Upiorny rejs wrocławskiego taksówkarza
Znudzony życiem taksówkarz z Wrocławia znalazł w internecie ofertę sprzedaży jachtu w Tortoli na Karaibach, poleciał na miejsce, kupił żaglówkę i postanowił wrócić nią do Polski. Ale wyprawa zamieniła się w katastrofę. Już po kilku dniach żeglugi okazało się, że jacht nie jest sprawny. Polak przez trzy tygodnie dryfował po morzu, walcząc ze sztormami, brakiem jedzenia i samotnością.
- Trzech Polaków spłonęło na łodzi
- Uwaga! Nadciągają niszczycielskie wichury
- Austriacy ostrzelali polski jacht na Bałtyku
- Dziewięciu Polaków uratowanych u wybrzeży Sycylii
- Miał pływać, a tonie w długach
- Polski jacht zatonął koło Przylądka Horn
- Szabat zatrzymał "Pogorię"
- Sztorm na Bałtyku, polskie jachty uratowane
- Wyłowiono dziesiątą ofiarę białego szkwału
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Stanisław Rutkowski na Brytyjskie Wyspy Dziewicze (Karaiby) dotarł w lutym. Sfinalizował zakup upatrzonego w internecie jachtu o nieco niepokojącej nazwie "Lucyfer" i 25 lutego wypłynął z mocnym postanowieniem, aby przez Bermudy wrócić nim do Polski. "Zawsze podobały mi się Karaiby, miałem urlop i chciałem zrobić coś emocjonującego" - mówi taksówkarz najpopularniejszej bermudzkiej gazecie "The Royal Gazette".
No i emocje nadeszły. Już po kilku dniach okazało się jednak, że jacht jest nie sprawny. "Po 830 milach żeglugi wysiadł mi silnik i nawigacja. Zasilanie było bardzo słabe, a wręcz kompletnie przestało działać. Mogłem już używać tylko żagla. Jedyną rzeczą do nawigacji, jaka mi pozostała, był kompas" - opowiada Rutkowski.
>>>Dzielna Polka samotnie opływa świat
Ale to nie był koniec problemów - pogoda zaczęła się szybko pogarszać, aż przyszedł sztorm. I to niejeden. "Po drugim sztormie mój żagiel był kompletnie zniszczony. Miałem co prawda zapasowy, ale jak się okazało, do tej łodzi nie pasował" - mówi wrocławianin.
I wtedy zaczęła się walka z żywiołem. Kiedy padło zasilanie, przestał działać nie tylko system nawigacyjny, ale również m.in. oświetlenie łodzi, dlatego marynarz płyną tylko w dzień, a w nocy dryfował. Drogę wskazywał mu kompas. Po tygodniu żeglugi skończyły mu się zapasy jedzenia i picia, jedyne, co mu zostało, to suszony prowiant i trochę soków. Na pytanie, czy się bał, bermudzkim dziennikarzom odpowiada: "Nie bałem się. Mam dużą rodzinę i czułem, że wszyscy się za mnie modlą". Obiecał sobie, że jak wróci do domu, zmieni nazwę łodzi z "Lucyfera" na "Sofię" - imię jego żony.
>>>Polacy naprawiają brytyjskie statki
W końcu po trzech tygodniach mozolnego żeglowania i dryfowania Rutkowski dotarł na Bermudy, gdzie tubylcy sie nim zaopiekowali. Przygoda na szczęście skończyła się dobrze, a Polak jest cały i zdrowy. Nikogo za swoje perypetie nie obwinia. "Nie sądzę, że sprzedawca chciał mnie oszukać. Tak się stało. Po prostu nie przypuszczałem, że łódź może się tak szybko popsuć" - mówi. Mimo że wciąż twierdzi, iż dopłynąłby do Polski, na razie podróży kontynuować nie zamierza. Chce sprzedać łódź i wrócić do Wrocławia samolotem, już nawet znalazł chętnego na "Lucyfera".
>>>Ukradli mu jacht, którego nie było
Bermudzcy marynarze wyczyn Polaka podziwiają, choć mówią, że na przepłynięcie trasy z Tortoli na Bermudy wystarczą najwyżej dwa tygodnie.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!