Czarnoskóry Keene był otyłym mężczyzną, ale to nie przeszkodziło lekarzom szybko wkłuć igły w jego żyły i zaaplikować tiopental, silny lek wywołujący natychmiastowy narkotyczny sen. Strażnik potrząsnął dwa razy ramieniem więźnia i zawołał go po imieniu. Nie usłyszał odpowiedzi. Zgodnie z planem skazańcowi podano jeszcze dwa zastrzyki, które zawierały właściwy zabójczy koktajl i doprowadziły do ustania oddechu oraz pracy serca. Keene zmarł we śnie kilka minut później, o 22.36. Tak wyglądała ostatnia jak dotąd egzekucja przeprowadzona w ramach amerykańskiego systemu karnego.

Dla Europejczyków wychowanych w ramach systemów prawnych, z których od dziesięcioleci kara główna jest systematycznie wypierana, amerykańskie zainteresowanie egzekucją ma w sobie coś perwersyjnego. Dlaczego Amerykanie chcą patrzeć na ostatnią drogę skazanego i czemu właściwie służy robienie ze stracenia widowiska z udziałem mediów?

Straceniu towarzyszyło jak zwykle spore zainteresowanie lokalnych dziennikarzy. "Gwiazdkowy morderca stracony" - zatytułował relację "Dayton Daily News", przypominając wydarzenia z 1992 roku. 20-letni Keene w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny i dwóch kolegów własnoręcznie zastrzelił w centrum Dayton sześć osób. Rzecz działa się w przededniu Bożego Narodzenia.

W trakcie procesu ustalono, że sprawcy zabili po części z powodów rabunkowych, a po części dla zabawy. Jak zwykle drobiazgowo odtworzone zostały ostatnie chwile skazańca. Według prasowych relacji Keene przez całą noc nie zmrużył oka i oglądał telewizję. Wykonał jeden telefon do swojego ojczyma. Rozmawiali od 20.01 do 22.29. Dwa razy do jego celi zachodził wielebny Gary Sims, ale Keene nie chciał go widzieć. Rano w towarzystwie swoich adwokatów dotarł do ośrodka w Lucasville, gdzie miała się odbyć egzekucja.

Lekarze przebadali go. Sprawdzili zwłaszcza, czy układ krwionośny mężczyzny będzie w stanie przyjąć trzy śmiertelne zastrzyki. O 16 Keene zjadł ostatni posiłek przygotowany tradycyjnie wedle jego życzenia. Skazaniec postanowił pofolgować swojemu apetytowi. Podano średnio wysmażony stek z popularnym sosem A1, pół kilograma krewetek z głębokiego tłuszczu, krążki z cebuli, bułki z konfiturą truskawkową, dwie śliwki, mango, pół kilo białych winogron i tort czekoladowy. Popił pepsi i cream sodą (rodzajem słodkiej oranżady z bąbelkami). Kilka godzin później już nie żył.


Były prokurator, a obecnie wykładowca uniwersytetu Yale i autor książki "Jezus w celi śmierci" Mark W. Osler, choć zastrzega, że nie należy do zwolenników uśmiercania przestępców, doskonale rozumie, dlaczego zwykle do udziału w straceniu skazańca chętnych jest więcej niż miejsc.

"Nieraz rozmawiałem z uczestnikami egzekucji. Członkowie rodzin ofiar mówią zazwyczaj, że możliwość oglądania śmierci oprawcy ich bliskich daje pewną ulgę i jest rekompensatą za cierpienia. Nie mam powodów, by im nie wierzyć. W trakcie egzekucji pomiędzy nimi a skazańcem często dochodzi do interakcji. Spotykałem się już z najróżniejszymi sytuacjami. Raz obie strony wzajemnie sobie ubliżały, a czasem ostentacyjnie się jednały. Tak czy owak wybuch emocji oczyszcza skołatane nerwy" - mówi DZIENNIKOWI Osler. Dodaje, że często świadkiem chce być na przykład oficer, który doprowadził do pojmania przestępcy. Czasem nawet po wielu latach, które dzielą wyrok i jego wykonanie. Dla policjanta egzekucja jest dowodem, że doprowadził sprawę do końca. Rozdający wejściówki na wykonanie wyroku lokalni szeryfowie zwykle nie mają nic przeciwko takim prośbom. Pilnują tylko, by liczba osób na sali nie przekroczyła dwudziestu.

Nikogo nie szokuje też obecność reporterów, którzy obok rodzin ofiar i osób wyznaczonych przez skazańca są stałym elementem krajobrazu amerykańskiego systemu kary śmierci.

"Stracenie człowieka to sprawa publiczna. Nie może być przecież tak, że władze pozbawiają życia poza wszelką kontrolą" - tłumaczy Richard Dieter, dyrektor Centrum Informacji o Karze Śmierci w Waszyngtonie. Na egzekucji pojawiają się zwykle dziennikarze lokalnych mediów, głównie gazet. Dla nich jest to zwykle temat dnia. Nagrywanie egzekucji jest zabronione. Tę żelazną zasadę udało się utrzymać nawet w przypadku skazanego za wysadzenie w powietrze budynków rządowych w Oklahoma City w 1995 roku Timothy’ego McVeigha. Stracenie zamachowca oglądały tylko rodziny 168 ofiar podczas zamkniętego i pilnie strzeżonego pokazu.

Tak naprawdę jednak dziennikarze obecni przy egzekucjach wcale nie są tam tylko po to, by patrzeć władzom na ręce. Ich głównym zadaniem jest zaspokojenie publicznej ciekawości i żądzy symbolicznej choćby zemsty ze strony lokalnej społeczności.

"Przecież jeśli egzekucja ma mieć jakikolwiek sens, to powinna być publiczna. Ma przecież odstraszać i przywracać zaburzoną przez zbrodnię równowagę w sercach i umysłach mieszkańców okolicy" - tłumaczy Mark W. Osler. Przypomina, że w Ameryce publiczne egzekucje zdarzały się w jeszcze w przededniu II wojny światowej. Do ostatniej doszło w 1936 roku, gdy w Owensboro w Kentucky na szafot poszedł czarny włamywacz Rainey Bethea, który zgwałcił i zamordował 70-letnią białą staruszkę Lischię Edwards.


Sprawa odbiła się w okolicy tak szerokim echem, że lokalny szeryf ugiął się pod presją i pozwolił na publiczne wieszanie. Ściągnęło wedle relacji ponad 20 tys. osób. Od początku wszystko szło nie tak jak trzeba: emerytowany policjant, który na ochotnika zgłosił się do wykonania zadania, był kompletnie pijany. Lina złamała skazańcowi kręgosłup, ale nie pozbawiła go życia, doprowadzając za to do długiej agonii. Bezpośrednio po tych wydarzeniach pod nawałem krytyki napływającej z całego kraju władze Kentucky dołączyły do innych stanów, które już wcześniej nakazały wykonywanie egzekucji w miejscu izolowanym od gapiów. Niektórzy szeryfowie próbowali jeszcze godzić wodę z ogniem, wieszając skazańców na głównych placach, ustawiwszy szubienicę wewnątrz wielkiej drewnianej skrzyni. Pomysł jednak zupełnie się nie przyjął. "Dla ciekawskich pozostało czytanie z wypiekami na twarzy szczegółowych prasowych doniesień" - mówi Osler.

Ograniczenie liczby świadków do członków najbliższej rodziny i mediów doprowadziło do zmian w metodach przeprowadzania egzekucji. "Znacząca większość zwolenników kary śmierci nie ma nic wspólnego z krwiożerczymi bestiami. Chcą <załatwić sprawę> szybko i schludnie, a potem żyć dalej" - mówi nam Stuart Banner z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Podkreśla, że dziś około 90 procent egzekucji odbywa się za pomocą zastrzyku, który niemal zupełnie wyparł uważane za okrutne krzesło elektryczne. To ostatnie (wynalazek Thomasa Edisona) było w użyciu przez cały XX wiek i doczekało się niezliczonych eufemizmów, m.in. "Dziadek iskierka", "Yellow Mama" czy "Skwiercząca Sally".

Dziś zgładzenie skazańca przy użyciu krzesła dopuszczalne jest tylko w czterech stanach, jedynie na wyraźne życzenie przestępcy. Komory gazowej użyto po raz ostatni w 1999 roku w Arizonie, szubienicy w 1996 roku w Delaware, a plutonu egzekucyjnego w tym samym roku w Utah.

Jednak nawet zwolennicy kary śmierci nie zaprzeczają, że widowisko jest coraz trudniejsze do pogodzenia z coraz bardziej liberalnym duchem czasu. Jednym z argumentów, z którym nie sposób polemizować, jest przygotowana przez Centrum Informacji o Karze Śmierci lista nazwisk 135 osób, które w ciągu ostatnich 30 lat zostały skazane, a potem oczyszczone z zarzutów.

"Dwa lata temu głośno było o więźniu, który powiesił się w przeddzień egzekucji, a na ścianie celi zostawił wykonany własną krwią napis <jestem niewinny>" - mówi Mark W. Osler. Liczba samobójstw w celi śmierci to kolejny as w talii abolicjonistów. Niechętne karze śmierci media często zwracają też uwagę na udane przypadki resocjalizacji. Skazana za morderstwo Teksanka Karla Faye Tucker w celi śmierci nawróciła się na chrześcijaństwo, a w sprawie zamiany jej kary na dożywocie wstawiali się m.in. papież Jan Paweł II czy premier Włoch Romano Prodi. Kobieta urosła wręcz do roli celebrytki i gościła w najpopularniejszych amerykańskich talk-show. Ówczesny gubernator Teksasu George W. Bush nie zdecydował się jednak na skorzystanie z prawa łaski. Wyrok wykonano w 1998 roku.


Podobnie było ze Stanleyem Williamsem, założycielem legendarnego młodzieżowego gangu Crips, który w latach 70. terroryzował mieszkańców Los Angeles. Po skazaniu go na śmierć (czterokrotne morderstwo) Williams przeszedł metamorfozę, został aktywistą i napisał kilka książek przestrzegających młodych przed wejściem na ścieżkę gangsterskiego życia. I w tym przypadku pod presją konserwatywnego elektoratu władze nie uwierzyły w przemianę gangstera. Williams przyjął śmiertelny zastrzyk w 2005 roku.

Te i inne skandale sprawiają, że trend w kierunku ograniczenia liczby wykonanych wyroków śmierci jest zauważalny już od kilku lat. Jeszcze w 2002 roku odbyło się 71 egzekucji. W ubiegłym już tylko 37. W maju Nowy Meksyk stał się 15. stanem USA, w którym kara główna została oficjalnie zniesiona. Na taki krok może się wkrótce zdecydować 10 kolejnych. Być może na dalsze przyspieszenie trendu wpłynie również... kryzys gospodarczy.

Z danych Urban Institute wynika bowiem, że kara śmierci jest dużo droższym rozwiązaniem niż choćby dożywocie. Cały proces, łącznie ze ścieżką odwoławczą, kosztuje o około 2 miliony dolarów więcej niż postępowanie, które nie kończy się orzeczeniem kary głównej. Co więcej, każdy rok trzymania więźnia w celi śmierci to dodatkowy wydatek rzędu 90 tysięcy dolarów. Może to oznaczać, że ekonomia wymusi to, co nie udało się wielu pokoleniom abolicjonistów.

Rafał Woś, współpraca Agata Zambrowicz

p

Michał Gostkiewicz: Od 25 lat obserwuje pan wykonywanie wyroków śmierci, które przeprowadzane są w stanie Teksas. Egzekucje skazanych oglądał pan już 315 razy.
Michael Graczyk*: Nie mam koszmarów nocnych, nie potrzebuję psychologa. Ale moją pierwszą egzekucję zapamiętałem na całe życie. Śmiertelny zastrzyk dostał wtedy James "Kowboj" Autry, który zabił sprzedawczynię podczas kłótni o piwo, które chciał kupić. Potem zamordował też świadka swego czynu. Reporterem relacjonującym wykonywanie kary śmierci zostałem przez przypadek. W redakcji nie miał kto pojechać do więzienia, więc wysłano mnie. Potem drugi raz - i tak zostało.


Czy w Stanach ze śmierci robi się show?
Nic podobnego. To dyskretny i sprawnie wykonywany proces. Procedura jest bardzo kameralna: trwa od siedmiu do piętnastu minut, a ogląda ją w sumie kilkanaście osób. Personel przymocowuje skazańca do łóżka. Niedługo potem w jego ramiona wbijane są dwie strzykawki i następuje wstrzyknięcie trucizny. Jeśli nie ma komplikacji, wszystko dzieje się bardzo szybko.

Komplikacje czasem się jednak zdarzają. Najdłuższa egzekucja w Stanach Zjednoczonych trwała aż 90 minut.
Często osoby skazane są uzależnione od narkotyków. Pojawia się problem, gdzie wbić igłę - ramiona są podziurawione od ukłuć strzykawek. Widziałem narkomana tak pokiereszowanego od zastrzyków, że igły po prostu wysuwały się z jego ciała.

Jak zachowują się skazani w ostatnich chwilach życia?
Każdy człowiek umiera inaczej. Przed umieszczeniem igieł w ciele niektórzy walczą i wyrywają się. Często w obliczu śmierci w najbardziej zatwardziałych kryminalistach, którzy do tej pory szli w zaparte, odzywa się sumienie i przyznają się do winy. Ale potrafią też krzyczeć, że są niewinni, przeklinać i złorzeczyć. Są też tacy, którzy się modlą, recytują sentencje z Biblii lub deklamują własną poezję napisaną w ciągu lat spędzonych w więzieniu. Dawniej "ostatnie słowo" potrafiło trwać nawet 20 minut, aż raz zniecierpliwione władze placówki w Huntsville nakazały rozpocząć egzekucję, mimo że skazaniec jeszcze nie skończył mówić. A inni po prostu milczą do końca.

Widzowie egzekucji też?
Krewni skazanego i krewni jego ofiar oglądają wszystko w dwóch osobnych pomieszczeniach. Reakcje tych grup są skrajnie różne. Rodziny tych, którzy właśnie umierają, bardzo to przeżywają, matki rzucają się na ścianę, krzyczą. A najczęściej po prostu płaczą. Rodziny zamordowanych są dużo spokojniejsze - czas, który upłynął od chwili tragediim robi swoje, po prostu czekają w milczeniu, aż więzień umrze, i w milczeniu potem wychodzą. Ale widziałem całą paletę uczuć - od stoickiej obserwacji do krańcowej rozpaczy. Ojciec jednej z ofiar - nastoletniej dziewczyny - podszedł do szyby komory śmierci najbliżej jak się dało. Kiedy skazanemu wstrzyknięto truciznę, odwrócił się do szyby plecami i stał tak, dopóki tamten nie umarł. Chciał pokazać, jak bardzo pogardza mordercą. Innym razem dwaj studenci, świadkowie egzekucji człowieka, który zamordował ich kolegę, przybijali piątki, kiedy skazaniec zmarł.


A poza murami więzienia swoją radość ze stracenia mordercy okazywał tłum ludzi w maskach, jakie zakłada się na Halloween.
To była specyficzna sprawa. "Candy Man", czyli Ronald Clark O’Brien, otruł własne dziecko cyjankiem dodanym do cukierka na Halloween. Studenci, którzy poprzebierani przyszli pod więzienie, byli przyjaciółmi ofiary. Rozmawiałem z nimi, nie mogli powstrzymać radości na wieść o śmierci człowieka, który zabił bliską im osobę.

Kto jeszcze przychodzi pod więzienie przed egzekucją?
25 lat temu, kiedy w USA przywrócono karę śmierci, każde stracenie więźnia gromadziło setki jej przeciwników. Ćwierć wieku później egzekucje spowszedniały. Przeciwko wykonywaniu wyroków protestują małe grupy albo osoby w jakiś sposób związane ze skazańcem. Ogromne emocje wzbudziła sprawa Karli Faye Tucker - pierwszej od XIX wieku kobiety straconej w USA. W dzień jej śmierci, 3 lutego 1998 roku, pod więzieniem zgromadziły się setki ludzi, w tym sporo członkiń organizacji kobiecych. Jeden z reporterów oglądających egzekucję płakał, gdy Tucker umarła.

A pan?
Czasem zdarzają się rzeczy, o których długo się potem myśli. Jak choćby przypadek, kiedy zabójca własnej żony, Bob Black, leżąc już na stole, zapytał mnie "Cześć Mike, jak leci?". Byłem zszokowany, nie potrafiłem wykrztusić z siebie słowa. Później przywykłem do tego, najczęściej kiwam głową na znak, że słyszę i jestem obecny. I tyle. Skazańcy znają przecież moje imię, wielokrotnie rozmawiałem z wieloma z nich, można nawet powiedzieć, że niektórych poznałem całkiem dobrze.

Zaprzyjaźnił się pan z kimś?
Powiem inaczej: od więźniów z cel śmierci dostawałem listy, kartki pocztowe, wielu z nich to sympatyczni, dowcipni i inteligentni ludzie. Ale nigdy nie zapomniałem o drugiej stronie ich osobowości. O tej, która kazała im zabijać, gwałcić i krzywdzić. Trzeba pamiętać, że oni chcą żyć. Na 350 osadzonych w Huntsville jest 350 wersji wydarzeń, które ich tu zaprowadziły i większość nie zgadza się z tym, co jest w aktach sądowych.


A gdy z akt sądowych nagle wyniknie, że siedzący od kilkunastu, czasem kilkudziesięciu lat w celi śmierci człowiek jest niewinny?
Rzadko się to zdarza. Jeśli ktoś unika kary, to najczęściej wskutek błędów proceduralnych lub słabości materiału dowodowego. Ale rzeczywiście - widziałem ludzi, którzy po kilkunastu latach życia z wyrokiem wychodzili z celi śmierci na wolność i nie bardzo wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Niejaki Clarence Bradley, dozorca w liceum, przez 12 lat czekał na wyrok za zamordowanie młodej dziewczyny. Jego egzekucja była tuż-tuż, ale wyszedł niewinny. Na niektórych czekają rodziny, lecz wielu z tych, którzy umrą, nie ma nikogo. Od niektórych odwróciła się rodzina, inni jej po prostu nie mają albo właśnie za zamordowanie rodziny mają umrzeć. Kiedy jeden ze skazanych zadzwonił do mnie na telefon prasowy w więzieniu, zdałem sobie sprawę, że może byłem jedyną osobą, do której mógł się odezwać. Niedługo później już nie żył.

Czy przez te 25 lat stał się pan zwolennikiem czy przeciwnikiem kary śmierci?
Wolę nie ujawniać moich poglądów. Gdyby strażnicy więzienni i dyrekcja dowiedzieli się, że jestem przeciwnikiem uśmiercania przestępców, uznaliby mnie za swojego przeciwnika, człowieka, który kwestionuje sens ich pracy. Z kolei gdyby więźniowie znali mnie jako gorącego zwolennika rozwiązania, by tacy jak oni jak najszybciej przenieśli się na tamten świat, nie zrobiłbym ani jednego wywiadu ze skazanym. Bo kto by chciał rozmawiać z kimś, kto czeka na jego śmierć? Ale tak długo jak stan Teksas dokonuje egzekucji, czuję, że ktoś powinien o tym informować i być przy tym, gdy państwo korzysta ze swojej potęgi, by uśmiercić człowieka.

*Michael Graczyk - reporter agencji Associated Press, od 25 lat obserwuje egzekucje w stanie Teksas