Dlatego znajdzie zapewne swoich fanów. Tych najwierniejszych zapewne nie zawiedzie. Ot, jeszcze jedna dawka Palikotowego bloga, tym razem w wyborze i na papierze. W sumie nic specjalnego. A jednak warto tę książkę zauważyć. Po jej lekturze widać bowiem to, co umyka w naszym codziennym medialnym obcowaniu z lubelskim posłem Platformy Obywatelskiej i jego happeningami. Jeśli bowiem jeden, drugi, a nawet setny jego gag jakoś jest zauważany, zaciekawia, oburza, to zebrane w książce obnażają bezczelną wręcz pustkę przekazu. Prawda jest smutna i śmieszna zarazem - Janusz Palikot nie ma nam nic ciekawego do powiedzenia. Owszem, ma zdanie na wiele spraw, ocenia ludzi, ich zachowanie i poglądy. Ale czy coś się za tym wszystkim kryje? Jakiś ślad myśli? Jakaś koncepcja życia publicznego? Owszem - ale tylko ślad. Tak wątły i bełkotliwie wyrażony, że budzący skojarzenia z literaturą pisaną przez nastolatki. Z natury swojej grafomańską i skierowaną na pokręconą analizę własnego ja, zazwyczaj przewrażliwioną i nielogiczną.

A przecież nie jest tak, że Palikot nie chce nam nic powiedzieć. Przeciwnie. Pierwsze 60 stron książki to coś w rodzaju manifestu programowego polityka, zbudowanego na formalnej figurze chaotycznego dialogu z samym sobą. Tam Palikot stara się powiedzieć, o co mu w życiu publicznym chodzi, między czym a czym wybiera, o co i z kim walczy. A więc dlaczego jest w polityce? Odpowiedź dość przekonująca - dla przygody. Po nauce zajął się biznesem. A teraz - pisze - w polityce "również w krótkim czasie otoczyłem się nowymi ludźmi, nowymi sprawami i nowymi umiejętnościami". I to wszystko. Bo przecież, przyznaje, gdy już uda mu się dopłynąć do nowego brzegu, czyli jak rozumiem, kiedy już osiągnie sukces, może się znudzić i ruszyć dalej "dla nowych oceanów". Ale tak to właśnie jest ustawione: jest Palikot, jego nuda i potrzeba przeżycia czegoś fascynującego. Lepsza wprawdzie taka motywacja niż napęd nienawiści, ale w sumie płytka.

Bo choć polityk często przywołuje swoją rzekomą głębię, tę, jak to nazywa "wielopiętrowość własnej konstrukcji", w rzeczywistości za wiele z otaczającego świata nie rozumie, a już na pewno nie potrafi nam przekazać nadziei na lepszy los. Jego wizja jest tak wyraziście czarno-biała, tak oczywista, że co jakiś czas u czytelnika pojawia się pytanie: jak tak nieskomplikowany politycznie umysł mógł zajść tak daleko? Jak człowiek opisujący swój cel jako po prostu pragnienie pozostania w pamięci, tego, by o nim rozmawiano, dostał tak dużą cząstkę odpowiedzialności za kraj? I w jakim świecie funkcjonuje, że nikt tej prostoty nie dostrzega? Że co jakiś czas pojawiają się głosy, że ma jakiś potencjał?


Przyznaję - sam dałem się w swoim czasie zwieść. Myślałem, że Palikotowe ekscesy to świadoma próba zaistnienia, niesmaczna, ale przecież w życiu publicznym dopuszczalna. Bo w tle jawił się jakiś program, coś, co choć prowokujące, może wnieść w nasze życie publiczne nieco świeżości. Podejrzewałem program lewicowy. Ale ta książka ostatecznie wyprowadza z błędu. Najbardziej programowy fragment "Pop-polityki" polega na polemice z Prawem i Sprawiedliwością. Palikot opowiada: "My i oni to są jednak zupełne antypody. Przez ten etatyzm, nieufność do drugiego człowieka, przez stosunek do Unii Europejskiej i sąsiadów, przez nieufność do prywatnego uczestnictwa w publicznych funkcjach państwa, w tym służby zdrowia i opieki społecznej - antypody. (...) Ja jestem zwolennikiem małżeństw homoseksualnych bez prawa adopcji - PiS nigdy się na to nie zgodzi".

I tylko tyle. Ale dlaczego właśnie tak myśli? Czy to wszystko takie proste? Czy wszystkie polskie problemy sprowadzają się do istnienia Kaczyńskich? Szukam dalej. Ale tam to samo: "Zatarły się podziały na liberałów, demokratów, konserwatystów, w zamian za to kształtują się nowe - podział na zwolenników i przeciwników etatyzmu, zwiększenia lub zmniejszenia udziału państwa w życiu obywateli". Słowem - masło maślane, bo czyż jeden z podstawowych podziałów politycznych w epoce powojennego Zachodu nie polega właśnie na stosunku do tych kwestii? Czy nie o to spierają się demokraci z republikanami, torysi z laburzystami, PO z PiS? Gdzież ta odkrywczość, gdzie ta tytułowa "pop-polityka" (jak Palikot nazywa postpolitykę)? I jak to się ma do innej deklaracji: "Różnice programowe istnieją, choć słabo artykułowane, bo nikt nie jest zainteresowany kreowaniem wielkich sporów o charakterze ideowym czy światopoglądowym". No więc jak jest: polityka się skończyła czy nie? Programy się liczą czy się zatarły? Od podobnych nielogiczności w całej książce aż się roi. I odkryć, które od lat są znane.

Oto bowiem jednym z czołowych dowodów na jej istnienie jest według polityka sukces kandydata PO do Parlamentu Europejskiego Rafała Trzaskowskiego, świetnego kandydata, który jednak startując z czwartego miejsca na liście, "wyczuł, że w tej kampanii może sobie dowodami własnej wiedzy co najwyżej wytapetować pokój, ale nie zdobyć mandat do PE. I po co sięgnął? Po media, narzędzia marketingowe. Poprosił o pomoc ludzi popkultury, którzy dali mu świadectwo - ten facet jest dobry". Bardzo przepraszam, ale jeśli tak, to pierwszym popkulturowcami byli w Polsce Tadeusz Mazowiecki i Marian Krzaklewski. Oni przecież również sięgnęli po znane nazwiska, a każdy kandydat na prezydenta w Polsce budował komitet honorowego i popularnego wsparcia. Palikot zdaje się naprawdę nie rozumieć istoty postpolityki, która jest zjawiskiem prawdziwym, ale nie polega na budowaniu happeningów co środę i przynoszeniu świńskiego łba co miesiąc do studia telewizyjnego. To są ekscesy. Prawdziwą postpolitykę buduje Nicholas Sarkozy, który ma jasną i spójną wizję swojego kraju i twarde cele polityczne, ubrane jednak w kostium strawniejszej opowieści dla wyborców. Dla prezydenta Francji różne inscenizacje są metodą przekazania pewnej treści, dla posła PO - celem samym w sobie.


Im jednak dalej brnie się w lekturę, tym mniej ta pustka dziwi. Bo to, co Janusza Palikota naprawdę zdaje się podniecać, to wcale nie PiS, Kaczyńscy, Radio Maryja i ojciec Rydzyk. Prawdziwym afrodyzjakiem jest dla Palikota on sam. Choć mam na półce wiele wydawnictw politycznych ostatnich 20 lat, nie ma tam dzieła, w którym autor byłby tak w sobie zakochany. Wydana w początkach lat 90. książka Andrzeja Celińskiego pod narcystycznym tytułem "Ja już wygrałem" to na tle Palikotowego dzieła, to opowieść konkretna i skromna. Bo Palikot tak bezwstydnie, że aż śmiesznie snuje wizje własnej wielkości, opluwając jednocześnie dorobek wszystkich przeciwników. No, może Mirosław Drzewiecki i jego orliki zasługują na pochwałę. Reszta to nieudacznicy. Z prezydentem Kaczyńskim na czele. Oto fragment: "Czasami zadaje sobie pytanie: co zrobił w życiu Lech Kaczyński, poza tym, że był prezydentem, szefem NIK, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy? Moim zdaniem - nic. Był. Kropka. Zostaje po nim kompletna dziura". A na tym tle on - Palikot: "Mam wielką potrzebę nieśmiertelności, pozostawienia czegoś po sobie - w innych ludziach. W każdej postaci". Dlatego wymienia już dziś swoje dokonania: "Odbyłem przez ostatnie dni 376 rozmów telefonicznych, odebrałem 159 telefonów, nie liczę SMS-ów; odwiedziłem 8 miast, pokonałem około 2 tysiące kilometrów... I dobrze mi tak, dobrze mi z tym!". Trudno wątpić.

Ale to potem, na razie Janusz Palikot walczy o dobre imię. W książce aż roi się od uwag o krzywdzie subtelnego posła. To zresztą - zwłaszcza w składających się na drugą część książki fragmentach bloga - rzecz, która uderza najbardziej. Karnowski krytykuje - narzeka Palikot - a przecież prosił kiedyś o wywiad. I dostał. Piotr Zaremba i Jerzy Jachowicz go obrażają, choć nie zasłużył - płacze. I na serio, bez cienia dystansu do siebie opowiada: "Z jednego z niedawnych wywiadów pamiętam wielki grymas na twarzy Kamila Durczoka, zniesmaczonego moimi zachowaniami". W zemście Palikot zarzuca więc Durczokowi hipokryzję, bo z filmiku krążącego po internecie wynika, że sam czasem przeklina. Podobnie zresztą jak - zauważa czujnie - Tomasz Lis. A więc zapowiada: "Następnym razem, panie Kamilu, pogadajmy przed kamerą jak cham z chamem".

Tak, na pewno - prędzej czy później do tego dojdzie. A na razie możemy sobie Palikota już nie tylko oglądać, ale i czytać. I choć "Pop-polityka" to kiepska książka, to warto. Trudno o bardziej złośliwy, grafomański i demaskatorski autoportret. Bo choć napis na okładce reklamuje ją jako "wyzwanie rzucone polskiej powierzchowności, łatwo przyjętemu konsumpcjonizmowi i wtórności. Trywialnemu naśladownictwu i duchowej płaskości", to w rzeczywistości jest wszystkich tych cech potwierdzeniem i obnażeniem. U autora właśnie. I jeśli do tej pory pytano najczęściej, do czego służy Palikot, to dzisiaj warto odwrócić pytanie: jak oni z nim wytrzymują?