Polak, który kończy w Szkocji doktorat na University of Highlands and Islands, w konkursie pokonał 534 bardziej doświadczonych naukowców z 38 krajów świata. Jury przekonał swoim "społecznym" podejściem do przedsiębiorczości. W czerwcu pojedzie na coroczną konferencję w Babson College, gdzie odbierze nagrodę w wysokości 2,5 tys. dol. i wygłosi odczyt swojej pracy naukowej.

Aleksandra Kaniewska: Nagroda Babson College, jednej z najlepszych amerykańskich szkół biznesowych w dziedzinie przedsiębiorczości, przyznawana jest od 1981 r. Pan urodził się w 1982 i jest najmłodszym do tej pory laureatem. Jak pan się z tym czuje?
Artur Steinerowski: Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Podczas corocznej konferencji w Massachusetts swoje wyniki badań prezentuje ponad 300 naukowców z całego świata. Byłem zdumiony, kiedy moi szkoccy nauczyciele potwierdzili, że to moja praca wzbudziła największe zainteresowanie kapituły. To tym bardziej niezwykłe, że nagrodzono pracę, która nie jest oparta na badaniach ilościowych, ale jakościowych. Wiem jednak, że to nagroda nie tylko dla mnie, ale też dla moich promotorów - profesor Jane Farmer z Uniwersytetu Highlands and Islands w Inverness oraz profesor Sarah Jack z University of Lancaster. Wszyscy bardzo wspierali moje badanie "rozwoju przedsiębiorstw społecznych".

Temat pańskiej pracy doktorskiej to przedsiębiorstwa społeczne. Czy te określenia się nie wykluczają? Przedsiębiorca to przecież osoba nastawiona na zysk?
Sprzeczność istnieje, ale tylko na pierwszy rzut oka. Przedsiębiorstwa społeczne, tak jak i komercyjne, działają dla zysku, czyli, jak to określamy, generują profit. Od normalnych firm różnią się jednak tym, że całość lub większą część swojego zysku przeznaczają na cele społeczne. Czyli wspierają wybrane społeczności lokalne - pomagają samotnym matkom, bezdomnym, wspierają cele ekologiczne albo działają na rzecz walki z bezrobociem. Cele mogą być różne. Idea jest ta sama.

Czyli przedsiębiorstwa społeczne działają trochę tak jak organizacje charytatywne.
Właśnie nie. Główną różnicą jest to, jak te firmy są finansowane. Wolontariaty z reguły działają w oparciu o pomoc władz lokalnych, rządu albo innych sponsorów. Są uzależnione od dobrej woli innych instytucji. A przedsiębiorstwa społeczne są samowystarczalne. Wytwarzają tyle zysku, żeby móc utrzymać siebie i zasilić cel, dla którego działają. Dla przykładu: jedna z firm społecznych, które badałem w Szkocji, to instytucja pomagająca bezdomnym - oferująca im schronienie, szkolenia zawodowe czy pomoc medyczną. A jej aktywność biznesowa polega na tym, że ma osobno działającą restaurację, kafejkę i szkołę jazdy. To te miejsca są podstawą zysku firmy. A im więcej tego zysku, tym większej liczbie osób można pomóc. Ta samowystarczalność i efektywność przedsiębiorstw społecznych jest szczególnie cenna właśnie w czasach kryzysu, kiedy rządy krajów szukają oszczędności w budżetach.

Co dokładnie bada pan w swojej pracy doktorskiej?
Sprawdzam, co blokuje rozwój takich przedsiębiorstw, a co je stymuluje, na przykładzie kilkunastu firm z regionu północnej Szkocji. Moje badanie umożliwi innym naukowcom zbudowanie schematu poprawnego funkcjonowania przedsiębiorstw społecznych i w przyszłości być może stworzenia całego sektora opartego na tej działalności.

Ważną częścią pańskiej pracy naukowej jest odpowiedź na pytanie: "kim właściwie jest przedsiębiorca społeczny". To bardziej społecznik czy biznesmen?
Uważam, że takich przedsiębiorców należy jednak traktować jak biznesmenów, czyli osoby które działają rynkowo i potrafią tworzyć coś z niczego. Ale jednocześnie mogą i chcą realizować bardzo zaszczytne cele społeczne. Co ciekawe, większość przedsiębiorców społecznych, z którymi rozmawiałem, wcale nie uważa się za społeczników!

To nie pierwszy pański sukces na Wyspach. Rok temu został pan studentem roku szkockiego Uniwersytetu Highlands and Islands w Inverness. Myśli pan jeszcze o powrocie do Polski?
Po raz pierwszy przyjechałem do Szkocji prawie siedem lat temu, na wymianę studencką. Polska jeszcze wtedy nie była członkiem Unii Europejskiej, więc nie było mnie stać na kontynuację studiów. Wróciłem tu już po 2004 r. w ramach stypendium Erasmusa, ale udało mi się też skończyć zarządzanie i marketing na uczelni w Opolu. Czasem zastanawiam się, co dalej. W kraju mam rodzinę i przyjaciół, a to są więzi bezcenne. Nie wykluczam więc powrotu do Polski, ale chyba nie w najbliższej przyszłości. Teraz muszę skończyć doktorat, a dopiero później zastanowię się, co dalej. Mogę jedynie zdradzić, że niedawno dostałem kilka ciekawych propozycji ze świetnych uczelni w Anglii i Szkocji. Będę je musiał rozważyć.