"Żłopał benzynę, a gdy przypalał papierosa, jego włosy natychmiast stawały w płomieniach" - tak pobyt w wojsku z miliarderem Romanem Abramowiczem wspominał rosyjski artysta Konstantin Szamanow. Na początku lat 90. drogi kumpli z wojska się rozeszły. Konstantin zaczął handlować czym popadnie na moskiewskich bazarach. Jego brat Jurij pełnił służbę w tajnym rosyjskim laboratorium badań kosmicznych.

Kilka lat temu bliźniacy założyli artystyczny kolektyw - Kameleon. Wystawiali w Moskwie, Magnitogorsku i Tambowie. Po sukcesach w kraju postanowili podbić Wielką Brytanię, swoją wystawę w lipcu otworzyli w londyńskiej galerii Orel Art. Na "Good News" pokazali m.in. szkice przedstawiające misia Trojana - rosyjskiego brata bliźniaka Puchatka, czy pracę zatytułowaną "Study for a Flower Satellite" pokazującą gigantycznych rozmiarów białą dziką różę z dorysowaną kopią projektu wieży, jaką Władimir Tatlin planował postawić w Moskwie lub Petersburgu ku chwale trzeciej Międzynarodówki.

Kilka dni po wernisażu wyszło na jaw, że Konstantin i Jurij nigdy nie istnieli, a cała ich biografia została zmyślona. Rosyjskich twórców udawali Jack i Dinos Chapmanowie. Nie urodzili się w Smoleńsku w 1961 roku, ale w Wielkiej Brytanii. To tu od połowy lat 90. należą do artystycznej elity, pracowali jako asystenci Gilberta i George’a, a w 2003 roku zostali nominowani do Nagrody Turnera.

Ale nie sama historia mistyfikacji jest najciekawsza, tylko łatwość, z jaką dał się na nią nabrać londyński światek sztuki. Klucz do swojej akcji Chapmanowie zawarli już w nazwisku Shamanow. "Sham" to po angielsku oszustwo, blaga, podróbka. Krytycy nie pofatygowali się, by sprawdzić, czy informacje podawane przez galerię są prawdziwe, czy Konstantin i Jurij to rzeczywiście najważniejsi rosyjscy twórcy konceptualni. "Szamanowów nie można znaleźć w internecie, nie można kupić nigdzie ich prac. Ale nikt głośno tego nie mówił" - opowiada w rozmowie z DZIENNIKIEM Veronika Tretyakova, kuratorka wystawy w Orel Art Gallery i współautorka mistyfikacji. "Wymyśleni artyści stali się dla londyńskiego środowiska intrygującymi postaciami: mają fascynującą biografię, są egzotyczni, a o rosyjskiej sztuce mało się mówi" - podkreśla. W tym tkwi sedno mistyfikacji - żart i drwina to najlepszy sposób na zdystansowanie się od wyjątkowo poważnego i hermetycznego świata sztuki współczesnej. Ale też satyra na intelektualne lenistwo współczesnych odbiorców kultury, którzy bezgranicznie wierzą, że to, co oferują im galerie, wydawnictwa książkowe czy płytowe musi mieć jakąś wartość. Nie po raz pierwszy jedni artyści śmieją się z innych.


Gdy w 1964 roku pokazano w Goeteborgu cztery obrazy mało znanego Pierre’a Brassau - awangardowego malarza z Francji - krytycy ogłosili objawienie niezwykłego talentu. Ralf Anderberg z dziennika "Posten" pisał: "Brassau maluje mocnymi, gwałtownymi ruchami. Pociągnięcia pędzlem są szalone i wysmakowane. A jednak Pierre to artysta, który tworzy z delikatnością właściwą baletnicy". Tylko że wysmakowane pociągnięcia wykonał nie francuski mistrz pędzla, a czteroletni szympans o imieniu Peter.

"Światek współczesnej sztuki to złożone i budzące wiele wątpliwości środowisko, którego głównym motorem są pieniądze i krótkotrwały status celebryty. Zdaje mi się, że ludzie z tego świata zapomnieli, że tym, co czyni artystę naprawdę intrygującym, jest jego talent, warsztat i wirtuozeria" - mówi DZIENNIKOWI szkocki pisarz William Boyd, który stoi za największą mistyfikacją w świecie sztuki lat 90. W 1998 roku wydał biografię "Nat Tate: An American Artist 1928 - 1960". Imię i nazwisko swojego zmyślonego bohatera złożył z nazw dwóch londyńskich muzeów - National Gallery i Tate. Boyd osobiście namalował obrazy, które ilustrowały biografię Tate’a. Ten zaś miał być biedakiem i sierotą, który przypadkiem zaprzyjaźnił się z Picassem i Braque’em. Boyd pisał o nim jako kochanku Peggy Guggenheim, który w wieku 31 lat popełnił samobójstwo, skacząc z rufy statku. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Przed śmiercią Tate miał zniszczyć wszystkie swoje prace, zachowały się jedynie te, które podarował przyjaciołom. Boyd do swojej akcji zaangażował wybitnego amerykańskiego pisarza Gore’a Vidala oraz Davida Bowiego.

Pierwszy przedstawiał się jako znajomy artysty. Na wernisażu mówił o nim: "Był pełen wyniosłości i zawsze pijany, nigdy nie miał nic do powiedzenia". Bowie zaś wydał biografię w swojej oficynie "21 Publishing". Efekt? "Ludzie ze świata sztuki przypomnieli sobie nagle o artyście. Cała akcja okazała się świetną zabawą" - mówi William Boyd.

Za największego i najlepszego mistyfikatora w tej dziedzinie należy uznać Hana van Meegerena, holenderskiego malarza, któremu nigdy nie udało się odnieść sukcesu pod własnym nazwiskiem. Pogardzany przez krytyków postanowił zemścić się na nich - stworzyć dzieło, które bez najmniejszych wątpliwości przypisaliby Janowi Vermeerowi. Tak powstali "Uczniowie z Emaus". To nie było klasyczne fałszerstwo, bo obraz nie był kopią istniejącego działa, a rzekomo zaginioną i cudem odnaleziona pracą mistrza.


To, co miało być jednorazowym wyskokiem, stało się jednak stałym zajęciem Meegerena i jego sposobem na życie. Gdy "Uczniowie" zostali uznani za oryginał przez wybitnego znawcę malarstwa holenderskiego - Abrahama Brediusa - Meegeren postanowił poświęcić się fałszerstwu. Ile podróbek stworzył, tego dokładnie nie wiadomo. Po latach dzięki nowoczesnym technikom odkryto sześć z jego Vermeerów. Ale do dziś podejrzewa się, że to jego ręka namalowała również obrazy, które w dalszym ciągu znajdują się w kolekcji National Gallery of Art w Waszyngtonie czy Musee des Beaux-Arts w Lille. Meegeren wpadł w 1947 roku, nie podejrzewano go jednak o fałszerstwo, a kolaborację z hitlerowcami i sprzedaż cennych dzieł sztuki Hermanowi Goeringowi. Malarz, aby ratować swoją skórę, sam przyznał się do fałszerstw. Został skazany na rok więzienia, ale publiczność zgromadzona na sali rozpraw to jemu, a nie sędziom zgotowała długą owację. Dla nich był geniuszem idealnej artystycznej mistyfikacji.

Przy Meegerenie dzisiejsze oszustwa serwowane przez artystów wyglądają dość blado. Ale też służyć mają innym celom. Polska performerka, autorka instalacji i fotografii Zuzanna Janin, ogłaszając w prasie własną śmierć, zainspirowała się pomysłem Gideona Gechtmana z lat 70. Ale w swej mistyfikacji poszła jeszcze dalej. Zimą 2003 roku w gazetach zaroiło się od nekrologów informujących o odejściu Zuzanny Janin. Artystka zmarła młodo, jeszcze przed czterdziestką. Pogrążona w żałobie rodzina informowała o jej pogrzebie. Na ceremonię zjechali się nie tylko bliscy artystki, ale i wielu ludzi ze świata sztuki. Wśród tłumu żałobników przemykała niepostrzeżenie sama artystka w peruce i ciemnych okularach. Zobaczyła własną śmierć. I jako ostatnia - wstrząśnięta - odeszła z miejsca pochówku. Po ujawnieniu mistyfikacji, o której wiedzieli tylko najbliżsi, w środowisku sztuki zawrzało. "Niektórzy byli bardzo zszokowani. Do dziś nie wiem, czym dokładnie. Czy trudnym tematem, nieoswojeniem ze śmiercią, czy może nieznajomością procesu tworzenia dzieła sztuki" - mówi DZIENNIKOWI Janin. "W końcu niemal cała współczesna sztuka, która dziś może pozwolić sobie na prawie wszystko, jest pewnego rodzaju mistyfikacją. Nawet Zuzanna Janin nie istnieje naprawdę. Do publicznej wiadomości podaje cztery różne daty urodzenia. Żadna z nich nie jest prawdziwa".