Uchwalone w połowie lipca przepisy mają ograniczyć negatywne skutki hamowania naszej gospodarki. Bo choć do tej pory kryzys dosyć łagodnie się z nią obchodził, to ekonomiści, rząd i pracodawcy nie mają wątpliwości, że w najbliższych miesiącach sytuacja polskich firm się pogorszy. Przede wszystkim z powodu prognozowanego przez ekspertów zmniejszenia popytu na wszelkiego rodzaju usługi i wzrostu bezrobocia. Szacuje się, że w czwartym kwartale tego roku i w pierwszym przyszłego pracę straci 300 tys. osób.

>>>Boni: Właśnie mijamy punkt krytyczny kryzysu

Niektóre zapisy, które znalazły się w ustawie antykryzysowej, pomagając firmom, będą jednak działały na niekorzyść pracowników. Według obowiązujących jeszcze dziś przepisów kodeksu pracy pracownik ma pewność, że trzecia umowa o pracę, którą podpisze, będzie zawarta na czas nieokreślony. Ale od jutra to się zmieni - nowe prawo zdejmuje ten obowiązek z pracodawcy. Wprawdzie zakłada, że umowy na czas określony będzie można zawierać tylko przez dwa lata, to jednak nie przewiduje żadnych sankcji dla firm, które będą to robiły przez dłuższy okres.

"Obawiamy się, że pracodawcy będą ten przepis nagminnie wykorzystywali. Przedsiębiorstwa nie lubią się wiązać z pracownikami na stałe, bo wtedy trudniej ich zwolnić, a jeśli już, to trzeba wypłacić odprawy. Rząd stworzył tą ustawą bardzo niebezpieczną furtkę" - mówi Janusz Śniadek, przewodniczący NSZZ "Solidarność".

Co ciekawe, również Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" zauważa ten problem. Na swojej stronie internetowej wystosowała nawet oficjalny apel do pracodawców, by nie wykorzystywali luki w prawie. "Mamy nadzieję, że w tym przypadku zwycięży rozsądek. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że zaufanie pracowników można utracić bardzo szybko i trudno je potem odbudować. Kryzys za dwa lata się skończy i firmy, które w trudnych czasach nie będą szanowały ludzi, podczas hossy będą mogły zapomnieć o dobrych, lojalnych pracownikach" - twierdzi Jeremi Mordasewicz, ekspert z PKPP Lewiatan.

Ale to nie koniec zmian, jakie wprowadza nowa ustawa. Firmy, których obroty w ciągu trzech kolejnych miesięcy w stosunku do ubiegłego roku spadną o 25 proc., będą mogły zredukować swoim pracownikom etaty do połowy. W tym czasie ci będą dostawali adekwatnie pomniejszone pensje.

Nie będą one mogły być jednak niższe niż 1276 zł brutto, czyli tyle, ile wynosi w tej chwili pensja minimalna. Część tej kwoty - 551 zł brutto (równowartość zasiłku dla bezrobotnych) - pokryje państwo z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych lub ze środków Funduszu Pracy. Z takiego rozwiązania przedsiębiorstwa będą mogły korzystać maksymalnie przez sześć miesięcy. Wcześniej jednak będą musieli się na to zgodzić sami pracownicy.

>>>Przez kryzys pracodawcy znów rządzą

"Myślę, że wielu z nich przystanie na taki wariant, bo jest on lepszy od całkowitej utraty pracy. A przedsiębiorstwo będzie miało czas na złapanie oddechu i znalezienie nowych kontrahentów" - twierdzi Mordasewicz. "Jednak na podstawie doświadczeń holenderskich, gdzie taka możliwość istnieje już od jakiegoś czasu, można przypuszczać, że z podobnego rozwiązania nie będzie korzystało wiele firm" - dodaje.

Zdaniem eksperta z PKPP Lewiatan o wiele większym powodzeniem będzie się cieszyła zmiana dotycząca elastycznego czasu pracy i wydłużenie okresu rozliczeniowego z 4 do 12 miesięcy. Dzięki temu na przykład firmy budowlane, które zimą mają niewiele pracy, będą mogły dawać zajęcie pracownikom przez trzy dni w tygodniu, a wiosną i latem wydłużyć im czas pracy do sześciu dni. Firma uniknie w ten sposób wypłacania dodatkowych pensji za nadgodziny, Jednak i na to pracodawca będzie musiał najpierw uzyskać zgodę pracowników.

Chwalonym przez ekspertów rozwiązaniem są też dofinansowywane przez państwo nawet w 80 proc. szkolenia zawodowe dla pracowników. Otrzyma je każda firma, która z braku zamówień zostanie zmuszona do wstrzymania produkcji i wystąpi z odpowiednim wnioskiem do Funduszu Pracy.