A o tym, że demokracja jest daleka od triumfu, przekonują nas codziennie działania takich krajów jak Chiny czy Rosja. Chińczycy budują państwo dobrobytu bez demokracji. Rosjanie usiłują natomiast wskrzesić swoje imperium. Nie wahają się przy tym używać siły, wobec której Zachód pozostaje tak naprawdę bezradny. Niedawna interwencja w Gruzji to być może dopiero początek działań zmierzających do odzyskania wpływów w postsowieckiej przestrzeni. Kaukaski konflikt daje kolejny argument do ręki tym, którzy sądzą, że XXI wiek będzie areną trudnej walki demokracji z nowymi tyraniami w rodzaju chińskiej czy rosyjskiej. Czy rzeczywiście tego lata ostatecznie zatrzymała się fala demokratyzacji uruchomiona w 1989 roku? To fundamentalne pytanie zadaje w swoim tekście znakomity amerykański publicysta Paul Berman. I apeluje do Zachodu o podjęcie działań, które uchronią Amerykę i Europę przed rosyjskim dyktatem.

p

Paul Berman*

Demokracja wszędzie jest w odwrocie, a władzę zagarniają tyrani i ekstremiści

1
Zło już się stało. Jest wielkie i nie do odwrócenia - przynajmniej w najbliższych latach. Żyliśmy w epoce rewolucji demokratycznych. Teraz ucierpiały te rewolucje i ich dziedzictwo. Przychodziły one trzema falami, przy czym każda następna była słabsza od poprzedniej. Pierwsza fala, aksamitnych rewolucji 1989 roku, wezbrała potężnie i samoczynnie, ale druga potrzebowała już jakiegoś bodźca zewnętrznego. Bodźcem tym okazała się amerykańska interwencja militarna na Bałkanach, która doprowadziła do obalenia przez Serbów Slobodana Milosevicia w 2000 roku; po krótkiej przerwie wybuchły z kolei kolorowe rewolucje: gruzińska różana w 2003 roku i ukraińska pomarańczowa w 2004 roku. W dawnej strefie sowieckiej było też kilka innych, nieudanych zrywów.

Trzecia fala, na Bliskim Wschodzie w 2005 roku, okazała się jeszcze słabsza - znowu uruchomiła ją interwencja wojskowa USA, aczkolwiek kolorowe rewolucje również posłużyły za inspirację. Tak zwana Wiosna Arabów została bez większych problemów spacyfikowana. Jej największym wydarzeniem były irackie wybory w 2005 roku, które wyniosły do władzy sekciarskie i ekstremistyczne partie. Katastrofalny rezultat. Ale jednocześnie iracka elekcja pozwoliła milionom bardzo odważnych wyborców wyrazić ich demokratyczne aspiracje. Wiosna Arabów zrodziła z kolei rewolucję cedrów w 2005 roku w Libanie zainspirowaną przez wybory w Iraku i pomarańczową rewolucję na Ukrainie. Rewolucja cedrów doznała po 2005 roku wielu porażek, ale najgorsza przyszła w ubiegłym miesiącu: Hezbollah został oficjalnie uznany - nawet przez zwycięzców rewolucji, którzy teraz musieli pogodzić się z klęską. A zatem sierpień 2008 roku stanowi cezurę wyznaczającą odwrót rewolucji cedrów i rewolucji róż, osiowych wydarzeń drugiej i trzeciej fali. A morze nadal się cofa…

2
Poważne i nieodwracalne skutki inwazji na Gruzję będą odczuwane na terenie całego bloku postsowieckiego i nie tylko tam. W każdym z tamtejszych krajów istnieje partia - w szerokim sensie tego słowa - prorosyjska, wrogo nastawiona do demokratycznych rewolucji. Partie prorosyjskie opierają się na kilku solidnych fundamentach: rosyjskich mniejszościach etnicznych, rozmaitych biznesowych powiązaniach z Rosją (przede wszystkim w sektorze energetycznym), grupach byłych funkcjonariuszy sowieckich instytucji wojskowych i policyjnych, ugrupowaniach nacjonalistycznych wpisujących się w starą tradycję słowianofilską oraz niektórych spadkobiercach komunistycznej ideologii.

Rosja wzmacnia partie prorosyjskie przy pomocy wielu straszaków: groźby cyberataku (jego ofiarą padły już Estonia oraz Gruzja tuż przed inwazją), groźby odcięcia dostaw gazu (odczuła to już na własnej skórze Ukraina) oraz ogólniejszej groźby eskalacji napięcia politycznego. Dzisiaj partie prorosyjskie dysponują też o wiele groźniejszym straszakiem w postaci rosyjskich czołgów. Partie te we wszystkich krajach postsowieckich wyszły z wydarzeń ubiegłych kilku tygodni poważnie wzmocnione i utrzymają tę siłę jeszcze przez wiele lat, nawet jeśli rosyjskie czołgi jutro wyjadą z Gruzji.

Reakcją na to wzmocnienie z początku będzie nasilenie wrogości partii demokratycznych (autentycznych i farbowanych) do ugrupowań prorosyjskich. W całym regionie wzrosną zatem napięcia polityczne, nie tylko pomiędzy państwami, ale także wewnątrz nich. Wzrost napięć wewnętrznych spowoduje, że groźby prorosyjskich ugrupowań na krótką metę znowu staną się bardziej wiarygodne. To oznacza z kolei presję na partie demokratyczne, by porzuciły wrogość do nich. W sumie więc partie prorosyjskie zwiększą swoje wpływy.

Wyjątkiem od tej reguły będzie Polska, która najwyraźniej dokonała narodowego wyboru: zamiast ponownie podporządkować się Rosji, będzie walczyła dalej. Takie stanowisko Polski oznacza jednak, że zamiast przeżywać napięcia, jakie dotykają innych krajów, Polska przeskoczyła do wyższego stadium napięcia - stadium wojskowego. Wysocy oficerowie rosyjskiej armii już grożą Polakom atakiem militarnym, a nawet jądrowym - to szokująca zmiana sytuacji. Im większe jest niebezpieczeństwo ataku na Polskę, tym większe będą napięcia polityczne w innych krajach i tym mniej przewidywalna - bo podyktowana strachem i paniką - będzie reakcja tych krajów.

3
Charakter reżimu irańskiego wymaga, by Europa jednym głosem żądała od Teheranu rezygnacji z programu atomowego. Jednym z najważniejszych środków do tego celu są naciski na Rosję, by przestała zacieśniać stosunki handlowe z Iranem i sprzedawać mu broń. Ogromny wzrost znaczenia partii prorosyjskich na znacznych obszarach Europy utrudni jej takie działania, a zatem również Irańczycy - a przynajmniej frakcja Ahmadineżada - zyskają na rosyjskiej inwazji. Skorzystali już w Iraku, ponieważ Gruzja wycofała stamtąd dwa tysiące swoich żołnierzy. Porażki rewolucji cedrów również są triumfem irańskim.

Wymienione sukcesy Teheranu z pewnością wpłyną na kształt debaty w izraelskich kręgach politycznych i wojskowych - ze szkodą dla cierpliwości i pojednawczości. Po wydarzeniach sierpnia 2008 roku Izrael będzie wyglądał na bardziej zagrożony. Osłabnie pozycja tych, którzy argumentują, że Izrael może liczyć na solidarność europejską w sprawie Iranu oraz na zapobiegawcze działania USA. Umocni się natomiast pozycja zwolenników prewencyjnego uderzenia na Irak i wznowienia wojny w Libanie. Niebezpieczeństwo wybuchu nowych wojen na Bliskim Wschodzie jest dziś zatem większe.

4
Inwazja na Gruzję rzuca niepokojące światło na polityczne myślenie rosyjskich władz. W powszechnej opinii przywódcy rosyjscy są wyznawcami XIX-wiecznej koncepcji interesu narodowego oraz koncepcji solidarności etnicznej z połowy XX stulecia. Spór o separatystyczne regiony Gruzji jest kwestią interesu narodowego tylko wtedy, gdy interes narodowy pojmuje się w kategoriach geograficznych i etnicznych rodem z XIX i połowy XX wieku. Ale w interesie narodowym Rosji leży również pokój w regionie, przychylny klimat dla inwestycji i gwarancja, że nie nastąpią żadne katastrofalne wydarzenia. Ta druga grupa interesów powinna przeważyć nad geograficznymi i etnicznymi - a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Zdestabilizować pół świata dla dwóch separatystycznych enklaw mniejszych od Szlezwiku-Holsztynu - to nie wygląda na rozsądną kalkulację. A jednak władze rosyjskie dokonały innej oceny. Dlaczego?

W dzisiejszych czasach za każdym razem, gdy jakaś grupa ludzi zachowuje się w sposób sprzeczny z racjonalnym rachunkiem potencjalnych zysków i strat, mówi się, że powoduje nimi "upokorzenie" lub "resentyment". W sferze politycznej upokorzenie jest konstruktem czysto ideologicznym. Niemcy pokonane w pierwszej wojnie światowej rzekomo zostały upokorzone, ale po drugiej wojnie światowej, zakończonej o wiele bardziej bolesną klęską Niemiec, nie mówiło się o upokorzeniu, a to dlatego, że po drugiej wojnie światowej pojęcie to zniknęło z niemieckich doktryn politycznych. "Upokorzenie" było wytworem doktryn, a nie doznanych klęsk. Mówi się, że pokonana w zimnej wojnie Rosja czuje się upokorzona, ja jednak sądzę, że rosyjscy przywódcy odczuwają coś gorszego, a mianowicie strach. Władze rosyjskie uważają, że ich kraj jest potwornie zagrożony - podobnie jak na przykład Izrael. To strach, a nie upokorzenie, kazał Rosji zaatakować Gruzję - strach przed zagładą ich kraju. Przez ostatnie kilka miesięcy rosyjscy dyplomaci otwarcie wyrażali ten strach - z wielkim przekonaniem mówili o "egzystencjalnym zagrożeniu", jakie stanowi dla Rosji Gruzja.

Ich strach jest jednak czysto doktrynalny - czyli wyimaginowany. Sytuacja Rosji w rzeczywistości nie przypomina sytuacji Izraela. Po zakończeniu zimnej wojny żadne państwo nie snuje planów zaatakowania Rosji albo zniszczenia jej potęgi i bogactwa. Lęków opartych na paranoicznych interpretacjach wydarzeń nie da się uśmierzyć. Cicha zgoda świata na to, by Rosja podbiła separatystyczne regiony Gruzji i zainstalowała w Tbilisi marionetkowy reżim, a potem podobnie postąpiła z Ukrainą i innymi krajami, nie sprawi, że władze rosyjskie poczują się mniej zagrożone.

Dlaczego Rosjanie wyznają taką archaiczną interpretację? "Biez wodki nie rozbieriosz". W każdym razie dominacja tego rodzaju myślenia sugeruje, że Rosja jest mniej stabilnym krajem, niż mogłoby się wydawać. Stabilna Rosja nie czułaby się zagrożona ani przez takiego małego sąsiada jak Gruzja, ani przez NATO.

5
Amerykańska polityka zagraniczna po 1989 roku opiera się w dużym stopniu na jednej zasadniczej tezie: że amerykański interes narodowy i postępy demokracji na całym świecie są w dłuższej perspektywie tożsame. Teza ta od początku miała swoich krytyków w samych Stanach Zjednoczonych. Teraz liczba tych krytyków wzrośnie, ale jeśli pod wpływem tej krytyki Ameryka skręci w tradycyjnie konserwatywnym kierunku - w kierunku konserwatywnej Realpolitik, czyli dogadywania się z dyktatorami - nie ma co marzyć o bardziej stabilnej Europie Wschodniej ani o bardziej stabilnym Bliskim Wschodzie. Tego rodzaju zwrot osłabiłby demokratów - czyli jedynych wiarygodnych przyjaciół Ameryki - w innych częściach świata. Zmalałoby również zaangażowanie Europy w procesy upowszechniania demokracji i uruchomiony zostałby efekt domina. Ale jeśli ktoś nie zaproponuje przekonujących argumentów za demokratyczną solidarnością, wpływy konserwatywnej Realpolitik w USA z pewnością wzrosną. Odejście Ameryki od zasad demokratycznej solidarności byłoby najgorszym z możliwych skutków rosyjskiej inwazji.

6
Rosyjski atak na Gruzję stanowi kolejne zatrważające świadectwo niekompetencji administracji Busha obok sposobu prowadzenia wojen w Afganistanie i Iraku, reakcji na huragan "Katrina" i kryzys na rynku kredytów hipotecznych. Katastrofa gruzińska może się jednak okazać najbardziej brzemienna w skutki. Krytykowanie i strofowanie ekipy Busha jest zatem uzasadnione, rozsądne i higieniczne - ale tylko na pięć minut. W szóstej minucie, która już nadeszła, trzeba wymyślić jakieś rozwiązanie.

7
Prostej i adekwatnej reakcji na rosyjską inwazję nie ma. Adekwatna reakcja musi być kompleksowa, długofalowa i globalna. Musimy przyjąć do wiadomości, że w tym momencie kwestie demokratyzacji świata, bezpieczeństwa narodowego i kryzysu energetycznego są ze sobą splecione. Potrzebujemy nowej kompleksowej polityki - głoszenie zasad solidarności demokratycznej musi być połączone z intensyfikacją prac nad rozwojem alternatywnych źródeł energii, aby osłabić dyktaturę Putina i innych petrowrogów demokracji. Owszem, utwierdzi to Rosjan w ich paranoicznym obrazie świata. Z przyczyn ekologicznych musimy dążyć do osłabienia głównego - dosyć prymitywnego - filaru rosyjskiej gospodarki. Program rozwoju alternatywnych źródeł energii wymaga odejścia od wolnorynkowych dogmatów - również pod tym względem nowa polityka nie może być tradycyjnie konserwatywna. Trzeba skręcić w lewo, nie w prawo.

Barack Obama mówi ostatnio o "zielonej gospodarce". Nowa polityka zagraniczna połączona z polityką energetyczną będzie musiała poszerzyć zakres tego ogólnego pojęcia. Nowa polityka zagraniczna powinna być polityką "zielonej demokracji" - "zielonej" dlatego, że paliwa kopalne na całym świecie stały się motorem napędowym reakcji, a "demokracji" dlatego, że wojny czasem toczą się o coś - wojna w Gruzji, mimo pokrzykiwania Kremla na temat prześladowania prorosyjskich mniejszości etnicznych, w ostatecznym wymiarze jest wojną o dziedzictwo 1989 roku.

© Paul Berman, 2008

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Paul Berman, wpływowy amerykański publicysta, członek redakcji lewicowego kwartalnika "Dissent", publikuje eseje na tematy polityczne i literackie m.in. w "The New Republic" oraz "New York Times Magazine". Jeden z nielicznych lewicowych liberałów amerykańskich, którzy poparli interwencję w Iraku. Wydał m.in. "A Tale of Two Utopias"(1996) ("Terror i liberalizm" wyd. pol. 2007) oraz "Idealiści i władza" (wyd. pol. 2008). W "Europie" nr 230 z 30 sierpnia br. opublikowaliśmy jego tekst "Odnaleźć jasną wizję".