Polska ambasada w Londynie ostrzega przed całymi siatkami oszustów, którzy próbują werbować Polaków do fikcyjnej pracy w Wielkiej Brytanii. Według informacji DZIENNIKA firmy widma i nieuczciwi pośrednicy wraz z kryzysem rosną w siłę, a Wyspy przestają być dla Polaków ziemią obiecaną.

Dotarliśmy do kilku osób, które w ostatnim czasie padły ofiarą procederu. "Pobraliśmy kredyty, potraciliśmy w Polsce pracę" - mówią. Trójka dwudziestoparoletnich gdańszczan przeżyła ten schemat na własnej skórze.

"W gazecie znaleźliśmy ogłoszenie dotyczące pakowania ryżu, bez znajomości angielskiego. Dobre stawki. Podany był brytyjski numer komórki. Miła starsza pani tłumaczyła nam, że możemy przyjeżdżać w ciągu kilku dni" - opowiada DZIENNIKOWI 25-letnia Agnieszka, która wraz z dwójką przyjaciół wybrała się na Wyspy. Wszyscy wzięli po 2,5 tys. kredytu, kupili bilety i przylecieli do Londynu. Na start zabrali ze sobą około 400 funtów.

"To będzie opłata za mieszkanie" - tłumaczył im pośrednik. Ostatni raz widzieli go w czasie wręczania pieniędzy. Mieszkania nie było, pracy też nie. Nocowali na dworcu. Wrócili do Polski dzięki temu, że konsulat kupił im bilety powrotne.

Według danych ambasady to najbardziej typowy schemat oszustwa. "Emigranci lądują w obcym kraju, bez dachu nad głową, bez znajomości języka" - mówi rzecznik ambasady Robert Szaniawski.

Wszystko wskazuje na to, że proceder jest intratny. Ewa Urbańska, która od 2005 r. prowadzi w internecie portal Oszukany.pl, wylicza, że średnio z jednego ogłoszenia w Polsce do pracy w Anglii decyduje się wyjechać nawet 200 osób. Każda traci na tym około 200 funtów. Zysk oszustów łatwo jest więc policzyć - może on sięgnąć nawet 40 tys. funtów.

"To zjawisko na ogromną skalę, a kryzys je nasilił. Wciąż bowiem dla wielu Polaków wyjazd za granicę to być albo nie być. Zapożyczają się i jadą w ciemno, a oszuści na tym korzystają" - twierdzi Urbańska. Bardzo często Polacy padają też ofiarami agencji, które dysponowały brytyjskimi certyfikatami.

W Bradford w środkowej Anglii pomocy szuka właśnie kilkunastu Polaków, którzy przyjechali na Wyspy przez agencję Wakat z Kutna. "Miało być zatrudnienie od zaraz i dobre zarobki. Od miesiąca nie ma żadnej pracy, mieszkamy w slumsach, a nasze dziecko chodzi głodne" - mówi DZIENNIKOWI Adam, który na Wyspy przyjechał z rodziną z Kwidzynia w woj. pomorskim.

Ogłoszenie agencji z Kutna znaleźli pod koniec 2008 r. w serwisie Gratka. Nie zastanawiali się długo - zwolnili się z fabryki telewizorów, w której obydwoje pracowali od 10 lat, pożyczyli pieniądze i na początku stycznia byli już w Bradford. W Polsce zapłacili 2200 zł za transport i organizację zakwaterowania. Wzięli też około 300 funtów - jak tłumaczył szef agencji - na mieszkanie i przeżycie do pierwszej pensji.

Teraz polscy dyplomaci ostrzegają osoby wybierające się do pracy na Wyspach, by były ostrożne przy korzystaniu z pośrednictwa nieznanych agencji. "Wciąż pojawiają się ludzie, którzy dają się skusić na zupełnie nieracjonalne oferty. Tylko od stycznia zgłosiło się do nas 50 oszukanych osób" - opowiada polski konsul w Londynie Dariusz Adler.

Przyznaje, że to tylko wierzchołek góry lodowej, bo tylko niektórzy szukają pomocy ambasady. Helena Danielczuk z organizacji charytatywnej Sharing Voices Bradford, która pomaga emigrantom, jest przekonana, że oszukanych Polaków będzie coraz więcej. "Na początku nie było problemu, bo praca leżała na ulicy. Ale teraz jest kryzys i pracy po prostu nie ma" - mówi.