Gombrowicz: To był związek szacunku, nie miłości
A francuscy znajomi?
Regularnie przyjeżdżał do nas Dominique De Roux, młody redaktor wysłany z Paryża, żeby przeprowadzić wywiad rzekę z Gombrowiczem. Dominique miał dużo kontaktów wydawniczych w Paryżu i
bardzo się starał rozsławić Witolda we Francji. "Przewodnik po filozofii w 6 godzin i kwadrans" to był jego pomysł. Był mniej więcej w moim wieku. Mariano Betelu,
największy młody argentyński przyjaciel Gombrowicza, pisał do niego co tydzień przez cały okres pobytu w Vence - Gombrowicz płacił mu za studia i uwielbiał go. Ale spośród Argentyńczyków
przyjechał tylko sławny pisarz Ernesto Sabato.
Czy SB interesowało się nim we Francji?
O ile wiem, nie, w każdym razie nic nie znaleźliśmy w archiwach. Ale na pewno interesowało się nim w Berlinie. Dziś wiemy, że Barbara Witek-Swinarska, która przeprowadziła z nim wywiad i na
jego podstawie napisała złośliwy felieton, przez który Witold stał się przedmiotem nagonki w Polsce, pracowała dla SB. Witold spędził po tym dwa miesiące w szpitalu i o mało co nie
przypłacił tego życiem.
A pani kiedy poznała Gombrowicza?
W opactwie Royaumont pod Paryżem w maju 1964 roku. Przyjechał tam po powrocie ze stypendium Fundacji Forda w Berlinie. Nie wyglądał na pisarza, był bardzo opalony, nosił lniany garnitur.
Wydawał się całkiem młody. Ja próbowałam w tym czasie skończyć doktorat o Colette i mój profesor, który uważał, że nie przykładam się wystarczająco, wysłał mnie do Royaumont,
czegoś w rodzaju domu pracy twórczej dla studentów, pisarzy i naukowców. Wszyscy obecni tam młodzi ludzie bardzo polubili Witolda. Jedliśmy przy jednym stole, a on zachowywał się nieznośnie
- dyskutował z lewicowymi intelektualistami, którzy popierali komunizm, aż stał się prawdziwym enfant terrible.
Miał swoje rytuały?
W parku siadał zawsze na tej samej ławce i czasem dosiadałam się do niego. Czasem jeździłam konno niedaleko Royaumont, a on mi mówił, że to głupi sport, bo idiotycznie jest siadać na
grzbiecie innego zwierzęcia, żeby galopować. Kiedy poznaliśmy się lepiej, pewnego dnia zapytał mnie przy wszystkich, czy nie wyjechałabym z nim na południe, bo chciałby wypocząć przed
powrotem do Argentyny. Był pewien, że wróci do Argentyny, i to za parę miesięcy.
Co pani na to?
Nigdy w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby z nim zamieszkać, ale po zastanowieniu, zgodziłam się. Miałam dwie walizki, tak jak on, mogłam wyjechać, kiedy chciałam. No i potrzebowałam
spokoju, żeby wreszcie skończyć ten doktorat. Witold powiedział mi co prawda: "Zmień temat z Colette na mnie, a napiszę ci go w dwa tygodnie". Przeniosłam papiery z Sorbony
na Uniwersytet Aix-en-Provence i Nicei. Pojechaliśmy na południe, zorganizowaliśmy życie rodzinne, Witold wyleczył wrzód żołądka, a ja obroniłam się w maju ’68, podczas zamieszek
studenckich. Gdyby moje życie potoczyło się normalnym trybem, wróciłabym pewnie do Quebeku i zarabiałabym jako nauczycielka akademicka.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!