"Nie jestem tylko brzuchem do wynajęcia"
Któregoś dnia przyszłam do domu, podeszła do mnie starsza córka i pyta: co się dzieje? Powiedziałam jej, że bardzo tęsknię za dzieckiem. A ona na to: mamusiu, to walcz o nie! Młodsza, 5-letnia, głaskała mnie po brzuchu i pytała, gdzie jest braciszek. Wtedy podjęłam ostateczną decyzję, że przed niczym się nie cofnę - mówi DZIENNIKOWI Beata Grzybowska.
- Wynajęła brzuch. Będzie walczyć o dziecko
- Matka zastępcza może odzyskać dziecko
- Rusza walka o dziecko urodzone na zlecenie
- Wynajęcie matki zastępczej to handel ludźmi
- Adopcja nie tylko dla małżeństw
- Urodziła syna koleżance w ramach przysługi
- Położne zwlekały. Dziecko spadło na podłogę
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 0°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Katarzyna Świerczyńska: Jest pani matką cudzego dziecka?
Beata Grzybowska: Nie jestem matką cudzego dziecka, to mój syn, to ja przez dziewięć miesięcy nosiłam go pod swoim sercem.
Ale genetycznie ten chłopiec nie ma z panią nic wspólnego.
Jakie to ma znaczenie?
Dlaczego zdecydowała się pani zostać matką zastępczą?
Ponad rok temu usłyszałam w telewizji o agencji Elizabeth z Piaseczna, która kojarzy matki zastępcze z ludźmi, którzy nie mogą mieć dzieci. Byłam w tragicznej sytuacji materialnej. Sama
wychowuję dwie córki - dziewięcioletnią i pięcioletnią. Miałam ogromne długi, a z wykształceniem podstawowym trudno mi znaleźć jakąś pracę. Utrzymuję się z alimentów i zasiłków z
opieki społecznej. W sumie wychodzi nie więcej niż 700 zł na miesiąc. Pomyślałam więc: czemu nie? Pomogę i komuś, i sobie. 30 tys. złotych, jakie miałam za to otrzymać, to była dla mnie
ogromna suma. A właścicielka agencji przekonywała, że surogatka nie może pokochać dziecka, które nosi w sobie, że to tylko taka usługa. Dawała rady, żeby nie głaskać brzucha, nie
rozmawiać z dzieckiem, wręcz myśleć o nim źle. Na początku oczywiście stosowałam się do tych rad. Mówiłam nawet do malucha, który rozwijał się w moim brzuchu: ty niedobry dzieciaku. A
sobie próbowałam wmawiać: przecież ty nienawidzisz dzieci. Instynkt macierzyński okazał się jednak silniejszy. Im bliżej porodu, tym bardziej pogrążałam się w rozpaczy. Nie chciałam
oddać synka.
Jak wyglądało zawarcie umowy?
Podpisałam ją w biurze Elizabeth i od razu dostałam 500 zł zaliczki. Miałam nigdy nie poznać zleceniodawców, a wszystkie kontakty i formalności wzięła na siebie właścicielka agencji.
Jednak para, której zależało na dziecku, szybko zrezygnowała z usług pośrednika, dostała od niego wszystkie moje dane, łącznie z adresem i telefonem. Kontaktowaliśmy się telefonicznie,
nigdy osobiście. Najpierw przysyłali mi pocztą tabletki stymulujące, które musiałam brać przed zabiegiem umieszczenia zarodka w moim brzuchu. Byłam też w kontakcie z lekarzem z jednej z
poznańskich klinik. We wrześniu ubiegłego roku, w wyznaczonym terminie stawiłam się na zabieg w Poznaniu. Wyglądało to tak, jak zwykłe badanie ginekologiczne. Tyle że lekarz miał
strzykawkę z transferem, czyli zarodkiem. Z tego co wiem, nasienie należało do zleceniodawcy, a komórka jajowa została kupiona od obcej osoby. Nie miałam żadnych badań, skierowania, nic też
nie dostałam przy wyjściu. Podejrzewam, że w kartotekach kliniki nie ma nawet śladu po mojej wizycie.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!