Dziennik.plKraj

Wtorek, 29 maja 2012

Imieniny: Marii Magdaleny, Teodozji, Maksyma

Upiorny rejs wrocławskiego taksówkarza

2009-03-20 | Ostatnia aktualizacja: 19:29 | Komentarze: 0 | skomentuj
Upiorny rejs wrocławskiego taksówkarza

Upiorny rejs wrocławskiego taksówkarza / Inne

Znudzony życiem taksówkarz z Wrocławia znalazł w internecie ofertę sprzedaży jachtu w Tortoli na Karaibach, poleciał na miejsce, kupił żaglówkę i postanowił wrócić nią do Polski. Ale wyprawa zamieniła się w katastrofę. Już po kilku dniach żeglugi okazało się, że jacht nie jest sprawny. Polak przez trzy tygodnie dryfował po morzu, walcząc ze sztormami, brakiem jedzenia i samotnością.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Stanisław Rutkowski na Brytyjskie Wyspy Dziewicze (Karaiby) dotarł w lutym. Sfinalizował zakup upatrzonego w internecie jachtu o nieco niepokojącej nazwie "Lucyfer" i 25 lutego wypłynął z mocnym postanowieniem, aby przez Bermudy wrócić nim do Polski. "Zawsze podobały mi się Karaiby, miałem urlop i chciałem zrobić coś emocjonującego" - mówi taksówkarz najpopularniejszej bermudzkiej gazecie "The Royal Gazette".

No i emocje nadeszły. Już po kilku dniach okazało się jednak, że jacht jest nie sprawny. "Po 830 milach żeglugi wysiadł mi silnik i nawigacja. Zasilanie było bardzo słabe, a wręcz kompletnie przestało działać. Mogłem już używać tylko żagla. Jedyną rzeczą do nawigacji, jaka mi pozostała, był kompas" - opowiada Rutkowski.

>>>Dzielna Polka samotnie opływa świat

Ale to nie był koniec problemów - pogoda zaczęła się szybko pogarszać, aż przyszedł sztorm. I to niejeden. "Po drugim sztormie mój żagiel był kompletnie zniszczony. Miałem co prawda zapasowy, ale jak się okazało, do tej łodzi nie pasował" - mówi wrocławianin.

I wtedy zaczęła się walka z żywiołem. Kiedy padło zasilanie, przestał działać nie tylko system nawigacyjny, ale również m.in. oświetlenie łodzi, dlatego marynarz płyną tylko w dzień, a w nocy dryfował. Drogę wskazywał mu kompas. Po tygodniu żeglugi skończyły mu się zapasy jedzenia i picia, jedyne, co mu zostało, to suszony prowiant i trochę soków. Na pytanie, czy się bał, bermudzkim dziennikarzom odpowiada: "Nie bałem się. Mam dużą rodzinę i czułem, że wszyscy się za mnie modlą". Obiecał sobie, że jak wróci do domu, zmieni nazwę łodzi z "Lucyfera" na "Sofię" - imię jego żony.

>>>Polacy naprawiają brytyjskie statki

W końcu po trzech tygodniach mozolnego żeglowania i dryfowania Rutkowski dotarł na Bermudy, gdzie tubylcy sie nim zaopiekowali. Przygoda na szczęście skończyła się dobrze, a Polak jest cały i zdrowy. Nikogo za swoje perypetie nie obwinia. "Nie sądzę, że sprzedawca chciał mnie oszukać. Tak się stało. Po prostu nie przypuszczałem, że łódź może się tak szybko popsuć" - mówi. Mimo że wciąż twierdzi, iż dopłynąłby do Polski, na razie podróży kontynuować nie zamierza. Chce sprzedać łódź i wrócić do Wrocławia samolotem, już nawet znalazł chętnego na "Lucyfera".

>>>Ukradli mu jacht, którego nie było

Bermudzcy marynarze wyczyn Polaka podziwiają, choć mówią, że na przepłynięcie trasy z Tortoli na Bermudy wystarczą najwyżej dwa tygodnie.

ib
Źródło: dziennik.pl

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

Wiadomości z Kraju

    «