Zaś historię ich znajomości można by osadzić w ramy greckiego dramatu, w którym nienawiść, chciwość, pożądanie i pycha biorą górę nad miłością, hojnością, opanowaniem i skromnością. Czy tak się jednak rzeczy mają? Wątpię.

Areszt czy wolność?

Jak wiele innych spraw związanych z porwaniem i zamordowaniem Krzysztofa Olewnika, tak również rzeczywista rola Jacka Krupińskiego owiana jest tajemnicą. Jak było naprawdę? Czy tak jak twierdzi prokuratura, Jacek Krupiński co najmniej współpracował z porywaczami, czy tak jak tłumaczy się on sam, jest niewinny, a starał się jedynie pomagać rodzinie Krzysztofa w jego uwolnieniu z rąk kidnaperów, dziś przesądzić się nie da.

Ostatecznie szali w tym sporze nie przeważy decyzja warszawskiego sądu apelacyjnego. W najbliższy wtorek ma on zdecydować, czy utrzymać w mocy niedawne postanowienie Sądu Okręgowego w Płocku i zwolnić z aresztu Krupińskiego, czy - jak domaga się tego prokuratura - winien nadal siedzieć za kratami. Jeżeli 11 sierpnia Jacek Krupiński wyjdzie na wolność, będzie to sygnał, że obciążające go materiały nie są za mocne. Trudno bowiem wyobrazić sobie sędziego, który wypuściłby z więzienia aresztanta siedzącego pod zarzutem udziału w zbrodni, co do winy którego materiały prokuratury nie pozostawiałyby wątpliwości.

Bracia syjamscy

Byli rówieśnikami. Gdyby Krzysztof Olewnik żył, miałby dziś jak Jacek Krupiński 33 lata. Znali się od przedszkolnej piaskownicy. Zaczęli się przyjaźnić już w podstawówce, którą ukończyli w rodzinnym Drobinie. Od pierwszej do ostatniej klasy przesiedzieli w jednej ławce. Wszędzie i zawsze razem: na przerwach w szkole, po lekcjach. Wspólnie wpadali na ciastka do pobliskich piekarni, grali w piłkę, pływali, podrywali dziewczyny. Po ukończeniu zawodówki, aby uciec od wojska poszli do technikum mechanicznego w Płocku. Mniej pilny Jacek przerwał naukę w technikum i zaczął pracować, co spotkało się z akceptacją rodziców.


Już w ostatnich klasach podstawówki widoczna stawała się, a potem z każdym rokiem powiększała się różnica w sytuacji materialnej obydwu rodzin. Olewnikowie żyjący z hodowli trzody chlewnej pod koniec lat 80. otworzyli pierwszą masarnię. Kiedy więc Jacek Krupiński zrezygnował z nauki, pierwsze pieniądze zarabiał u Olewników. Również jego rodzice znaleźli zatrudnienie w firmie. Matka zaczęła pracować w masarni, ojciec był nocnym stróżem. W jakimś stopniu było to pokłosie tego, że obydwaj chłopcy cały czas się przyjaźnili. To, że byli nierozłączni, decydowało też o tym, iż Olewnikowie płacili za wspólne wakacje obydwu chłopców w kraju, sylwestry w Zakopanem, ale też wypady zagraniczne. Pokryli nawet koszty kursu Jacka na prawo jazdy. Po ukończeniu przez niego 18. roku życia, w połowie lat 90., Olewnikowie zatrudnili go na etacie jako zaopatrzeniowca. Pod koniec lat 90. Jacek założył własną firmę pośredniczącą w dostarczaniu materiałów budowlanych, a zaraz potem, za namową Olewników, firmę handlującą stalą. Na jej rozkręcenie ojciec Krzysztofa udzielił Krupińskiemu bezzwrotnej pożyczki, ale pod warunkiem, że drugim udziałowcem spółki zostanie Krzysztof. Olewnikowie przejęli niemal pełną kontrolę nad Krup-Stalą - tak nazywała się firma - bo Krzysztof, do którego należało 90 proc. udziałów, faktycznie nią kierował. Przeistoczenie się w role biznesmenów nie przeszkadzało mężczyznom nadal uchodzić za lokalnych królów życia. Kiedy tylko złapali wolną chwilę, oddawali się swej młodzieńczej pasji - wyścigom na skuterach wodnych. Lubili też sprawdzać się w strzelaniu do tarczy z broni palnej, na posiadanie której mieli zezwolenia. Szaleli często na dyskotekach. Obydwaj sporo wolnego czasu poświęcali na podrywanie dziewcząt i młodych kobiet, w czym celował głównie Krzysztof Olewnik. Przy czym trudno było doszukać się u niego śladów rozwiązłości czy rozpusty. Był raczej kochliwy jak kot w marcu. Był młodym, przystojnym i atrakcyjnym kawalerem do wzięcia. Nie narzekał więc na powodzenie u kobiet. Jacek Krupiński musiał nie raz studzić swoją skłonność do niezobowiązujących romansów, bo mając 23 lata, ożenił się, a zaraz potem został ojcem. Zaś jego pierwsza żona, pochodząca z Pruszkowa, należała do osób bardzo zazdrosnych. Zresztą po latach wyszło dopiero na jaw, że jej obawy nie były bezpodstawne. Wiele bowiem kobiet, które przewinęły się w czasie swawolnych wieczorów i nocy z parą przyjaciół z Drobina, pozostawało w stałych związkach z młodymi bandytami. Poderwane mężatki bywały często z szemranego towarzystwa. Jacka Krupińskiego nie mogło zabraknąć na przyjęciu w domu Krzysztofa 26 października 2001 r. Czy ktoś z obecnych na imprezie wiedział, że tej nocy Krzysztof zostanie porwany? Dziś prokuratura twierdzi, że tą osobą jest Jacek Krupiński.

Jedna z wersji mówi, że przyjęcie to miało być podziękowaniem dla jednego z miejscowych policjantów. W czasie kontroli drogowej przyłapał prowadzącego samochód Krzysztofa Olewnika - pasażerem był Jacek Krupiński - na braku jakichkolwiek dokumentów. Nie zrobił z tego żadnej afery i puścił go wolno. Policjant ów mający być bohaterem wieczoru nie zjawił się na grillu. Było za to kilku innych policjantów, w tym m.in. Wojciech Kęsicki, dobry znajomy obydwu przyjaciół, który na prośbę ojca Krzysztofa zaprosił pozostałych kilku funkcjonariuszy.


Świadek?

Od momentu porwania Jacek Krupiński przez następne siedem lat był wielokrotnie przesłuchiwany przez policję i prokuraturę jako świadek i zawsze tylko jako świadek. Nagle w połowie lutego tego roku w mediach gruchnęła sensacyjna wiadomość: "Najbliższy przyjaciel Krzysztofa Olewnika zdrajcą", "Jacek Krupiński trafił do aresztu", "Przełom w śledztwie".

Prokuratura zarzuciła mu wszystko, co prowadzi wprost do dożywocia, gdyby miało to utrzymać się w sądzie: udział w gangu, przygotowanie porwania, współdziałanie z porywaczami i wymuszenie okupu od rodziny.

Przypomnijmy, że po porwaniu bandyci znęcali się psychicznie i fizycznie nad Krzysztofem Olewnikiem, że był przez nich bity, dręczony, zmuszali go do brania leków, przetrzymywali go nie tylko w urągających warunkach, ale wręcz nieludzkich, w piwnicy, a tuż przed śmiercią w pomieszczeniu po szambie. We wrześniu 2003 r. zamordowano go. Dokonano tego w najbardziej okrutny sposób, okręcając głowę torbą foliową, a następnie dusząc poduszką.

Jacek Krupiński przesłuchiwany w pierwszych tygodniach i miesiącach śledztwa podawał klarowną i przekonującą wersję. Dzień po przyjęciu, 28 października 2001 r., został zaalarmowany przez ojca Krzysztofa, Włodzimierza Olewnika, że syn nie odbiera telefonu. Podjechał więc do domu Krzysztofa, w którym odbywała się impreza. Zaparkował na posesji auto, ponieważ drzwi były uchylone, wszedł do środka. Niemal od progu widać było ślady krwi, nie wchodził więc głębiej, tylko natychmiast zadzwonił do ojca Krzysztofa, mówiąc, że sam nie wejdzie do mieszkania. Senior Olewnik poprosił, aby Jacek zadzwonił na policję, a sam wkrótce się zjawił, jeszcze zanim dotarła policja.

Potem przez następne miesiące i lata Jacek Krupiński pomagał rodzinie Krzysztofa, ta szybko zaczęła patrzeć podejrzliwie na jego intencje. Według rodziny zaczęły pojawiać się sygnały budzące podejrzenia, że Jacek Krupiński może współpracować z bandytami. Telefony, które otrzymywała rodzina od porywaczy, wskazują, że mieli oni wiedzę, którą oprócz najbliższych Krzysztofa posiadali tylko Jacek Krupiński i policjant Wojciech Kęsicki.


Podejrzany?

Ten trop podejrzanej dwójki Krupińskiego i Kęsickiego podchwyciła obecnie prokuratura.

Jeden z najważniejszych świadków dla całego śledztwa w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, Piotr S. - niestety dziś już nie żyje - zmarł w szpitalu śmiercią naturalną. Opisał on spotkanie, które jego zdaniem miało miejsce na Dworcu Zachodnim w Warszawie w 2004 r., rok po zabójstwie Krzysztofa. Twierdził, że widział Jacka Krupińskiego i Wojciecha Kęsickiego, którzy kłócili się o pieniądze ze Sławomirem Kościukiem, prawą ręką herszta porywaczy Wojciecha Franiewskiego.

Prokuratura też twierdzi dziś, że Krupiński przez pierwsze lata śledztwa ukrywał to, iż kiedy w sobotę około 9 rano dowiedział się o porwaniu, pierwsze kroki skierował do Kęsickiego, wówczas szefa policji w Drobinie, przyjaciela domu Olewników. Tymczasem jeden ze świadków twierdzi, że tego dnia widział ich obydwu razem około 7 rano na stacji benzynowej w pobliżu Drobina, czemu obydwaj zaprzeczyli. Inny świadek miał widzieć Jacka Krupińskiego tego ranka pod domem Krzysztofa o godz. 6. Według prokuratury w ostatnim czasie pojawiły się nowe, nieznane do tej pory wątki, które mogą mieć kluczowe znaczenie dla rozwikłania sprawy Olewnika, w tym także bliższego określenia roli Jacka Krupińskiego. Prokuratura sięgnęła niedawno po zrobioną przez policję analizę billingów telefonów z 24 lipca 2003 r. z dnia, w którym przekazano porywaczom okup. Z analizy tej wynika, że operacją przekazania pieniędzy ze strony bandytów kierował Andrzej A., powiązany z gangsterami z Pruszkowa. Robił to za pośrednictwem dwóch ludzi, którzy śledzili samochód wiozący okup i przekazywali mu meldunki. A on z kolei wydawał polecenia jadącej z okupem siostrze Krzysztofa Olewnika Danucie, a ta przekazywała je siedzącemu obok i kierującemu samochodem swemu mężowi. Otóż okazało się, że Jacek Krupiński w kilka miesięcy po porwaniu Krzysztofa Olewnika kontaktował się z Andrzejem A. Zanim przejdę do następnych spraw, muszę wtrącić jedno zdanie. Kolejną kompromitacją w całej sprawie jest to, że analizę bilingów policja przygotowała w 2006 r., a prokuratura, nie wiedzieć czemu, zamroziła ją na trzy lata.

Zmywanie hańby

Czemu się jednak dziwić, skoro prokuratura nieustannie w tej sprawie działa z opóźnionym zapłonem? Tak przecież jest w sprawie oskarżeń samego Jacka Krupińskiego. To m.in. budzi zastrzeżenia i każe pytać o prawdziwe intencje działań prokuratury, jak i o merytoryczną wartość wysuwanych przez nią oskarżeń. Dziś prokuratura próbuje swoimi pochopnymi nieraz krokami zmazać hańbę, jaką się okryła w pierwszych miesiącach i latach po porwaniu Krzysztofa Olewnika. W jej ówczesnych działaniach odbijają się największe koszmary, jakie przeżerają tę instytucję: amatorszczyzna na możliwie najniższym poziomie, niedbalstwo, niechlujstwo, lenistwo. Jeśli te wszystkie cechy skumulują się w jednym śledztwie, jest oczywiste, że rezultaty muszą być opłakane. Nawet jeśli policja popełniała oczywiste błędy, nawet jeśli odnalezione zostaną dowody na manipulowanie śledztwem przez niektórych funkcjonariuszy, to niezależnie od tego, iż winni być za to ukarani, w ogólnym rozrachunku również i przewiny policjantów w części winny być zapisane na konta prokuratury. Dlaczego? Bo to prokuratura od początku kieruje śledztwem dotyczącym każdej zbrodni, a kidnaping wedle kodeksu słusznie uznany jest za zbrodnię. Nie tylko nadzoruje przebieg śledztwa i dba o jego skuteczność. Wytycza także zadania policjantom, wskazuje kierunki, sposoby poszukiwań sprawców zbrodni i rozlicza ich z efektów ich czynności śledczych.


Jak dziś powszechnie już wiadomo, śledztwo w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika było akurat przeciwieństwem tych podstawowych wymogów i oczekiwań, jakie winny być spełniane w pracy śledczych. W kryminalistyce znana reguła mówi, że najważniejsze dla każdego śledztwa są pierwsze trzy doby. Mówi się wręcz, że to czas strategiczny. Materiały zebrane w tym czasie - dowody, ślady z miejsca przestępstwa, informacje uzyskane od świadków, wstępne ustalenie motywu działania sprawców, założenia, jaką wersję zdarzeń przyjąć za najbardziej prawdopodobną, decydują najczęściej o tym, czy śledztwo pójdzie w dobrym kierunku, czy zostanie skierowane na bezdroża pełne skał i przepastnych ciemnych lochów. Z tego punktu widzenia pierwsze dni, a potem i tygodnie zostały bezpowrotnie stracone. Gdyby prokuratura zdecydowała się wtedy na szeroki zakres śledczych działań, odniosłaby zasłużony sukces już w kilka tygodni po porwaniu. Złapałaby porywaczy, uratowała życie Krzysztofowi Olewnikowi. W jakiejś mierze to ślepy traf włożył śledczym w ręce skarb. Jednakże nie potrafili tego wykorzystać. Otóż nieco ponad dwa tygodnie po porwaniu przesłuchiwano jako świadka Roberta Pazika, jak się później okazało, jednego z morderców Krzysztofa. Trafnie wciągnięto go do rejestru jako jednego z potencjalnych sprawców porwania. Po rutynowym przesłuchaniu wypuszczono go na wolność. Wystarczyło, gdyby zaraz potem roztoczono nad nim dyskretną obserwację, założono podsłuch telefoniczny i sprawdzono, co robi, z kim i gdzie się spotyka, kto do niego dzwoni. Jednakże ten trop całkowicie odrzucono. To można jednak zrozumieć. Natomiast skandalem - wołającym o pomstę do nieba - było zlekceważenie anonimu, który w połowie stycznia 2003 r. siostra Krzysztofa Danuta Olewnik przekazała prokuraturze. Dostała go dzień wcześniej, 14 stycznia. Warto go zacytować: "Panie Olewnik, nie chcę śmierci Krzyśka, a wiem, że grozi mu niebezpieczeństwo. Dotarła do moich uszu wiadomość, że porywacze chcą go zabić. Jeżeli pan może w jakiś sposób znaleźć Piotrowskiego boksera, on jest kluczem do zagadki. Słyszałem, że ukrywa się koło Nowego Dworu i pilnuje Krzyśka, kontaktuje się z nim Pazik, bywa czasem w Drobinie".

Dziś współczuję rodzinie Olewników, że nie poszła śladem tego anonimu. Siostra Olewnika, Danuta, do dziś nosi w sobie poczucie winy. Zaniechanie przez osobę prywatną - jaką jednak jest Danuta Olewnik - można usprawiedliwić. Natomiast niewybaczalnym blamażem jest zignorowanie tego anonimu przez prokuraturę, która nie podjęła najmniejszej próby sprawdzenia tego śladu. Nie wiadomo do dziś, z jakich powodów policja i prokuratura uznały ten anonim za niewiarygodny. Wśród wielu innych kardynalnych błędów prokuratury i policji trzeba koniecznie wymienić nieskuteczne działanie w czasie przekazywania okupu. Zdawałoby się, że to zadanie dość proste. Policja miała siedzieć na ogonie samochodu, w którym siostra Krzysztofa wiozła w torbie 300 tys. euro przeznaczone na okup. A po zrzuceniu torby z mostu Grota policja planowała obstawić teren pod wiaduktem mostu, aby złapać porywaczy w momencie przejęcia pieniędzy. Jednakże samochody policyjne straciły w którymś momencie z oczu pilotowane auto i operacja zakończyła się kompletnym fiaskiem.


Szukanie winnych klęski

O tym, że sprawa Olewników przebiła się na pierwsze strony gazet i wstrząsnęła opinią publiczną, zdecydował przypadek. Mianowicie była nią seria samobójstw popełnionych przez głównych sprawców porwania i zamordowania Krzysztofa O. Bez echa przeszło samobójstwo szefa bandy porywaczy Wojciecha Franiewskiego, który targnął się na swoje życie w nocy z 18 na 19 czerwca 2007 r. Zrobił to na kilka miesięcy przed procesem.

Prawdziwe zamieszanie wokół sprawy Olewnika rozpoczęło się po popełnieniu samobójstwa przez drugiego bandytę odsiadującego już wyrok dożywocia, Sławomira Kościuka. Powiesił się on w celi aresztu płockiego, w piątkowy wieczór z 3 na 4 kwietnia 2008 r. Opinia publiczna nie wierzyła, że drugie samobójstwo jest przypadkowe. Co ciekawe, nawet adwokaci porywaczy między sobą rozsyłali esemesy: "Zabili Kościuka". Nagle uaktywnili się politycy, którzy zaczęli domagać się śledztwa w sprawie obydwóch samobójstw.

Administracja więzienna zapewniała - wkrótce będzie to brzmieć jak groteska - że roztoczy szczególną ochronę nad pozostałymi sprawcami porwania. A przede wszystkim nad trzecim bandytą skazanym na dożywocie, Robertem Pazikiem. Jednakże w połowie stycznia tego roku w płockim więzieniu strażnik znalazł martwego Pazika powieszonego na prześcieradle w kąciku sanitarnym. Ta ostatnia śmierć spowodowała lawinę dymisji, m.in. stanowisko stracił minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Dopiero trzecie samobójstwo przekonało większość posłów o konieczności powołania komisji śledczej w sprawie Olewnika. Od lutego tego roku komisja próbuje ustalić wszystkie zaniedbania i błędy, jakie popełniono w tym śledztwie. Bada też przypadki wszystkich trzech samobójstw.

Ratowanie twarzy

Naciski opinii publicznej, ale głównie rodziny Olewników, sprawiły, że prokuratura od momentu śmierci Kościuka musiała przyznać się do klęski, jaką poniosła. Chcąc zachować twarz, zaczęła naprędce poszukiwać winnych tej klęski. Na tym samym ogniu swoją pieczeń chcieli przy okazji upiec politycy. Prokuratura, czuła na zapotrzebowanie polityczne rządzących, szybko znalazła pierwsze ofiary, które miały zmazać z niej plamy na honorze. Byli to trzej policjanci, którym zarzucono utrudnianie śledztwa. Pod koniec kwietnia 2008 r. cała trójka została zatrzymana. Ale po trzech dniach wszyscy wyszli na wolność. Sąd nie tylko nie zgodził się na ich areszt, ale uznał, że ich zatrzymanie było nieuzasadnione. Dziś dwóch policjantów domaga się odszkodowania, a trzeci w grudniu zeszłego roku dostał 7 tys. zł jako zadośćuczynienie za bezpodstawne zatrzymanie.


Nie pierwszy już zresztą raz prokuratura oskarża kogoś na wyrost. Czy podobnie jest z Jackiem Krupińskim? Nie wiadomo. Ale jak na razie materiały zgromadzone przeciwko niemu prezentują się dość mizernie. To, co prokuratura nazywa dowodami, jest tylko zbiorem luźnych, oderwanych od siebie poszlak. Niemal wszystkie one były znane co najmniej od kilku lat, m.in. dzięki sugestiom rodziny Olewników, która prawie od początku nie wierzyła w czyste intencje działań Jacka Krupińskiego. Dlaczego jednak dopiero teraz prokuratura zaczęła go również podejrzewać? Czyżby robiła to pod dyktando wiejących politycznych wiatrów? Moje wątpliwości budzą dwie kwestie. Jak to możliwe, że sądzeni w 2007 r. sprawcy, którzy zdawali sobie w pełni sprawę, że walczą o życie, ani razu nie wymienili nazwiska Krupińskiego jako człowieka z nimi współpracującego? Choćby Kościuk, który przecież w najdrobniejszych szczegółach przedstawił przed sądem przebieg porwania i zabójstwa, włącznie ze swoim udziałem w tej zbrodni. Nie ma podstaw, by sądzić, że Jacek Krupiński był kiedykolwiek na tyle silną figurą, aby mógł zagrażać bandytom.

Drugim słabiutkim punktem oskarżenia prokuratury jest motyw, dla którego Jacek Krupiński brałby udział w zbrodni. Prokuratura sugeruje, że frustrowało go to, iż w firmie Krup-Stal ma niewiele do powiedzenia, bo rządzi w niej Krzysztof Olewnik. Chciał nią samodzielnie kierować. Tymczasem wiadomo, że od momentu powstania Krup-Stalu nadzorował ją nieoficjalnie ojciec Krzysztofa Włodzimierz Olewnik, który czuł się jej nieformalnym współwłaścicielem. Pozbycie się młodego Olewnika nie poprawiłoby pozycji Jacka Krupińskiego w firmie.

Prokuratura, składając zażalenie na decyzję sądu płockiego o wypuszczeniu z aresztu Jacka Krupińskiego, daje jeszcze raz świadectwo, że swojej wersji - nawet jeśli budzi ona wątpliwości - trzyma się jak pijany płotu.

Podczas pisania tekstu korzystałem z książki "Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy" Sylwestra Latkowskiego i Piotra Pytlakowskiego.