Dziennik.plKraj

Wtorek, 29 maja 2012

Imieniny: Marii Magdaleny, Teodozji, Maksyma

Żywioły testem dla polityka

2009-07-05 | Ostatnia aktualizacja: 19:41 | Komentarze: 0 | skomentuj

Scenariusz zwykle ten sam: katastrofa, publiczna histeria i akcja ratunkowa. Każdy kataklizm jest egzaminem dla polityka: premiera, prezydenta, burmistrza - każdego, kto akurat sprawuje władzę na terenie dotkniętym tragedią. Nie ma żadnego kanonu, jak się na taki test przygotować, jak właściwie zareagować. Gdyby był, wielu mężów stanu oszczędziłoby sobie kompromitacji.

Pogoda

POLSKA

Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Wszyscy eksperci zapytani o najgorzej przeprowadzoną polityczną akcję wspierania regionu i ofiar dotkniętych klęską żywiołową jednym tchem wymieniają: huragan "Katrina" i opieszałość prezydenta George’a W. Busha. "Uderzyło mnie, jak Biały Dom był dalece nieprzygotowany na tę katastrofę. W końcu huragan jest najbardziej przewidywalnym z kataklizmów, można przecież niemal stuprocentowo określić, gdzie i z jaką mocą uderzy. I nie chodzi mi o złą akcję ratunkową, ale totalną wizerunkową kompromitację Busha" - mówi nam Casey A. Klofstad, ekspert od marketingu politycznego z uniwersytetu w Miami.

Jeszcze na dzień przed atakiem "Katriny" stacje telewizyjne ostrzegały wszystkich, że w Nowy Orlean uderzy wiatr najsilniejszy z możliwych, należący do najwyższej, piątej kategorii. Specjaliści od tematu przewidywali, że po żywiole ponad połowa miasta nie będzie nadawała się do ponownego zamieszkania. I chociaż w wybrzeże Luizjany uderzyła tylko "trójka" (przez noc "Katrina" osłabła o dwie kategorie), Bush zachowywał się, jakby wiadomość ta spadła na niego nagle jak grom. "Ludzie tonęli, umierali z wycieńczenia, a oni nawet nie ruszyli tyłka. Prezydent wstał rano jak gdyby nigdy nic i poszedł na ryby, książkę czytać czy coś tam" - żalił się nam, wspominając te tragiczne dni, Milton Bienvenue, właściciel agencji turystycznej z Nowego Orleanu. I rzeczywiście. Bush z początku w ogóle nie zmienił swojego grafika. Nikt z jego ekipy nie zatroszczył się o wyważoną reakcję na potrzeby mediów i opinii publicznej. Co więcej, przez długi czas prezydent zdawał się nie rozumieć, co się dookoła dzieje, że tak naprawdę Amerykę nawiedził największy kataklizm od prawie stu lat, czyli od trzęsienia ziemi w San Francisco w 1906 r. Wszystko, co Bush zrobił potem albo co ewentualnie mógł zrobić, nie miało już znaczenia. Pozostało wrażenie z pierwszych dni - totalnej bezradności.

Teatr zamiast tsunami

"Nie ma żadnego spisanego protokołu, jak powinien zachować się mąż stanu w czasie katastrofy, żadnych gotowych scenariuszy. Ale są dwie kardynalne zasady. Po pierwsze, tak jak na pokładzie samolotu czy statku w razie wypadku to kapitan schodzi ostatni, tak głowa państwa czy szef rządu muszą być pierwsi blisko poszkodowanych. Dobry przykład dali tu ostatnio i Lech Kaczyński, i Donald Tusk po pożarze w Kamieniu Pomorskim" - mówi dr Olgierd Annusewicz z Instytutu Nauk Politycznych UW. Z tej zasady egzamin oblali Szwedzi, kiedy 26 grudnia 2004 r. mordercza fala tsunami uderzyła w kurorty Azji południowo-wschodniej. Co prawda zdarzyło się to daleko od Półwyspu Skandynawskiego, ale akurat wielu zamożnych Europejczyków spędzało Boże Narodzenie na plażach Oceanu Indyjskiego. W tragedii zginęło ponad 500 Szwedów. Tymczasem rząd w Sztokholmie, zamiast rzucić się od razu w wir akcji ratunkowej, nie znając jeszcze skali kataklizmu, i ewentualnie dmuchać na zimne, po prostu czekał na więcej informacji. Rekordy opieszałości i nieodpowiedzialności pobiła wówczas minister spraw zagranicznych Laila Freivalds, która jak gdyby nigdy nic udała się feralnego wieczoru do teatru. "Mam taki zwyczaj, że nie słucham wiadomości, kiedy nie jestem w pracy" - powiedziała potem dziennikarzom. To ją zgubiło.

Drugą kardynalną zasadą właściwego reagowania na katastrofę naturalną według dr. Annusewicza jest uruchomienie wszelkich możliwych środków na pomoc ofiarom. "Proszę sobie wyobrazić sytuację, że ktoś ulega wypadkowi. Wówczas wszyscy członkowie rodziny mobilizują się, także finansowo, nawet jeśli to jest ponad ich siły. Podobnie mąż stanu. Nie może dopuścić do sytuacji, w której zarzuci się mu skąpstwo" - dodaje politolog.

Takie skojarzenia pojawiły się po słynnych słowach Włodzimierza Cimoszewicza, który latem 1997 r. odesłał powodzian z kwitkiem, przypominając im tylko, że trzeba się było ubezpieczać. Byłemu premierowi do dziś wypomina się tę gafę. Kila miesięcy temu próbował tłumaczyć się na łamach "Przekroju", że owszem, natura prawnicza kazała mu wtedy powiedzieć, że bez polisy ubezpieczeniowej odszkodowań nie będzie, ale że od razu dodał, iż rząd wykorzysta wszystkie środki, którymi dysponuje.

Radosław Korzycki
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

Wiadomości z Kraju

    «