Dzieci prezydentów mają najgorzej
Przy okazji ostatniej wizyty Baracka Obamy w Europie, newsem, który konkurował w serwisach informacyjnych z negocjacjami w kwestii tarczy antyrakietowej, były odwiedziny w słynnej rzymskiej lodziarni Giolitti. Nie amerykańskiego prezydenta jednak, ale jego córek, które własnoręcznie ukręciły tam lody o smaku jeżynowym i bananowym.
- Klub pierwszych dzieci USA
- W latach 60. córki Obamy nie miałyby łatwo
- Pierwszy Pies wreszcie w Białym Domu
- "Prezydent? Stawiamy na Kwaśniewską"
- Bill Clinton odsłonił swój pomnik
- Michelle Obama przebrała się za kocicę
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
11-letnia Malia i 8-letnia Sasha w ostatnich miesiącach wielokrotnie gościły na czołówkach gazet. A to przy okazji kinderbalu urządzanego w Białym Domu przez ich mamę, a to decyzji o wyborze szkoły dla nich, a to poszukiwania przez agencje mody małych modelek podobnych do sióstr Obama. Gdy zaś ich tata przygotowywał się do spełnienia pierwszej - i jak komentują złośliwi, jedynej dotąd - przedwyborczej obietnicy, czyli przygarnięcia psa, przez Amerykę przetoczyła się gorąca dyskusja na temat jego rasy (stanęło na portugalskim psie wodnym) i tego, czy będzie on odpowiednim towarzyszem dla dziewczynek.
"Pierwsze dzieci", jak się je nazywa, stały się nie tylko ulubionym tematem mediów, lecz także narzędziem marketingu politycznego swoich rodziców.
Po pierwsze nie mówić
Strategie są dwie. Pierwsza, stosowana właśnie przez Michelle Obamę, przypomina trochę reality show. Dziennikarze na bieżąco śledzą, co dzieje się w życiu Malii i Sashy, a fotograf towarzyszy im nie tylko przy okazji uroczystości państwowych, lecz także na co dzień. W podobny sposób postępowali już wcześniej prezydenci Johnson i Nixon, którzy wpuścili kamery na śluby swoich córek.
Druga - zupełnie odwrotna strategia ukrywania prezydenckiego dziecka przed światem sprawdzała się w przypadku córki Billa i Hillary Clintonów. Co prawda media plotkarskie z miejsca ochrzciły Chelsea najbrzydszą nastolatką Ameryki i z racji fryzury nazywały ją pudlem, ale to w dużym stopniu dlatego, że niewiele więcej mogły powiedzieć o dziewczynie.
Trzymanie Chelsea latami z dala od błysku fleszy nie przeszkodziło jednak jej rodzicom w wykorzystaniu córki, gdy reputacja Billa Clintona zawisła na włosku. "Ludzie już zawsze będą pamiętać słynną konferencję prasową, podczas której Bill spowiadał się ze skandalu z Monicą Lewinski, a przy nim stały, przełykając gorzką pigułkę, Hillary i Chelsea. Potem cała rodzina pozowała fotoreporterom: Chelsea trzymała wtedy za ręce matkę i ojca. Ten gest w dużym stopniu uratował polityczną karierę Clintona" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM doktor Rona M. Fields, psycholog z Waszyngtonu.
Dziś dzieci nie tylko ratują polityczną karierę, ale w ogóle ją umożliwiają. Polityk, pokazując na każdym kroku, że jest dobrym ojcem, może wykorzystywać to jako dowód, że świetnie rozumie problemy swoich wyborców. Działa też zależność, którą psychologowie nazywają "efektem aureoli": to podświadome przekonanie, że jeśli ktoś jest dobrym ojcem rodziny, nadaje się również na ojca narodu.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!