Ale dzisiejsze gwiazdy kolejnych teleturniejów i reality show są naprawdę dziwne. Pisząc "dziwne", nie mam na myśli artystów ubierających się w lateksowe żyrandole, jak Lady GaGa, czy lubiących zażyć sobie to i owo równie beztrosko jak inni wodę mineralną - patrz Amy Winehouse. Raczej kategorię ludzi, z którymi coś ewidentnie nie jest w porządku, choć do końca nie wiadomo co, którzy, delikatnie mówiąc, odrobinę nad sobą nie panują. Podejrzewam, że ludzie ci pełnią tę samą rolę, którą kiedyś pełnili oglądani przez tłumy mieszczan w wesołych miasteczkach Człowiek-Słoń i Kobieta z Brodą. Czym innym tłumaczyć gigantyczne zainteresowanie choćby Susan Boyle. U nas taką rolę spełnia od jakiegoś czasu Violetta Villas, kobieta, której problemy i tragedie stanowią pożywkę dla "Faktu" i "Super Expressu" już od paru lat.

Kilkadziesiąt lat temu, w zupełnie innej czasoprzestrzeni, Villas na pewno była wielką piosenkarką. Jako jedyna Polka wjeżdżała na scenę w Las Vegas jaguarem i z głęboką pogardą dla kloacznej, socjalistycznej rzeczywistości próbowała przeforsować cały ten ultrakiczowaty splendor w Polsce. Szanuję ją za to do dziś. Aby wejść na ten poziom przegiętego rozmachu, potrzeba ogromnej odwagi, zwłaszcza w kraju, w którym oficjalna kultura pop miała być z założenia szara i zgrzebna, a wielkie kontrowersje budził kożuch Niemena czy pseudohippisowska opaska Rodowicz. Dzisiaj jednak większe zainteresowanie od piosenek wzbudzają jej osobiste tragedie, przypominający horror splot wydarzeń, w który zaangażowany jest syn, opiekunka i cała sieć żerujących na gwieździe menedżerów i dziennikarzy.

Na fali tych tragedii właśnie obwieszczono, nie wiadomo po raz który, comeback Villas z nowym materiałem współtworzonym przez Michała Wiśniewskiego. W projekcie ma swój udział też telewizyjna caryca Nina Terentiew. Piosenkarka podobno dostała już zaliczkę na nowy album, chociaż jej kwota - cztery tysiące złotych - w tym przypadku brzmi raczej jak smutny żart. Smutnym żartem będzie również cały planowany powrót, o ile w ogóle dojdzie do skutku. Zapowiadał go już poprzedni menedżer Villas, który wbrew woli jej rodziny wydostał ją ze szpitala psychiatrycznego i, jak się okazało, zanim zajął się karierą swej podopiecznej, był jakimś cwaniakiem zajmującym się handlem złomem.


Powrót będzie smutny, bo tak naprawdę nie będzie zmartwychwstaniem piosenkarki i rewelacyjnym powrotem do formy. Niestety, dziś z dawnej świetności zostały resztki (jej koncerty składają się ostatnio z paru piosenek i godziny nawiedzonych monologów o całunie turyńskim), a ona sama, zrośnięta ze swoimi sukniami i perłami, wygląda jak karykatura samej siebie. I nawet jeśli zagra kolejną serię koncertów, to raczej przypominać będą smutny objazd pokazu dziwactw.

Bardzo szkoda mi Violetty Villas, która powinna raczej przebywać pod opieką kogoś życzliwego i spokojnie się starzeć, niż zgadzać się na propozycje Wiśniewskiego, które prawdopodobnie skończą się katastrofą. Ale żal mi też animatorów jej comebacku, ponieważ pakując się w niego, ponoszą duże ryzyko - rozdźwięk pomiędzy poszczególnymi działaniami i wypowiedziami Villas bywa przerażający. Nie wiadomo, jaki numer swoim opiekunom wywinie piosenkarka, która z jednej strony chce pomagać zwierzętom, z drugiej strony woli, aby sto pięćdziesiąt wygłodzonych psów zaczęło zżerać się nawzajem, niż oddać je do innych schronisk. Z pasją prawdziwej dewotki głosi katolickie wartości i cały czas mówi o dobru i wybaczaniu, z drugiej strony publicznie wyrzeka się własnego syna. Mówi, że chce, aby media i pismaki zostawiły ją w spokoju, ale udziela wypowiedzi za wypowiedzią do "Faktu" oraz występuje w "Jak oni śpiewają". Jak widać, cała sprawa jest ryzykowna i dwuznaczna. Zapewne tylko sam Wiśniewski zna odpowiedź na pytanie, czy chodzi mu o kolejną medialną kołomyję wokół własnej osoby, czy o rzeczywistą pomoc dla schorowanej piosenkarki. Dwie rzeczy są pewne: po pierwsze Violetta Villas nie wchodzi do tej zabawy jako uwielbiana, piękna diwa z Las Vegas z garderobą pełną balowych sukien. Po drugie zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.