Nie chodzi tu o yeti znane z opowiadań Tybetańczyków, ale o podobnego doń śnieżnego człowieka, znanego pod nazwą "ałmys" (lub "ałmas"), co znaczy "nieuchwytny". Rosjanie wyciągnęli wnioski z polityki turystycznej innych narodów i odkryli, że na pobudzającej wyobraźnię legendzie można zarobić niezłe pieniądze. "U nas w okolicy prawie każdy hotel organizuje wycieczki śladami yeti" - mówi nam Tatjana Chlebnikowa ze schroniska turystycznego Triochrieczje. Najpierw krótka podróż skuterem do "legowiska yeti" w Pieczarze Azasskiej, po powrocie do "turbazy" bania i ognisko z szaszłykami. - I nawet jeśli któraś z grup śnieżnego człowieka nie spotka (Tatjana przyznaje, że jeszcze żadna nie spotkała - red.), nie ma mowy o rozczarowaniu. Piękna przyroda i urok tajemnicy zadowalają najbardziej wybrednych turystów - dodaje.

Schronisko Triochrieczje znajduje się w wiosce Ust-Kabyrza w przepięknych górach Górnej Szorii, zaliczanych do Ałtaju. Nietknięta dziewicza przyroda i wyśmienite warunki narciarskie od dawna przyciągają turystów z całego byłego ZSRR. Górną Szorię miejscowi lubią nazywać Syberyjską Szwajcarią, jednak najwyraźniej do tej pory nie udawało im się wykreować wyrazistego symbolu, bez jakiego trudno zawalczyć o turystę. Choć mieszkańcy szczycą się urodzonym tu dziesięciokrotnym mistrzem świata w boksie Jurijem Arbaczakowem, trudno na nim oprzeć strategię reklamową. Z pomocą przyszło inne stworzenie, choć pewnie dysponujące porównywalną siłą ciosu: "snieżnyj czełowiek".

40 lat poszukiwań

Wszystko zaczęło się zimą 2009 r. Do władz rejonu tasztagolskiego (tam znajduje się schronisko Triochrieczje) zaczynają napływać kolejne relacje o spotkaniach z dziwnymi owłosionymi stworami. Dwumetrowe bestie miały ciemnorude futro, nieźle chodziły też po drzewach. Do wszystkich spotkań doszło w okolicach Pieczary Azasskiej niedaleko Ust-Kabyrzy. Na miejsce szybko przybywa rosyjski kryptozoolog (kryptozoologowie zajmują się poszukiwaniem zwierząt, które oficjalnie nie istnieją) Igor Burcew. Naukowiec od 40 lat zajmuje się tropieniem ałmysów. Szukał ich już w górach Ałtaju, Pamiru i Kaukazu, a nawet w obwodzie moskiewskim. Jak dotąd bez rezultatu, jeśli nie liczyć kilkunastu gipsowych odlewów śladów yeti. "Chcemy zdobyć konkretne dowody, szczegółowo zbadać okolicę, zrozumieć, a może i odnaleźć śnieżnego człowieka" - mówił przed jedną z dwóch ekspedycji poszukiwawczych. Pierwsza, na którą tropiciel zaprosił dziennikarzy lokalnych i ogólnorosyjskich mediów, zakończyła się fiaskiem. Po drugiej Burcew ogłosił sukces - odnalazł szlak uczęszczany przez ałmysy. Obie ekspedycje współfinansował miejscowy potentat węglowy, firma Kuzbassrazriezugol.

"Nie dochodząc do szczytu 500-metrowego wzgórza Karatag, zwróciliśmy z przewodnikiem uwagę na nadłamane drzewo, stojące daleko od turystycznego szlaku" - opowiadał Burcew reporterowi tabloidu "Moskowskij Komsomolec". "Metr dalej - kolejne, potem drugie i trzecie… Poszliśmy tym szlakiem i znaleźliśmy ze 40 takich <markerów>. Złamane gałązki jarzębiny ułożone identycznie, co nie pozostawiło nam złudzeń: tego nie zrobiło zwierzę ani tym bardziej człowiek" - relacjonował. Osobisty sukces Burcewa stał się sukcesem całego obwodu kemerowskiego, do którego należy Górna Szoria. Władze i lokalni przedsiębiorcy zwęszyli interes.

Już w kwietniu przy szosie w jednej z górnoszorskich wiosek, Szeriegieszy, stanął pierwszy pomnik ałmysa. "Snieżnyj czełowiek" nie wiedzieć czemu trzyma w łapie… snowboard, a wielki napis pod jego skierowaną w stronę kierowców postacią głosi: "Myśliwi, nie spieszcie się". "To symbol dzikiej przyrody Górnej Szorii" - mówił "Moskowskiemu Komsomolcowi" pomysłodawca pomnika. W maju lokalne muzeum etnograficzne otworzyło specjalną wystawę poświęconą ałmysom, zorganizowano tam już kilka koncertów i pogadanek. To jeszcze nie wszystko: w Górnej Szorii wkrótce powstanie pierwsze w Rosji muzeum yeti. Dzięki temu o ałmysie - a co za tym idzie o rejonie tasztagolskim - napisała prasa w Rosji i na całym świecie. I o to chodziło! Lokalne hotele oraz "turbazy" organizują wycieczki do Pieczary Azasskiej. Miejscowego yeti reklamuje nawet oficjalna strona WWW trzymilionowego obwodu kemerowskiego. Pieczarę odwiedziły najważniejsze persony regionu - gubernator i szef lokalnego parlamentu. Władze w Kemerowie oparły na ałmysie kampanię PR-ową, która ma wykreować region jako turystyczne serce Syberii. I to się powoli udaje - od początku lata Górną Szorię odwiedziło 15 tys. turystów, czyli o 10 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. I to pomimo kryzysu, który każe Rosjanom redukować budżet urlopowy.

Biznes za 14 milionów dolarów

Gra jest warta świeczki. Za wzór może Rosjanom posłużyć Szkocja i jej znany na całym świecie potwór z Loch Ness, który przyniósł swoim gospodarzom 14 mln dol. O Nessie słyszał niemal każdy; nic dziwnego, że Loch Ness jest żelaznym punktem programu każdego turysty, który trafi na wyżyny środkowej Szkocji. Do tego stopnia, że miejscowych niepokoi spadająca liczba relacji o pojawieniu się w jeziorze tajemniczego zwierzęcia. Jak podają lokalne media, jest ich dwukrotnie mniej niż w poprzedniej dekadzie. "To może zwiastować kryzys" - niepokoił się Mikko Takala, założyciel Fanklubu Potwora z Loch Ness. Swoje potwory ma zresztą każde szanujące się jezioro na Wyspach Brytyjskich - szkockie Loch Quoich, irlandzkie Lough Fadda, walijskie Llyn Tegid…


Podobną strategię obrały już w latach 50. władze Nepalu, dla których yeti i wycieczki na Mount Everest to dwie strony jednego medalu. Przyciągają turystów i pozwalają naciągnąć co bardziej rozrzutnych. W 1957 r. władze w Katmandu rozpoczęły wydawanie pozwoleń… na polowania na człowieka śniegu. Cena? Jedyne 4 tys. dol. Rządzone dziś przez maoistów himalajskie państwo reklamuje się jako "kraina yeti". Nawet lokalne linie lotnicze nazwano "Yeti Airlines". Podobne skojarzenie wśród międzynarodowych podróżników próbuje wytworzyć też niedaleki Bhutan. Nawet jeżeli przybysz będzie miał pecha i nie natknie się na człowieka śniegu, będzie mógł wysłać do znajomych kartkę z yeti na znaczku pocztowym. Władze pocztowe w Thimphu takie znaczki wydały już w 1966 r. Do dziś są obiektem pożądania filatelistów - nie tylko ze względu na przedstawioną na nich postać, ale i niezwykły, trójkątny kształt.

Dla Bhutańczyków yeti to rzeczywistość. Czy podobnie myślą o nim mieszkańcy syberyjskich krańców Rosji? "Dla większości rdzennych Ałtajczyków ałmys jest istotą realną" - mówi DZIENNIKOWI publicysta i podróżnik Wojciech Grzelak, wiele lat mieszkający w sąsiadującej z obwodem kemerowskim Republice Ałtaj. "To groźna istota, mówi się, że w czasach zawieruchy, wojny, samice yeti porywały ludzkie dzieci" - dodaje. Ałtajczycy - by nie kusić złego - wolą nie używać nazwy "ałmys", a zamiast niej posługują się eufemizmami typu "tiukti diodo" (włochata goleń). "Dla nich nie są to ani zwierzęta, ani demony. Być może intuicyjnie - podobnie jak rosyjscy kryptozoologowie - traktują je jako istoty rozumne, które jednak zamiast ludzkich zdolności społecznych rozwinęły umiejętności uważane za nadprzyrodzone, dzięki nim skutecznie schodzą ludziom z drogi" - zastanawia się Wojciech Grzelak.

Rosyjskiemu Ałtajowi daleko jeszcze do okolic Loch Ness, gdzie każdy kubek i T-shirt ozdobiony jest poszukiwaną przez turystów podobizną Nessie. Na lokalnych bazarach nie ma na razie choćby matrioszek w kształcie śnieżnego człowieka. Jak pokazuje przykład obwodu kemerowskiego jest to zapewne tylko kwestia czasu. A ałmys - jeśli nawet istnieje - będzie musiał strzec się nie tylko pojedynczych myśliwych, ale i tysięcy turystów.