Krótko i przykładem: nikt nie wyobraża sobie, aby role Tommy Lee Jonesa w "Ściganym", Jacka Nicholsona w "Lśnieniu" czy setki innych wielkich ról były zagrane przez trzydziestolatków.

W Polsce A.D. 2009 aktor w okolicach pięćdziesiątki jest skończony, z prostego powodu - nie ma gdzie i nie ma czego grać. Najlepiej widać to po tych ludziach, którzy są symbolami polskiego kina przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli Kondracie, Pazurze, Lindzie czy Zamachowskim. Każdy z nich przeżywa swoją przedwczesną emeryturę mniej lub bardziej obrotnie, ale na pewno niezgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Zamachowski, poza grywaniem epizodów woli wciskać ludziom Neostradę, niż maglować się przez telewizyjne bagienko wyczynowych programów dla celebrytów. Kondrat, po dwóch genialnych rolach w filmach Koterskiego wycofał się z kina i zamiast tego wybrał bardzo przyjemny sposób zapewnienie sobie dostatniej i spokojnej starości, czyli handel winami. Problem w tym, że Kondrat nie ma nawet sześćdziesięciu lat. Niewiele młodszy od Kondrata Linda reżyseruje niskobudżetowe filmy, pogrywa w sitcomach czy pisze książki kucharskie, w których uczy, jak usmażyć stek jak prawdziwy mężczyzna, ale wszystkie te działania są smutnym ersatzem tego, co obecnie, ze swoim arcyciekawym emploi podniszczonego twardziela, mógłby grać.

Na brak scenariuszy narzekał ostatnio w jednym z wywiadów Cezary Pazura, chyba najsmutniejszy z wyżej wymienionych przypadków. Pozbawiony kinowych ról Pazura rzucił się w parę - równie katastrofalnych - inicjatyw jednocześnie. Z jednej strony zaanrażował publiczne, godne Edyty Górniak przedstawienie ze swojego życia prywatnego i związku z dużo młodszą dziewczyną (której owo przedstawienie najwyraźniej się podoba), co spodziewanie owocuje internetowymi nagłówkami w rodzaju "Czarek jest pantoflem i musi siedzieć na chacie". Z drugiej strony niefortunnie reaktywował swoją karierę kabareciarza, występując ze swoim "stand up comedy" po siedliskach irlandzkiej Polonii, żądając dwudziestu czterech euro za bilet. Problem w tym, że Pazura bywał dobrym aktorem komediowym, ale bywał nim wtedy, gdy sprawny reżyser dobrze prowadził go przez sensowny scenariusz - vide "Kiler", "Chłopaki nie płaczą" czy "Nic śmiesznego". Dobry aktor komediowy nie musi być jednak wcale dobrym komikiem, który wymyśla już swoje własne dowcipy; te Pazurowe, o teściowej czy żebrze Adama to sztubacka żenada, przy której "Śmiechu warte" wydaje się być tak zabawne jak "Naga broń". Przy tych żenadach kompletnie gasną jego całkiem sensowne inicjatywy, jak wyprodukowanie dwa lata temu filmu "Wstyd" w reżyserii Piotra Matwiejczyka.

No cóż - aktor ma być przede wszystkim dobry w swoim fachu, wszystko inne można mu wybaczyć. Najsmutniejsze są jednak momenty, gdy dobry aktor w swoim najciekawszym okresie zupełnie nie ma gdzie grać. Siedemnaście lat temu Linda, Pazura i Kondrat stworzyli w "Psach" Pasikowskiego trzy nieśmiertelne kreacje, które w pewnym sensie zdefiniowały ich w oczach polskiego widza. Potem Lindzie przydarzył się Ślesicki, Pazurze Machulski, Kondratowi Koterski; rezultatem były filmy lepsze lub gorsze, ale zawsze wykorzystujące ich potencjał i mające jakiś tam charakter. Obecnie żaden z polskich Nicholsonów na dobrą sprawę nie gra w filmach. Czy nikt nie jest w stanie napisać im dobrego scenariusza? A może w tych kilkunastu powstających w ciągu roku w Polsce produkcjach jest miejsce tylko dla nośnych, młodych twarzy, z których producenci chcą wycisnąć jak najwięcej forsy, takich jak Szyc czy Dorociński? Podejrzewam, że jedno i drugie. Mam tylko nadzieję, że ci dzisiejsi bożyszcze nie będą za piętnaście lat w takiej samej sytuacji jak bohaterowie tego felietonu.