Jest to znamienne w wypadku twórcy idei IV RP. Dla Matyi pojęcie owo w latach 90. oznaczało przemiany instytucjonalne mające usprawnić funkcjonowanie państwa. Takich zmian nie przeprowadzono i Polsce nadal doskwiera słabość władzy. W tej sprawie Gowin zgadza się z Matyją, jednak jego ocenę kondycji dzisiejszej Polski uważa za zbyt krytyczną.

p

Jarosław Gowin*:

Matyja znowu formułuje diagnozy i recepty wyprzedzające swój czas

Jak pisał Hegel, sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu - mądrość przychodzi po czasie, drogą utorowaną przez doświadczenie. Lektura tomu publicystyki Rafała Matyi "Państwo, czyli kłopot" dowodzi, że mądrość możliwa jest także o brzasku: może trafnie chwytać sedno nadchodzących problemów, ujmować bieżące wydarzenia we właściwych proporcjach, porządkować chaos codziennej walki politycznej, a czasami nawet inspirować słuszne decyzje. Matyja, jako publicysta i naukowiec, a także ekspert doradzający rządom Suchockiej i Buzka, już na początku lat 90. zdefiniował główny problem postkomunistycznej Polski, stawiając pytanie o model, według którego ma być budowane państwo, o jego ustrój, zakres działań oraz konstytucyjne podstawy i mechanizmy zapewniające mu sprawność.

Obserwując czy uczestnicząc w wydarzeniach, które wykuwały zrąb niepodległego państwa, Matyja z narastającym - jak sądzę, przesadnym - pesymizmem sporządzał bilans błędów i zaniechań elit politycznych, z uporem aktualizował też katalog zadań i szans. Główną słabość kolejnych ekip postsolidarnościowych upatrywał w lekceważeniu znaczenia spraw ustrojowych spychanych na bok przez spory światopoglądowe, walki o rząd dusz i - jeszcze bardziej zaciekłe - konflikty o stanowiska i rady nadzorcze. Matyja starał się przy tym zwalczać "kompleks papugi", bezrefleksyjne powielanie rozwiązań sprawdzonych na Zachodzie. Wiele z nich sprawdzało się również w polskich warunkach, ale nie mogły zastąpić kompleksowego programu opartego na narodowej tradycji i dostosowanego do polskich realiów.


W oparach postkomunizmu

Oceniając dorobek rządów postsolidarnościowych, Matyja wystrzega się czarno-białych klisz. Podkreśla wagę wielu cząstkowych osiągnięć, choć kieruje przeciw nim zarzut niezdolności stworzenia dobrego prawa, kompetentnej służby cywilnej, skutecznego wymiaru sprawiedliwości, uczciwego aparatu skarbowo-finansowego, nowoczesnego szkolnictwa, sprawnej policji, armii czy służb specjalnych, stabilnych partii politycznych oraz profesjonalnej i odważnej w reprezentowaniu polskich interesów dyplomacji. Jednak prawdziwy niepokój Matyi bardzo wcześnie zaczęło budzić coś innego: odrodzenie się zjawiska, które za Jadwigą Staniszkis nazwał postkomunizmem.

Postkomunizm to coś więcej niż nagłośniony przez Jarosława Kaczyńskiego "układ" skorumpowanych części świata politycznego, biznesowego, przestępczego, służb specjalnych i mediów. To raczej w dużym stopniu akceptowany społecznie i powstały samorzutnie system reguł, nieformalnych powiązań zacierających granice między własnością prywatną a państwową, to korupcjogenne prawo, które konstruowano tak, by zmuszać przedsiębiorców do działań na jego granicy i uzależniać w ten sposób od arbitralnych decyzji administracyjnych, to niewydolne sądy, monopolistyczne korporacje zawodowe, prawna, polityczna i medialna bezkarność rządzących elit (tych formalnych, a jeszcze bardziej tych nieformalnych), brak przejrzystych zasad rekrutacji urzędników państwowych itp.

Postkomunizm wytworzył także swoją ideologię, przenikliwie opisaną przez Zdzisława Krasnodębskiego w "Demokracji peryferii". Składały się na nią - obok wezwań do imitacji rozwiązań zagranicznych i czysto proceduralnego pojmowania demokracji, postulaty zaniechania rozliczeń peerelowskiej przeszłości - krytyczny stosunek do polskich tradycji czy zredukowanie polityki do gry interesów ekonomicznych.

Postkomunizm mógł rozwijać się tylko dzięki słabości państwa, nic więc dziwnego, że dążył do jego korozji. Stopniowo paraliż obejmował administrację, władzę sądowniczą i media, systematycznie zmniejszał się zakres wolności gospodarczej i uczciwej konkurencji. Za rządów Leszka Millera instytucje demokratyczne zaczęły nabierać charakteru fasadowego. Polska stawała się własnością pasożytniczej, antyrozwojowej oligarchii, tej - jak trafnie nazywa ją Matyja - "Samoobrony Towarzystwa", nieporównanie groźniejszej od swego "ludowego" wydania.


Czwarta Rzeczpospolita i konserwatywny instytucjonalizm

Przełom przyniosła dopiero afera Rywina. Sejmowe komisje śledcze okazały się osinowym kołkiem, który przygwoździł wampira postkomunizmu i pokazał milionom Polaków prawdę o stanie ich państwa. Wstrząsowi moralnemu i politycznemu towarzyszyła, jak określa to Matyja, rewolucja semantyczna, która przyznała rację poglądom i środowiskom od początku lat 90. uznawanym za marginalne i "oszołomskie". Na fali społecznego oburzenia do wspólnego przejęcia rządów przygotowywała się centroprawica.

Matyja należał do grona tych intelektualistów, którzy swoimi analizami przygotowali przełom. To właśnie on już w połowie lat 90. sformułował ideę Czwartej Rzeczpospolitej. Wbrew czarnej legendzie, jaka wokół niej narosła, nie chodziło o rewolucyjne zerwanie z Trzecią. Przeciwnie, nowy porządek miał przejąć wszystkie instytucje, które nabrały cech nowoczesnego państwa. Celem było nadanie machinie państwowej sterowności, wzmocnienie władzy wykonawczej, podporządkowanie jej interesom obywateli i polskiej racji stanu. Filarami Czwartej Rzeczpospolitej miały stać się wzmocniony samorząd, nowy korpus urzędniczy i ekspercki, odbudowany wymiar sprawiedliwości, stworzone na nowo ośrodki informacji i wiedzy, sprawne aparaty partyjne oraz niezależne media.

Do istoty Czwartej Rzeczpospolitej należała także odbudowa sensu polityki jako ważnego elementu przestrzeni publicznej i profesji wymagającej szczególnych kwalifikacji merytorycznych i moralnych. Jednak przełom nie miał polegać po prostu na wymianie elit politycznych ani też ograniczać się do samej polityki. Jeśli miał zakończyć się powodzeniem, musiał objąć trzy dodatkowe sfery: sądownictwo, administrację publiczną i instytucje opiniotwórcze (media, szkolnictwo, życie akademickie). A u podstaw wszystkich działań musiała lec rewolucja moralna, czyli przebudzenie się wśród szerokich rzesz obywateli ducha godności, odpowiedzialności i gotowości do zaangażowania się w życie publiczne bez względu na podziały partyjne i światopoglądowe.

Swoje stanowisko Matyja określa mianem "konserwatywnego instytucjonalizmu". W przeciwieństwie do innych nurtów polskiej prawicy nie koncentruje się on na obronie tożsamości narodowej, toczeniu wojen kulturowych, pielęgnowaniu religijności czy budowaniu republikańskiej wspólnoty, lecz na budowie i wzmacnianiu instytucji zdolnych służyć obywatelom i długofalowym interesom państwa.


Zaprzepaszczona szansa

W latach 2003 - 2005 Polska stanęła przed wyjątkową szansą, na którą złożyły się kompromitacja postkomunizmu, przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, ogromny kredyt zaufania przyznany przez Polaków centroprawicy oraz wejście w dorosłe życie pierwszego pokolenia wychowanego w niepodległym kraju. Jednak polityczny efekt przełomu szybko Matyję rozczarował. Brak zaufania między dwoma segmentami centroprawicy pogrążył scenę polityczną w chaosie. Deficyt zaufania niszczy polską politykę nie tylko na poziomie partyjnym, ale także konstytucyjno-instytucjonalnym. W ustawę zasadniczą wbudowano bowiem regułę wzajemnego blokowania się organów władzy wykonawczej, zwłaszcza urzędów prezydenta i premiera. Paraliż władzy będący jej skutkiem skazuje polską politykę na fatalizm bezsilności.

Matyja docenia w rządach PiS dążenie do uprawiania sprawczej polityki. Tyle tylko, że zamiast opierać ją na rekonstrukcji sprawnych instytucji, zredukowano ją do decyzji personalnych i maksymalizacji kontroli. W ten sposób podtrzymano logikę "zinstytucjonalizowanej nieufności" i na długie lata skompromitowano projekt gruntownej przebudowy państwa. Mnożąc przeciwników, wszczynając ustawiczne konflikty, atakując kolejne grupy zawodowe czy społeczne, rząd Jarosława Kaczyńskiego doprowadził do powstania szerokiej Koalicji Strachu, która odsunęła go od władzy.

Krytycznych uwag nie szczędzi Matyja także rządom Platformy. Co prawda odnotowuje z uznaniem, że nie przywracają one skompromitowanych reguł postkomunizmu, "a poziom emancypacji Platformy w stosunku do animatorów Koalicji Strachu okazał się większy, niż można się było spodziewać", ale z drugiej strony zarzuca gabinetowi Donalda Tuska brak strategicznego programu, minimalizm celów oraz utrwalanie ustrojowego prowizorium.

Postkomunizm odchodzi w przeszłość. Ale jego miejsca nie zajmują naprawdę podmiotowe rządy i sprawcza polityka. Bilans przełomu zapoczątkowanego przez aferę Rywina brzmi surowo: "Polską rządzi Sytuacja: wypadkowa doraźnych kalkulacji i interesów, pochodna stanu społecznych emocji i ujawnianych przez media zakulisowych gier. Nie da się jej przeczekać ani pokonać zręcznymi sztuczkami. Jej sojusznikiem jest stan powszechnej nieufności i niepewności. Przełamać go może tylko władza, która na nowo zdefiniuje reguły publicznego zaufania i obliczalności".


Rzeczpospolita 4.2, czyli polityka bez polityków?

Zamykającym książkę refleksjom na temat tego, gdzie należy szukać szans na kolejny przełom, brak precyzji i siły przekonywania tych wcześniejszych. Jako wyraz bezradności odbieram nadzieje wiązane przez Matyję z możliwością powrotu na scenę publiczną ludzi dawnej "Solidarności" i komitetów obywatelskich. Nie wiem, co ma on na myśli, gdy snuje tajemnicze plany powołania nowego ośrodka przywódczego, a już zwłaszcza gdy zapewnia, że byłby on "wybierany z a p e w n e (podkr. - JG) demokratycznie"? Sceptycznie podchodzę do przeciwstawiania obecnej klasie politycznej ewentualnej przyszłej kontrelity, wyłonionej spośród młodego pokolenia pracowników instytucji finansowych, uczelni, koncernów, mediów czy lokalnych stowarzyszeń. To oni, według zamysłu Matyi, podjąć mają ciągle aktualne idee Czwartej Rzeczpospolitej, nadając im nowocześniejszy kształt i język.

Prognostyczna warstwa książki również zawiera interesujące sugestie. Mam na myśli zwłaszcza uwagi na temat szans związanych z peryferyjnością Polski oraz koncepcję "polityki wpływu". Uznając swój status jako państwa peryferyjnego, ale zdolnego wybić się na samodzielność, uwalniamy się od presji kopiowania cudzych rozwiązań, utrzymujemy elity w stanie napięcia i wyzwania, stawiamy władzy cele ambitne, realizowane ponad podziałami partyjnymi, prowadzimy politykę zagraniczną odartą ze złudzenia, że w Unii Europejskiej przestały liczyć się interesy narodowe, a każdy z członków ma zagwarantowaną równą pozycję. Tak pojęta peryferyjność może stać się atutem, projektem strategicznym, mobilizującym i prorozwojowym.

Z kolei koncepcja "polityki wpływu" wyrasta ze spostrzeżenia, że spada udział władzy w osiąganiu celów politycznych. Można je zatem osiągać nie przez zastępowanie obecnych partii nowymi, lecz przez poddanie ich presji ze strony środowisk opiniotwórczych, gospodarczych i samorządowych. Myślę, że ten sposób oddziaływania na kształt państwa może okazać się skuteczny, ale pod warunkiem, że nie przybierze postać kuszącej Matyję utopii "polityki bez polityków".


Państwo jako dzieło sztuki?

Model państwa, jaki wyłania się z tekstów Matyi, to państwo silne, ale ograniczone w swych kompetencjach; ze sprawną władzą wykonawczą, ale z szerokimi uprawnieniami samorządów; osadzone w polskiej tradycji, ale bez kompleksów uczestniczące w europejskiej grze interesów. Podzielam przekonanie, że właśnie taki model państwa powinien być celem naszych zabiegów, choć obca mi jest fascynacja Matyi samą instytucją państwa, widoczna, gdy za Burckhardtem przyrównuje je do dzieła sztuki. Moje emocje wobec państwa oddają raczej bohaterowie powieści Faulknera, farmerzy z amerykańskiego Południa, którzy na widok urzędnika zdążającego do ich rancza stają na progu ze strzelbą w dłoniach. Ale też bez wahania jadą na wojnę, gdy państwo wzywa ich, by na frontach świata bronili swego kraju.

Myślę też, że Matyja zbyt krytycznie ocenia kondycję dzisiejszej Polski. Katalog zmarnowanych szans jest co prawda bogaty, ale i rejestr osiągnięć może budzić dumę. Niemała w tym zasługa Matyi, który potrafił swoimi analizami wyprzedzać problemy, formułować trafne postulaty, inspirować polityków do działania. Jestem pewien, że podobnie będzie w przyszłości.

Jarosław Gowin

p

*Jarosław Gowin, ur. 1961, polityk PO, publicysta, politolog, rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera, jedna z najważniejszych postaci polskiego liberalnego katolicyzmu. Jest m.in. autorem książki "Kościół po komunizmie" (1995), najciekawszej jak dotąd diagnozy funkcjonowania polskiego Kościoła w warunkach demokracji. Współautor wywiadów rzek z ks. Józefem Tischnerem i abp. Józefem Życińskim. W "Europie" nr 265 z 2 maja br. opublikowaliśmy jego tekst "Moralność, zło i siła, czyli tragiczna mądrość wojowników".