Przed kanadyjskim sądem toczy się proces, który ma wyjaśnić przyczyny śmierci Polaka rażonego paralizatorem na lotnisku w Vancouver. Wśród zeznających jest Robert Ginter, jeden z managerów lotniska. Ginter pełnił służbę tego dnia, gdy zginął Dziekański. Mężczyzna zeznał, że nie wysłał ratowników medycznych do Dziekańskiego. "Bałem się, że w tym samym czasie może rozbić się samolot lub wybuchnąć pożar. W takim wypadku trzeba spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy. Nie mogłem całego personelu skupionego na jednej osobie" - zeznał Ginter.

Wcześniej sąd usłyszał, że Dziekański nie dostał pomocy medycznej na czas ze względu na nieporozumienia między służbami medycznymi, a władzami lotniska. Z maila do szefa ratowników medycznych, Andrew Caldwella ujawnionego przez jedną z pracownic lotniska, Heather Staller wynika, że konflikt ten mógł przyczynić się do śmierci Dziekańskiego. Staller powiedziała, że Caldwell i jego ludzie nie dostali szansy, żeby pomóc Polakowi, a mogli uratować jego życie. Kobieta zeznała również, że Caldwell wcześniej kilka razy posprzeczał się z managerami lotniska.

Kilku świadków zeznało, że oburzył ich fakt, że Robert Dziekański porażony taserem o 1.29 w nocy nie otrzymał żadnej pomocy aż do 1.42, kiedy to przyjechali strażacy.

Ginter mówił przed sądem, że dołączył do policjantów w hali przylotów, gdzie leżał porażony Polak, przytrzymywany przez czterech funkcjonariuszy, jednak zdaniem Gintera obowiązkiem managera było sprawdzić, czy nie zostały zniszczone meble, komputery i szyby. Mężczyzna dodał, że Dziekański był pod opieką policjantów i on sam nie czuł się odpowiedzialny za stan Polaka. Ginter zaprzecza, jakoby zabronił ratownikom medycznym lotniska nieśc pomoc porażonemu mężczyźnie.

Szef strażaków, Kirby Graeme twierdzi, że kiedy strażacy przybyli na lotnisko o 1.42, Dziekański już nie żył. Graeme zeznał, że pierwszy raz w ciągu 23 lat - a tyle pracuje w straży pożarnej - zdarzyło się, że strażacy byli na miejscu przed ratownikami medycznymi z lotniska.

Robert Dziekański przyleciał do Kanady, aby dołączyć do swojej matki. Przez 10 godzin błąkał się po strzeżonej, zamkniętej części lotniska w Vancouver, podczas gdy matka czekała na niego w hali przylotów. Mężczyzna po raz pierwszy w życiu leciał samolotem, nie mówił w żadnym obcym języku. Był zmęczony, głodny i przestraszony. W pewnym momencie agresywny kierowca taksówki wszczął awanturę, że Dziekański stoi za blisko drzwi i je blokuje. Polak zaczął się denerwować, rzucać krzesełkami. Kanadyjscy policjanci uznali, że jest agresywny, więc pięć razy porazili go taserem. Mężczyzna zmarł na podłodze lotniska.