17 lipca 98-metrowy maltański okręt "Arctic Sea" kończy remont w stoczni w Kaliningradzie. Na pokładzie jest 15 Rosjan, wszyscy pochodzą z zimnego Archangielska. Kapitanem jest 50-letni Siergiej Zariecki. Operatorem statku jest tajemnicza firma Oy Solchart Management AB, założona niecały miesiąc wcześniej. Jej kapitał zakładowy opiewa na 15 tys. euro, a właścicielami jest trzech Rosjan z Wiktorem Matwiejewem na czele. Matwiejew wcześniej był nawigatorem marynarki handlowej. Pochodzi z Archangielska jak cała jego załoga.

ŻARTOWALIŚMY Z TYM PORWANIEM

"Arctic Sea", który w przeszłości czterokrotnie zmieniał banderę, bierze kurs na fiński port Pietarsaari. Tam przechodzi kontrolę celną, po czym następuje ładunek 6,4 tys. metrów sześc. drewna o wartości 1,3 mln euro.

Towar należy do szwedzko-fińskiego joint venture Rets Timber. Oficjalnie drewno jest jedynym ładunkiem. Na początku sierpnia jednak przedstawiciele jednej z firm tworzących joint venture powiedzieli Intierfaksowi, że na pokładzie "Arctic Sea" znajdował się nie tylko ich ładunek. Co konkretnie mieli na myśli? Nie wiadomo.

22 lipca okręt ruszył w stronę algierskiego portu Bidżaja. Nigdy tam jednak nie dopłynął. Już dwa dni dni po opuszczeniu fińskiego, między szwedzkimi wyspami - Gotlandią a Olandią - na statek miało wejść kilku albo kilkunastu zamaskowanych mężczyzn, którzy - mówiąc łamaną angielszczyzną - przedstawili się jako służby antynarkotykowe. "Na mostek weszli z dwóch stron, kolegę zrzucili z krzesła na podłogę, związali i zawołali kapitana" - opowiadał jeden z członków załogi telewizji Wiesti. Zgodnie z jego słowami kapitan zdołał wysłać SMS, że na pokładzie są piraci. "Odbiorca SMS-a oddzwonił, pyta, co u was, czy to prawda, że statek został porwany? A kapitan pod pistoletem, co on im będzie mówił, <nie, żartowaliśmy>" - relacjonował. "To byli profesjonaliści, podobni do amerykańskich elitarnych żołnierzy".


Powiedzieli, że szukają kokainy, którą miano nam załadować w Kaliningradzie - mówił kapitan szwedzkiej policji podczas rozmowy telefonicznej 31 lipca.

Marynarze mieli stawić opór. Trzech zostało rannych. "No, trochę tam sprzeciwu było" - mówił jeden z członków załogi z raną na ręku. Według pierwszej wersji napastnicy przez 12 godzin przeszukiwali statek, po czym mieli opuścić pokład, a "Arctic Sea" ruszył w dalszą drogę. Załoga wysłała szwedzkiej policji mejle ze zdjęciami doznanych obrażeń - to pewna informacja, potwierdzona przez Sztokholm. Skoro jednak porywacze faktycznie opuścili jednostkę, dlaczego kapitan nie wpłynął do żadnego z portów, aby zgłosić napad i opatrzyć rany swoich marynarzy? A jeśli jednak - jak obecnie informują rosyjskie władze - porywacze na statku pozostali, jakim cudem kapitan mógł się skontaktować 31 lipca ze Sztokholmem?

Na razie jednak "Arctic Sea" płynie w stronę Atlantyku. Nikt nie zainteresował się dziwnym wypadkiem u wybrzeży Olandii. Informacje o nim przedostają się do mediów dopiero 30 lipca, gdy materiał na ten temat prezentuje szwedzka telewizja SVT1. Tymczasem statek pod maltańską banderą minął duńskie cieśniny i wszedł na kanał La Manche. To dwa morskie przejścia o niezwykłym zagęszczeniu jednostek. Dlatego obowiązują tam specjalne zasady przepływu. Kapitanowie mają obowiązek zameldować się drogą radiową w specjalnych placówkach. 29 lipca "Arctic Sea" łączy się z angielskim Dover. "Kontakt sugerował, że wszystko jest OK, ale nie wiemy, czy czasem nie rozmawialiśmy z porywaczem lub z członkiem załogi z pistoletem przystawionym do głowy" - mówił później Mark Clark z Agencji ds. Morza i Ochrony Wybrzeża (MCA).

MCA wiedziała od holenderskich kolegów, że statek miał w Szwecji problemy. Nic jednak w tej sprawie nie zrobiono.

TU NIE CHODZIŁO O DREWNO

Od tej pory łączność ze statkiem została zerwana (nie licząc tajemniczej rozmowy kapitana Zarieckiego ze Szwecją). Wkrótce okręt ginie też z ekranów radarów. Jego ostatnia znana pozycja to okolice Zatoki Biskajskiej, oblewającej brzegi Francji i Portugalii. Jednak dopiero tydzień po tym, jak 4 sierpnia jednostka nie pojawia się w Bidżai, Moskwa rozpoczyna poszukiwania. Bezprecedensowe, bo do akcji włączają się cztery okręty Floty Czarnomorskiej, dwie atomowe łodzie podwodne, a nawet sztuczne satelity. "To znaczy, że Rosji nie chodziło o drewno, tylko o jakiś inny ładunek, choćby przemycany sprzęt wojskowy. W przeciwnym razie nikt by nie wysyłał za statkiem takich sił. Takie zachowanie nie leży w stylu rosyjskich przywódców" - mówi DZIENNIKOWI były agent sowieckiego wywiadu wojskowego Wiktor Suworow. - Ładunek był albo tajny, albo przemycany - potwierdzał redaktor naczelny magazynu "Morskoj Biulletień - Sowfracht" Michaił Wojtienko, najsilniej zaangażowany w wyjaśnienie tajemnicy "Arctic Sea".


Natychmiast pojawiają się spekulacje, dokąd "Arctic Sea" został porwany.

Ktoś widzi podobną łódź w hiszpańskim San Sebastian, inni mówią o wybrzeżach Brazylii czy okupowanej przez Maroko Sahary Zachodniej.

Według najbardziej fantastycznej wersji okręt stoi w pamiętających czasy Trzeciej Rzeszy tajnych dokach w jednym z norweskich fiordów. - Teoretycznie można w nich ukryć taką jednostkę - mówi portalowi L!fe.ru Igor Kudrin z Sanktpetersburskiego Klubu Marynarzy Okrętów Podwodnych.

Ostatecznie statek odnaleziono w nocy z 16 na 17 sierpnia 240 mil morskich na zachód od Zielonego Przylądka, wyspiarskiego państwa u wybrzeży Senegalu. Jak później informował rosyjski przedstawiciel przy NATO Dmitrij Rogozin, "Arctic Sea" płynął w stronę jednego z państw Afryki Zachodniej: Gambii, Gwinei Bissau bądź Senegalu. Marynarze korwety "Ładnyj" przejmują porwany okręt bez jednego wystrzału.

Aresztowano osiem osób - obywateli Estonii, Łotwy i Rosji. Jak twierdzi później talliński dziennik "Postimees", obywatele Estonii nie są etnicznymi Estończykami (w domyśle - to Rosjanie), zaś osoby z paszportami Federacji Rosyjskiej mają w Estonii prawo stałego pobytu. 20 czerwca na wojskowym lotnisku Czkałowskij w Szczołkowie pod Moskwą lądują trzy samoloty typu Ił-76. Wiozą 11 z 15 marynarzy (reszta musiała zostać na "Arctic Sea"), ośmiu "piratów" i rosyjskich śledczych.

W PIRATÓW NIKT NIE WIERZY

Kto tak naprawdę porwał "Arctic Sea"? Jeśli rzeczywiście byli to bałtyccy Rosjanie, dlaczego rozmawiali ze sobą łamaną angielszczyzną?

Czy rzeczywiście tak było, a może w ten sposób próbowali dezinformować pościg? O tym, że oficjalne komunikaty władz niekoniecznie tłumaczą wszystkie okoliczności porwania, świadczą słowa Michaiła Wojtienki.


"Muszę myśleć o swojej skórze. Pojmujcie to, jak chcecie" - napisał na łamach "Morskiego Biulletienia" tuż po odnalezieniu statku. Zwykłych piratów można raczej wykluczyć. Po pierwsze podobnego zdarzenia nie było na północnym Atlantyku od 300 lat. Domeną współczesnego piractwa są wybrzeża Somalii i Azji Południowo-Wschodniej. Po drugie kto i po co miałby atakować statek z tak mało wartościowym ładunkiem, gdy dookoła pływają jednostki z nawet stokrotnie cenniejszym towarem? Po trzecie porywacze zachowywali się zbyt profesjonalnie jak na zwykłych kryminalistów. Choćby wówczas, gdy na trasę ucieczki wybrali okolice Zielonego Przylądka, gdzie okręty podwodne nie mogą prowadzić działań.

"Ładnyj" musiał lawirować między 17 wyspami archipelagu, by dojść do porwanych. "Wersji z piratami nikt nie kupuje" - podkreślał w rozmowie z "The Guardian" David Osler z branżowego "Lloyd’s List".

Jeśli nie piraci, to kto? Wiktor Suworow twierdzi, że w sprawę musiały być zaangażowane służby specjalne. "Być może w ładowni statku znajdowała się broń przeznaczona dla jednego z państw Bliskiego Wschodu".

Ktoś - obce specsłużby - chciał udaremnić dostawę i wkroczył w Szwecji na statek. To by tłumaczyło zaangażowanie Floty Czarnomorskiej - spekuluje. Zainteresowanie służb tłumaczyłoby także, dlaczego rodziny marynarzy dostały zakaz kontaktów z prasą, a archangielskie biura operatora statku przeszukała FSB. Co więcej, pięć dni po uwolnieniu marynarzy (do chwili zamknięcia tego numeru "Magazynu") służby nadal nie pozwalały na kontakt z rodzinami! "Nie mogę tego zrozumieć. Przecież żony się martwią" - mówi DZIENNIKOWI szef archangielskiego oddziału Rosyjskiego Związku Zawodowego Marynarzy Aleksandr Krasnosztan. "Marynarze są przesłuchiwani przez służby. W podobnych przypadkach trwa to zazwyczaj 2 - 3 godziny, ale nigdy kilka dni" - dodawał. "Jeżeli okaże się, że w porwaniu palce rosyjskie służby, będzie to olbrzymia wpadka Kremla" - komentuje Suworow w rozmowie z nami.

Inni eksperci sądzą, że o tajemniczy ładunek "Arctic Sea" toczyła się kryminalna rozgrywka. "Wygląda na to, że rosyjscy mafiosi chcieli po raz pierwszy wypróbować model działania stosowany w Somalii" - mówił DZIENNIKOWI szef Anti Piracy Maritime Security Solutions Nick Davis.


Mogło chodzić o przemyt broni lub narkotyków - najbardziej dochodowe gałęzie kontrabandy. Tę ostatnią wersję od początku podawali m.in. szwedzcy policjanci. "Cała sprawa wygląda jak spór między rosyjskimi grupami interesów" - mówił gazecie "Le Monde" ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa na morzu David Osler. Potwierdza to choćby wygląd zatrzymanych - to potężnie zbudowani, wytatuowani grubą więzienną kreską mężczyźni. Według estońskiej policji większość z nich to recydywiści.

Sami tłumaczą, że są… ekologami, którzy weszli na pokład "Arctic Sea", gdy ich łódź ucierpiała w skutek burzy. Jaką organizację reprezentują? "Nie wiem, jakieś prywatne biuro" - powiedział telewizji Rossija jeden z nich, przedstawiony jako Andriej Łuniew.