W założeniu ochraniacze na buty stosowane w szpitalach miały ustrzec przed niebezpieczeństwem wnoszenia i wynoszenia drobnoustrojów. Ale tylko w teorii. Sanepid wielokrotnie już powtarzał, że tak naprawdę są siedliskiem zarazków.

"Raz używane powinny chronić przed zarazkami. Ale ludzie chowają je do kieszeni i w ten sposób przenoszą bakterie do domu. I to jest bardzo niebezpieczne" - mówił już kilka miesięcy temu "Dziennikowi Wschodniemu" Jan Nowicki, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Świdniku.

Teraz śladem wielu placówek w Polsce poszedł też Wojewódzki Szpital Zespolony w Białymstoku. Właśnie zdemontowano tam automat do wydawania ochraniaczy. Goście nie będą więc już się skarżyć, że szpital na nich zarabia. A ten przestanie już oszczędzać na sprzątaniu.

"Przyznaję, że nie było żadnych przepisów nakazujących noszenie tych ochraniaczy. To był jedynie ukłon w stronę firm sprzątających, które teraz będą musiały wykazać się większą mobilizacją" - mówi "Kurierowi Porannemu" Sławomir Kosidło, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego.

Choć już bardzo wiele szpitali pozbyło się ochraniaczy, to ciągle są dyrektorzy, którzy z nich nie rezygnują. Ale, jak pisze "Kurier Poranny", w białostockich placówkach, gdzie nadal można je nabyć, nie ma już obowiązku ich zakładania. Nikt też nie ma prawa zwracać gościom, że wchodzą do szpitala bez nich.