O nieprzyjemnym problemie w polskich szpitalach dr Pilecki napisał w miesięczniku "Primum non nocere", wydawanym przez Bydgoską Izbę Lekarską. Lekarz wydał wojnę brudnym pacjentom. Nie odmawia im badania, tylko sugeruje, by zadbali o higienę.

"Nie chcę nikogo urazić. Informuję tylko pacjenta, że musi wrócić na oddział i przygotować się do badania. Potem dzwonię do lekarza lub pielęgniarki i proszę, by dopilnowali, aby chory się wykąpał" - mówi "Gazecie Wyborczej". Gorzej wygląda sytuacja podczas wizyt prywatnych. Wtedy można tylko zwrócić uwagę.

>>> Jak na badania, to najlepiej po pijaku

Do tej pory o "śmierdzącym problemie" lekarze mówili tylko po cichu. Teraz gratulują koledze. "Winszuję Pileckiemu odwagi cywilnej" - mówi "Gazecie Wyborczej" Andrzej Otłowski z Mazowieckiego Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruźlicy w Otwocku.

"Kobiety, które czasami do mnie przychodzą, nie zmieniały bielizny od kilku dni. To widać, nie będę wchodził w szczegóły. Takim osobom zwracam uwagę. W jednym przypadku wystarczy znacząco pociągnąć nosem. Niestety, najczęściej muszę mówić wprost: <Proszę się umyć i wrócić na badanie>" - opowiada Leszek Włodarczyk, szef ginekologii w NZOZ Nowy Szpital w Świeciu, w Kujawsko-Pomorskiem.

Ale bywa też, że lekarze się boleśnie mylą. Tak było w przypadku zgwałconej łodzianki. "Lekarz popatrzył na mnie i zapytał... czy nie mam w domu łazienki. Pytał, dlaczego mam takie brudne nogi" - mówiła 19-latka "Dziennikowi Łódzkiemu".

Co o postępowaniu doktora Pileckiego sądzi NFZ? "Nie odmawia wykonania badania, tylko odracza je na pół godziny, godzinę. Nie ma więc zagrożenia, że pacjent ucierpi. Przecież nie mówimy o chorych, których życie jest zagrożone i trzeba szybko ich zdiagnozować" - mówi "Gazecie Wyborczej" Mariola Tuszyńska, rzeczniczka praw pacjenta przy Narodowym Funduszu Zdrowia w Bydgoszczy. Dodaje, że jeszcze żaden pacjent nie poskarżył się na dr. Pileckiego.