 2006) oraz "Dzieci Rifa’y. Muzułmanie i nowoczesność" (wyd. pol. 2007). "L’économie ne ment pas" (2008). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nr 243 z 28 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Zostawmy rynek w spokoju".