Dziennik.plKraj

Wtorek, 29 maja 2012

Imieniny: Marii Magdaleny, Teodozji, Maksyma

Dałem się porwać talibom

2009-06-28 | Ostatnia aktualizacja: 19:40 | Komentarze: 0 | skomentuj

Gdy zza okna dobiegają serie z AK-47, a do sali z impetem wdziera się oddział zamaskowanych rebeliantów, dociera do mnie, że znalazłem się w pułapce. Talibowie, którzy na oślep biją kolbami swoich zakładników, szybko terroryzują całą grupę - relacjonuje nasz dziennikarz Jaromir Kamiński.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Początek kwietnia tego roku. W obskurnej sali siedzi piętnastu dziennikarzy. Wśród nich ja. Czekamy na spotkanie i wywiad z miejscowymi władzami oraz lokalnymi komendantami armii i policji afgańskiej. Międzynarodowe towarzystwo, znając panujące w Azji zasady, zgodnie z którymi na spotkanie umówione na 10 rano nikt nie przychodzi wcześniej niż o 10:30, komentuje ostatnie wydarzenia w Afganistanie. Nikt nie spodziewa się, że budynek jeszcze przed chwilą szczelnie obstawiony przez uzbrojonych afgańskich żołnierzy może wpaść w ręce talibów. Dopiero gdy zza okna dobiegają głośne serie z AK-47, a do sali z impetem wdziera się oddział zamaskowanych rebeliantów, dociera do mnie, że znalazłem się w pułapce. Talibom, którzy na oślep biją kolbami swoich zakładników, szybko udaje się sterroryzować całą grupę. Już po chwili wleką mnie na zewnątrz.

Zaskoczony tym, co się dzieje, próbowałem zachowywać spokój. Co bardziej doświadczeni korespondenci wiedzieli, że w takich sytuacjach lepiej nie próbować odgrywać roli bohatera, ponieważ można ściągnąć nieszczęście na resztę. Jeńców było aż nadto, więc talibowie część mogli zastrzelić. Choćby po to, by jeszcze bardziej sterroryzować pozostałych. W pierwszych chwilach najważniejsze było to, by przeżyć jak najdłużej. Jak się później dowiedzieliśmy: właśnie pierwsze godziny porwania są kluczowe dla dalszego losu zakładnika. Jeśli uda się przetrwać tę fazę, później może pojawić się choć nikły cień szansy na uwolnienie lub ucieczkę.

Z długimi lnianymi workami na głowach po kolei wyprowadzano nas przed odrapany piętrowy budynek. Wszystko odbyło się z charakterystyczną dla napastników nerwowością, która miała podsycić nasz strach. Nakręcić atmosferę.

Rzucono nas na ziemię i kazano klęczeć. Nic nie jestem w stanie dojrzeć, ale czuję lufę AK-47 na karku i słyszę, że moi współtowarzysze po kolei wrzucani są do wnętrz samochodów zaparkowanych przed budynkiem. Po chwili ktoś szarpie mnie za ramię i prowadzi w stronę jednego z pojazdów. Dostaję się do środka, o mało nie łamiąc sobie nóg. Nic nie widząc, ląduję na ciałach innych jeńców. Po chwili ruszamy. Jazda odbywa się w szaleńczym tempie, co chwila zakręcamy, mam wrażenie, że kierowca chce, byśmy stracili orientację w terenie. Samochód zatrzymuje się kilka razy, na każdym przystanku pozostawiając po dwóch jeńców. W końcu z samochodu wyrzucają i mnie. Teraz klęczę przed górą kamieni. Ktoś zrywa mi worek z głowy. "A teraz psie zginiesz. To miejsce, gdzie kończy się twoje życie" - ryczy jeden z porywaczy swoją łamaną angielszczyzną.

Przymierza się do strzału, ale ten nie pada, choć wciąż czuję lufę blisko głowy. Klasyczny sposób na złamanie psychiki porwanego. Podtrzymywanie ciągłego niepokoju i niepewności powoduje bierność. Człowiek zamienia się w poddającą się wszystkiemu bezbronną istotę.

Jaromir Kamiński
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

Wiadomości z Kraju

    «