Fajnie być celebrytą?
Michał Witkowski: Przede wszystkim czuję się pisarzem, ale celebrytą trochę też.

No więc?
Bycie celebrytą nie jest mi ani obce, ani przykre. To całe pomieszanie obrzydzenia i fascynacji światem polskich gwiazd, klubów, modnych miejsc, Warszawką... Tak jak Waldek, bohater mojej powieści "Margot", kocham to i jednocześnie tego nie cierpię. Świetny punkt wyjścia dla pisarza. Pamiętam, jak profesor Przemysław Czapliński prowadził spotkanie ze mną w Poznaniu. Powiedziałem coś o Kubie Wojewódzkim, a profesor z miną starego inteligenta spytał: "A któż to taki?". Wtedy stwierdziłem, że jeśli napiszę książkę, której bohaterami będą postaci w stylu Kuby Wojewódzkiego i Dody, to krytycy już tego nie zaakceptują. Ale co mnie to obchodzi.

Chce pan być jak Grochola, tylko dla pokolenia wychowanego na Pudelku?
Nie, chciałem ożenić atrakcyjną akcję i temat z ambitnym wykonaniem. W Polsce istnieje porozumienie między pisarzem i krytykiem. Czytelnik to zło konieczne, zawalidroga. "Ambitny" pisarz tworzy dla nagród, elit. A potem jedzie na spotkanie autorskie w małym mieście, zasiada w bibliotece z typowymi "pożeraczami fabuł", którzy chcą po prostu wiedzieć, czy jest morderstwo i wielka miłość, czy nie.

Gdzie to ambitne wykonanie?
Jeśli mamy tu język tabloidów i Pudelków, to jest to staranna stylizacja, chciałem oddać ten śmietnik, którym jesteśmy karmieni. Proszę posłuchać, jak mówią celebryci w programach typu reality show: wypierdziście, zajebioza...

Ta książka kosztowała mnie najwięcej trudu ze wszystkich. Przez pierwsze półtora roku w ogóle nie chciała wychodzić. Przez kolejne półtora roku rozwinęła się do ośmiuset stron i musiałem ją oczyścić do stu.


Ma pan parcie na szkło jak Waldemar?
Nigdy nie powiem, że nie chcę mieć wywiadów, bo po wywiadzie w "Vivie" miałem bardzo dużo seksu, co od czasu gdy utyłem, rzadko mi się zdarza. To dzięki pojawianiu się w masowych mediach dostaję mejle w stylu: "Chcę się z tobą kochać, chcę cię dotknąć, chcę cię zjeść!". To łechce. Chyba rozminąłem się z powołaniem i powinienem robić w show-biznesie. Tłum czytelników to w końcu nie to samo, co tłum fanów na lotnisku na Bemowie. Ten śmieszny światek uzależnia jak narkotyk. Gdyby Waldemar miał wrócić do Rudki, czułby się fatalnie.

Pan też, gdyby miał wrócić do Wrocławia?
Aż tak bym tego nie przekładał. Wrocław to nie Rudka (śmiech).

Znowu porusza pan temat homoseksualny. To pewna droga do prowokacji, pójście na łatwiznę.
Zakochałem się w lesbijkach. Ale takich w stylu butch, ostrych, męskich, które interesują się czołgami i bronią maszynową. W powieści występują dwie: Kapral i Czarna Greta. Była taka knajpa w Krakowie Pod Ptaszylem, gdzie podobne kobiety przesiadywały i piły wódkę. Pamiętam też, jak przychodziły takie łyse jak skini do wrocławskiego klubu Scena. Każda z nich miała taką długowłosą utlenioną blondynę, typową tipsiarę, która nie miała głosu. Klepały je w tyłek, gwizdały, uruchamiały wszystkie seksistowskie zachowania. Literatura lubi takie kawałki.

Wróćmy do "Margot".
Zaczęło się od tego, że we Francji na parkingu zobaczyłem sklepik, w którym można było kupić takie tabliczki z imionami i ksywami do wystawienia w tirze za przednią szybą. Wpadły mi w oko dwie nazwy żeńskie: Margot i Greta. A że doskonale pamiętałem film "Królowa Margot" oraz powieść Dumasa, to na mnie podziałało. Tak powstał pomysł na pierwszą część powieści poświęconą jeżdżącej tirem Margot. Poza tym od dawna chodziła za mną powieść oparta na motywie przemian, metamorfoz. Jak to się dzieje, że ktoś, kto ma powierzchowność słodkiego misia, nagle zmienia się w bandytę. Jak chłopak ze wsi przeistacza się w celebrytę, a w spokojnego kierowcę tira w nocy wstępuje diabeł... I ożenić to z literaturą popularną, z wartką akcją a la Dumas!


No i wracamy do Waldka.
W jakiejś gazecie przeczytałem, że Jola Rutowicz dostanie w swoim rodzinnym mieście pałac. Niby że Warszawa jej nie chce, ale za to jakiś tam Piotrków obdaruje taką rezydencją. To było coś. Wtedy właśnie moja Margot utknęła na parkingu i nie bardzo wiedziałem, co ma dalej robić. I doznałem olśnienia: niech ona spotka takiego supercelebrytę, który wrócił na swoją wieś. Niech on opowie nam swoją historię! Wtedy ruszyło z kopyta, bo o ile dosyć trudno mi znaleźć w sobie kierowcę tira, o tyle łatwiej utożsamić się z Waldim.

Bo jak Waldek bawi się pan na imprezach z Dodą?
To pomogło, ale takie imprezy potrafią być męczące. Każdy opowiada, co u niego słychać. Nawet jak się nic nie dzieje, bo do tego nie wolno się przyznać. Są takie osoby, które za każdym razem gratulują mi kolejnej świetnej książki. Nawet jeśli nic nowego nie napisałem. Kiedy przyjechałem do Warszawy, czasami czułem się jak bohater "Ojca Goriot" Balzaka. Wiedziałem, że muszę zdobyć to miasto, które jawiło się jako olbrzymia impreza wypełniona intrygami, znajomościami, łóżkami. Potem okazało się, że w sumie wystarczy skupić się na dobrym pisaniu, reszta przyjdzie sama.

Nie wierzę.
Dziś na kluby na szczęście jestem już za stary. Bardzo tę "starość" sobie cenię. Zamiast ćpać w Utopii - piszę, spaceruję, czytam. To jest OK.

W mojej powieści jest postać starzejącej się gwiazdy. To autentyczna osoba, ale nie powiem kto, boby mnie zabiła. Spędziłem trochę czasu z nią i obserwowałem, jak wyglądają spory w tym świecie. Nawet starzejące się i niezbyt już popularne gwiazdy ciągle spierają się o to, która lepsza, która którą kopiuje, która z komuchami, a która nie. To wszystko było fascynujące i śmieszne. Wziąłem trochę z tabloidów, trochę z własnego doświadczenia.

Czyta pan "Fakt"?
Regularnie czytam tylko Pudelka. Jest taka scena w "Złym wychowaniu" Pedro Almodovara, kiedy bohater - scenarzysta, wycina sobie durne doniesienia z tabloidów i wkleja do zeszytu jako pomysły na filmy. Ja tak znalazłem info, że wokół jeziora tańczą gołe nimfy. Oczywiście nocami. Aby zrobić to zdjęcie, musieli przecież zrobić cały casting na te nimfy. Poraziła mnie też kiedyś informacja, która znalazła się w "Lubiewie", że "Jandzie wybuchł w twarz piekarnik".


Jak pan trafił do Warszawki?
Po ukazaniu się "Lubiewa". Mieszkałem jeszcze we Wrocławiu, ale już stałem się celebrytą. Jechałem pociągiem i obca kobieta spytała, czy to ja jestem ten Witkowski. Powiedziałem, że nie. Ona na to, że oprawki okularów i T-shirt są jej znane. Zrozumiałem, że moje ciało i wiszące na nim dodatki, włosy, zęby, plamki, okulary - wszystko to jest bardzo dokładnie publicznie obejrzane. Chyłkiem przekradłem się do innego przedziału.

Idzie pan na imprezę, gdzie kręcą się te polskie gwiazdy, i Jola Rutowicz pyta: "Co u ciebie?", a pan odpowiada: "Przeczytałem książkę"?
Nie, nie mówię tego, przecież nie jestem taki głupi. Z drugiej strony nic, co głupie, nie jest mi obce. Można wchodzić na Pudelka i śmiać się z tego, że znaleźli pryszcza na nosie Dody, i jednocześnie czytać ambitną literaturę. A ja lubię mieć kontakt z ludźmi prostymi. Zbierając materiały do pierwszej części powieści, jeździłem tirami. Kierowcy nie mieli pojęcia, kim jestem. Myśleli, że kolejny rodak wybiera się na budowę do Szwecji. Mówili: idź się ucz, do zawodówki ślusarskiej chociaż, bo inaczej źle skończysz.

Jak pan odnajduje się w takich środowiskach?
Dobrze, bo ja nie jestem inteligentem. Bycie inteligentem ograniczałoby mi ogląd świata tylko do półek z książkami. A ja muszę się wczuwać we wszystkich bohaterów. Jedyne, co mam z inteligenta, to nawyk czytania. Codziennie pochłaniam jedną książkę. Pierwsze moje zderzenie z medialnością miało miejsce już w 1988 roku, gdy wygrałem konkurs w "Teleranku". Pojechałem do studia telewizyjnego przy Woronicza, mając 13 lat, i poczułem, że to musi trwać dalej. Nie wiedziałem jeszcze, że trzeba się nauczyć patrzeć na siebie z boku. Oceniać własną sylwetkę, wciągać brzuch, ustawiać się odpowiednim profilem.

Teraz już pan wie, którym profilem trzeba się ustawić?
No wiem, ale nie to jest najciekawsze, a fakt, że jako celebryta możesz być skończenie głupi, a i tak jesteś mądry. A co ci ludzie mają do powiedzenia? Zazwyczaj nic. Ale uważają się za ważnych, bo nawet największą bzdurą z ich życia interesują się media. I to ich wzrastanie we własnych oczach jest świetną pożywką dla literatury. Celebrytów w ogóle się nie ceni, są po prostu znani, aby móc wieszać na nich psy. Wciąż wierzymy Marii Janion czy Zygmuntowi Baumanowi.


Pięknie zaraził się pan tym warszawskim snobizmem.
Trochę się zaraziłem. Czasami się łapię na tym, że chciałbym mieszkać w Wilanów One. W Warszawie jest tyle snobizmów co ludzi. Ale wszystko takie rosyjskie, ociekające złotem. Choć z drugiej strony próbujemy kopiować mechanizmy amerykańskie. Byłem na premierze "Wojny polsko-ruskiej". I oczywiście pojawił się czerwony dywan. Mniejszy i brudniejszy niż na Zachodzie, ale jednak. I nasze gwiazdy w okropnych różowych sukniach. Producent palił cygaro, podjeżdżało się otwartymi samochodami. Kiedyś nikomu nie przyszłoby do głowy rozwijać dywanu na premierze Konwickiego czy Wajdy.

Na okładce będę miał zdjęcie w moim jedynym celebryckim mundurku - błyszczącym stroju od Lagerfelda, który sobie kupiłem za 4 tysiące. Nie po trzeźwemu zresztą. I z medialnym irokezem.