Max Fuzowski: Słyszał pan, że Witkacy przeżył II wojnę światową?
Janusz Degler: Słyszałem o planowanym na jesień filmie "Mistyfikacja" Jacka Koprowicza. Nie ukrywam, że cała ta koncepcja mnie głęboko zaskoczyła i zniesmaczyła.

Zdaniem Koprowicza Witkacy 18 września 1939 roku finguje własne samobójstwo. Reżyser opiera swoją teorię na kilku przesłankach: po wojnie kochanka artysty, Czesława Oknińska, odbiera od dentysty jego sztuczną szczękę, w Desie sprzedaje najpewniej nowe portrety Witkacego, a do innych znajomych docierają pocztówki od artysty.
Biedny Witkacy znów staje się ofiarą reżysera z tzw. pomysłami. Są granice prawdopodobieństwa i złego smaku. Życie Witkacego od kolebki do tragicznej śmierci to gotowy scenariusz, wystarczy go tylko napisać. Powiem krótko - to kompletna bzdura niemająca nic wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, ten film umacnia czarną legendę Witkacego.

Rozumiem, że sensacyjną, ale dlaczego od razu czarną?
Ta legenda związana z dziwactwami Witkacego, jego erotycznymi przygodami, zakopiańskimi imprezami czy alkoholem była popularna już w okresie międzywojennym. Ale przecież prawda o nim jest dużo bardziej skomplikowana. Witkacy to również człowiek ciężko pracujący, który potrafi dzielić swój czas na pisanie, lektury, pracę portrecisty. Do tego dochodziły regularne wycieczki w góry i życie towarzyskie. To człowiek, który walczy uparcie ze słabościami i nałogami, choćby z paleniem papierosów. Ciągle wytycza sobie nowe zadania. W listach do żony Jadwigi nieraz oświadcza: "zaczynam nowe życie na wielką skalę".

W pana książce "Witkacego portret wielokrotny" wychodzi na wrażliwca.
Portretuję człowieka, który zmaga się z kłopotami, od materialnych po związane z własną osobowością, a jednocześnie pozostaje bardzo samotny. Zdawał sobie sprawę, że ani jego twórczość, ani proroctwa nie znalazły akceptacji i zrozumienia. Mimo całego poczucia humoru, autoironii pozostawał postacią głęboko tragiczną. Jego prawdziwą twarz można zobaczyć dzięki listom do żony. Ta korespondencja od 1923 do 1939 roku ukazuje doskonale zorganizowanego twórcę. To ponad 1200 listów nie przeznaczonych do publikacji, szczerych do bólu, niezwykle osobistych.


To w nich Witkacy otwarcie oświadcza żonie o swoich zdradach, wypłakuje się, gdy kochanki od niego odchodzą...
Jego małżeństwo z Jadwigą nie było udane. Wzięli ślub nie z miłości, a rozsądku. Trzeba pamiętać, że nie byli młodzi. On miał już 38 lat, ona 30, a więc wedle ówczesnych poglądów była starą panną i na dodatek bez posagu. Witkacy postanowił stworzyć rodzaj ustabilizowanego życia. To zaważyło na jego decyzji o małżeństwie. Ponadto był człowiekiem przesądnym i znana wróżka warszawska przepowiedziała mu, że w 1923 roku nastąpi w jego życiu istotny przełom. Uznał, że to będzie właśnie małżeństwo. Żyli wspólnie dwa lata, po czym ona wróciła do Warszawy. Ich związek przechodził różne etapy: zauroczenia, potem nastąpiły zdrady. Jadwiga je przeżywała. Później przyszła dwuletnia całkowita separacja. Ale ona rozumiała Witkacego, wiedziała, że jest mu potrzebna. Przyznawał się, że ma inne kobiety, ale nie przestaje jej kochać. Mógł się jej zwierzać z problemów, także z tych z Czesławą Oknińską-Korzeniowską, która często od niego odchodziła. Ciężko to przeżywał, popadając w depresję. Tak było w 1938 roku, żona gotowa była mediować z Czesią, żeby wybaczyła mu kolejną zdradę.

Trochę to skomplikowane.
Jadwiga otwarcie wyznała, że była kobietą zimną. Różnili się temperamentem, a Witkacy potrzebował wielu kobiet. Ona wzięła na siebie część odpowiedzialności za to, że ich małżeństwo nie mogło być oparte na zwykłych relacjach. Czy ją wykorzystywał? Tylko tak, jak korzystamy z oddanego przyjaciela.

Czego szukał w licznych romansach?
W jego systemie filozoficznym centralnym punktem była monada, czyli istnienie poszczególne, zdolne do uczuć metafizycznych. Może nim być np. silne, wyjątkowe przeżycie miłosne. Być może Witkacy jak bohaterowie jego sztuk, i jak Don Juan takiego przeżycia poszukiwał. Ale raz po raz przeżywał rozczarowanie. W jednym z listów do żony otwarcie wyznał: "babami (piętrząc takowe jedną na drugą) zapychałem kompletną pustkę". Witkacy był niewątpliwie mężczyzną niebagatelnej urody, bardzo się podobał kobietom. Z jego strony to nie była erotomania, raczej poszukiwanie wyjątkowej miłości.


Kolejnej demonicznej kobiety?
Tych demonicznych kobiet nie było zbyt wiele. Właściwie tylko spotkana w młodzieńczym okresie życia, 8 lat starsza Irena Solska. Inne były wręcz przeciwieństwem femme fatale. Czesia to skromna urzędniczka niemającą nic z wampa. Sądzę, że on miał potrzebę formowania kobiet, miał coś z kompleksu Pigmaliona. W jednym z listów do żony pisze: "ja cię stworzyłem, jesteś taka, jak chciałem, żebyś była". Gdy jako mężczyzna 50-letni poznał 17-latkę, woził ją do Warszawy, wprowadzał na salony, chciał z niej zrobić aktorkę. To tworzy bardzo skomplikowany obraz jego stosunków z kobietami.

Jakby chciał rolę twórcy przenieść ze sztuki do życia.
Dokładnie tak, bo życie pojmował jako dzieło sztuki. Nie chodzi tylko o teatralizację życia, bo wiemy, że wokół siebie organizował teatr, swoim znajomym rozdawał rozmaite role. Był świetnym reżyserem i - boję się użyć tego słowa, ale chyba jest najodpowiedniejsze - performerem.

Czasami ten performance wymykał mu się spod kontroli. Jak choćby w wypadku śmierci narzeczonej Jadwigi Janczewskiej w 1914 roku. "Mistyfikacja" ma zaczynać się od sceny, gdy Janczewska popełnia samobójstwo, bo myśli, że Witkacy zabił się przez jej romans z Karolem Szymanowskim.
Istnieje kilka wersji przyczyn tej śmierci. Inna mówi, że mimo próśb Jadwigi Witkacy pojechał do Ireny Solskiej i wtedy zabiła się z rozpaczy. Ale jest i mniej popularna, ale bardziej prawdopodobna. Jadwiga zakochała się w Szymanowskim. Nie chcąc dzielić przyjaciół, zdecydowała się odejść. Przyjaciel autora "Szewców", Karol Ludwik Koniński miał po latach powiedzieć Kazimierzowi Wyce, że Jadwiga była w ciąży. Pozostaje oczywiście nierozstrzygnięte pytanie, kto mógł być ojcem - Witkacy czy Szymanowski.

Podobno już po śmierci Janczewskiej Witkacy zaczął intensywnie myśleć o własnym samobójstwie, do którego doszło 25 lat później.
W pierwszym momencie rzeczywiście myślał o odebraniu sobie życia, bo środowisko zakopiańskie jego czyniło winnym śmierci Jadwigi. Świadczą o tym listy, który wtedy pisał do przebywającego w Londynie przyjaciela Bronisława Malinowskiego. Z tego traumatycznego przeżycia miał go wyzwolić wyjazd właśnie z Malinowskim na Nową Gwineę. Wyrzuty sumienia zakłóciły mu całą podróż i gdy byli już w Australii, dowiedział się, że wybuchała I wojna światowa. Postanowił wrócić. Po co? Aby wziąć udział w walkach na froncie i śmiercią wymazać swoją winę za śmierć narzeczonej.


Rzeczywiście Witkacy, zabijając się 18 września 1939 roku, chciał zaprotestował przeciwko wkroczeniu Sowietów na polskie ziemie?
Skonkretyzowana myśl o samobójstwie pojawiała się coraz częściej od 1937 roku. Pisał o tym w listach do żony, a także do niemieckiego filozofa Hansa Corneliusa. To było związane z kompleksem hemingwayowskim. Witkacy był człowiekiem nadzwyczaj aktywnym, kiedy zaczął podupadać na zdrowiu - chorować na nogi i serce, oraz czuć lęk przestrzeni - bardzo to przeżywał. Ale ważniejszy jest wątek proroczy. On przewidział wybuch wojny światowej, radził znajomym, aby kupowali mąkę, bo katastrofa jest nieunikniona. Oczywiście samobójstwo 18 września pozwala interpretować je jako protest polityczny, ale tu było coś głębszego. Witkacy widział w zderzeniu się dwóch totalitaryzmów na ziemiach polskich spełnienie swych proroctw. Był przekonany, że zmierzamy ku katastrofie, po której nastanie ludzkość zunifikowana, przypominająca społeczeństwo mrówek. Miał też świadomość, że gdyby się dostał w ręce Sowietów jako oficer carskiej armii, mógłby zostać rozstrzelany, torturowany, a tortur bał się bardzo.

Witkacemu zależało mu na przebiciu się na Zachodzie?
Miał nadzieję, że jego sztuki zostaną wystawione w Paryżu. Nawiązał kontakt z Jeanem De La Hire, autorem trzeciorzędnych powieści, ten obiecał wypromować teksty Witkacego we Francji. Wyłudził od niego sporą sumę pożyczonych pieniędzy. Kontakt z tym pisarzem nawiązała Jadwiga podczas pobytu we Francji i wszystko wydawało się prawdopodobne. Jednak De La Hire okazał się oszustem, podając za swojego wspólnika niejakiego Cazala, a był to jeden z jego licznych pseudonimów. Nadzieje na podbicie scen paryskich okazały się płonne. Ale czy miał wówczas szanse na to? Proszę sobie przypomnieć, z jakim trudem przebijał się Joyce, z jakim trudem odczytywano niektóre tomy Prousta.

Jak to często bywa, uznanie przyszło późno?
Był prekursorem teatru groteski, absurdu. Po latach, gdy jego sztuki dotarły na Zachód, widzowie chcieli poznać ich autora i byli zdziwieni, gdy dowiadywali się, że nie żyje od dekad. W 1983 roku wielkim sukcesem była wystawa jego zdjęć w paryskim Centre Pompidou. Nie chciano uwierzyć, że takie fotografie mogły powstać przed rokiem 1914. Wkrótce w PIW ukaże się trzeci tom tej korespondencji obejmujący lata 1932 - 1935. Okazją do wyjątkowego poznania jego twórczości malarskiej będzie wystawa ze zbiorów Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, obejmująca 260 obrazów i portretów. Towarzyszyć ona będzie międzynarodowej sesji witkacowskiej zorganizowanej przez muzeum. Na niej dokona się swoista zmiana warty witkacologii, albowiem większość jej uczestników to młodzi badacze.


Fachowcy mówią, że portrety to najmniej interesująca, choć najbardziej znana część jego twórczości. Zgadza się pan?
Poziom poszczególnych prac może budzić kontrowersje. Ale działalność firmy portretowej to wielkie dzieło. Witkacy nie tylko tworzył świetne portrety psychologiczne, ale też udało mu się stworzyć zbiorowy portret polskiej inteligencji, ludzi ze świata kultury i sztuki, historyków, polityków. Proszę sobie wyobrazić te 4 tysiące prac zebrane w jednym miejscu. Wielka wystawa świata polskiej inteligencji, który po II wojnie na dobre zniknął.

Dziś Witkacy byłby doceniony, czy raczej zostałby bohaterem bulwarówek?
Na pewno nieustannie dostarczałby powodów do tego, żeby go pokazywać na pierwszej stronie, często może z wywalonym językiem. Lubił prowokować opinie publiczność, gorsząc niekonwencjonalnym zachowaniem. Byłby przedmiotem plotek, skandali, to też był jego żywioł.

Lubił sławę?
Nie starał się o nią specjalnie. Raczej drażniła go nieautentyczność życia w Polsce poddawanego presji konwencji i rytuałów. I sądzę, że tym można tłumaczyć jego nietuzinkowe zachowania. Stąd przydomek wariat z Krupówek. Nie przejmował się tym specjalnie. Pisał w przedmowie do "Narkotyków", że posądza się go nawet o to, że żyje seksualnie ze swoją kotką.

Ale przecież sam organizował prowokacje. Szedł się golić do fryzjera, którego narzeczona była jego kochanką.
To była raczej próba sprawdzenia, na ile jest zdolny wyjść na przeciw śmierci. Idzie do zdradzonego kochanka. Siada na fotelu i widzi, jak ten ostrzy brzytwę. Pewnie zastanawia się - poderżnie mi gardło czy nie. To był rodzaj metafizycznego doświadczenia. Witkacy zawsze mówił, że istotne doznanie metafizyczne jest nam dostępne jedynie w obliczu śmierci.

Narkotyki, alkohol, romanse... Dążył do samozniszczenia?
Nie widzę tu elementu autodestrukcji. Bardzo dbał o kondycję fizyczną, był przeczulony na punkcie czystości. Potrafił umiejętnie wydostać się z zażywania peyotlu. Zaczynał od porannych ablucji przez gimnastykę, którą zalecał wszystkim Polakom, po częste wycieczki w góry. To było wyrazem chęci życia. Ale u niego nie ma nic prostego. Bo choć myśl o śmierci mu towarzyszyła, to przecież nie znaczy, że chciał ją urzeczywistnić. W obliczu katastrofy 1939 roku nie wahał się wyjść jej naprzeciw.

*Janusz Degler (ur. 1938) - teatrolog, badacz twórczości Witkacego, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. We wrześniu ukaże się w PIW jego książka "Witkacego portret wielokrotny".