Grzegorz Brzozowicz: Pani życie dzieli się na to do śmierci Komedy i to po. Jak wyglądało życie bez niego?
Zofia Komeda-Trzcińska: Przez pierwszych siedem lat jeździłam po Polsce z wykładami o twórczości Komedy. W sumie dałam ich ponad tysiąc. W bagażniku samochodu miałam płyty, a nawet gramofon z kolumnami. Później nie wytrzymałam presji "Księstwa Warszawskiego" i na kolejne 20 lat zaszyłam się w Bieszczadach. Tam w 1981 roku zakładałam Solidarność Rolników Indywidualnych. Mówiłam panu, że jestem z ziemiańskiej rodziny.

Jak zginął pani mąż?
Tam na ścianie wisi zdjęcie, na którym Marek Hłasko płacze i przeprasza mnie za śmierć Krzysia. Byli pijani. Zataczając się, szli po krawędzi zbocza. W pewnym momencie Hłasko pchnął Komedę. Ten zachwiał się i spadł z urwiska. "Nie wiem, kiedy go zabiłem? Czy wtedy, kiedy go pchnąłem, czy kiedy go wnosiłem pod górę i się przewróciliśmy?" - tak mi to opisał sam Hłasko. "Jeśli on umrze, to ja też odejdę" - powiedział. Kiedy dowiedział się o śmierci Krzysia, połknął kilka pastylek nasennych i popił wódką. Uważam, że świadomie popełnił samobójstwo. Niektórzy twierdzą, że był to nieszczęśliwy wypadek.

Czy amerykańscy lekarze popełnili jakiś błąd? Komedę można było uratować?
Krzyś dopiero kilka tygodni po tym wypadku poczuł się niedobrze. Kiedy znalazł się w szpitalu, nie był do uratowania. Miał uszkodzony pień mózgu. Przywiozłam go do Polski. Jedno płuco było pełne ropy, która w końcu zalała również drugie. Miał ponoć gronkowca. Jeszcze w Stanach pielęgniarka powiedziała mi: "Zabierz go do Polski. On gnije od środka". Wszystko, co zarobił za na filmie "Rosemary’s Baby", poszło na nieudane leczenie w Stanach.

Jak na ten wypadek zareagował Polański?
Ja go bardzo kocham i lubię, ale z nim zerwałam. Kiedy Krzyś był konający, to się nie zgłosił. Dopiero jak przywiozłam go do Polski, to na trzy, cztery dni przed śmiercią zadzwonił z pytaniem, czy może w czymś pomóc. "Radzę ci, wróć do społeczeństwa i przestań być zwierzęciem" - odpowiedziałam mu i dodałam: "O Boże, obraziłam zwierzęta". To były ostatnie słowa, jakie mu powiedziałam. Teraz sobie myślę, że on się wcześniej nie zgłosił, bo nie wiedział, jak ma się zachować. To był biedny chłopak, który całą wojnę tułał się w strasznych warunkach. Nazywał się Rajmund Wilk i jako takiego go poznałam, służył u chłopów, pasł krowy, by jako żydowskie dziecko móc przetrwać wojnę.

Jak pani sądzi, gdyby nie tragiczna śmierć, w która stronę rozwinęłaby się twórczość Komedy?
On coraz mocniej wkraczał w muzykę symfoniczną, na co wskazują coraz bogatsze aranżacje ostatnich utworów. Raczej nie zostawiłby Polańskiego, bo jak wspomniałam, był niesamowicie lojalny. Nawet dziwiłam się, skąd się w nim to bierze. Myślę, że nie zerwałby z Polską, choć niewątpliwie tworzyłby przede wszystkim w Ameryce. Jemu ta Ameryka bardzo imponowała. To jego mieszczaństwo zaczęło tam z niego wychodzić. Pociągały go szybkie, luksusowe samochody. Uwielbiał brawurowo jeździć, ryzykował. Kupił sportowego żółtego forda mustanga, choć mi powiedział, że go tylko wynajął.

Był też ponoć niezłym narciarzem?
Na nartach jeździł brawurowo, ale to wynikało z jego kompleksów. Po przebyciu choroby Heinego- Medina miał krótszą jedną nogę. Ukrywał to przez taki nonszalancki, marynarski chód. Dopiero na rok przed śmiercią zaprowadziłam go do ortopedy, by mu zrobił wkładkę korkową do buta narciarskiego. Wcześniej jeździł na jednej nodze, co było niebywałą sztuką. Miał kompleksy, bo jak to się mówiło: "Ryży i kuternoga to przestroga od Boga". On nie tylko utykał, ale mimo że był blondynem, to baki i brwi miał ryżawe.

Imponował kobietom?
Robił na nich wrażenie, choć był niski. Zaledwie metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. On to był taki z cicha pęk. Były takie dwie, które w końcu go chyba dopadły: Sienkiewicz i Cembrzyńska. Ta Krystynka to się na niego zawzięła i chciała nas rozwieść. Ukróciłam to, ale ona się ostro za niego wzięła. Iga Cembrzyńska po prostu się łajdaczyła, więc to nie było groźne.

A o panią bywał zazdrosny?
Raz płakał z mojego powodu. Do Polski przyjechał niemiecki puzonista Albert Mangelsdorff. Zakochał się we mnie i jako uczciwy facet poszedł poinformować o tym Komedę. Między nami do niczego nie doszło, choć on mi się okropnie podobał. Był przepięknym mężczyzną i cenionym na całym świecie muzykiem. Wtedy jeszcze z Krzysiem nie byliśmy małżeństwem, ale nie przeszło mi przez myśl, żeby go zostawić. Podczas nocnej podróżny pociągiem z Sopotu do Warszawy usłyszałam szloch. Ciemno było, chcę pogłaskać Krzysia, a on ma całą twarz mokrą. On przypuszczał, że kiedy taki świetnie zarabiający mężczyzna z Frankfurtu się mną zainteresował, to ja z nim wyjadę. To właśnie była ta jego mieszczańska mentalność.

W końcu się pobraliście.
Chyba to ja jemu się oświadczyłam. Nie pamiętam. Pewnie ja, bo o wszystkim decydowałam. Jak się pobieraliśmy, zapowiedział mi, że nie chce mieć dzieci. "Ale ja już mam syna" - zaniepokojona odpowiedziałam. "Naturalnie wiem i to będzie nasz syn, ale na więcej dzieci nas nie stać. Jak będziemy mieli więcej dzieci, to będę musiał pracować na nie, a nie tworzyć to, co chcę". Mnie to było na rękę, bo dzięki temu mój Tomek, syn z pierwszego małżeństwa, nie słyszał w domu, że Krzyś to jego ojczym, a nie ojciec. Bardzo się zżyli i z inicjatywy Krzysia mówili sobie po imieniu.

Pod koniec lat 50. wręcz porwała pani Komedę i wywiozła do Krakowa.
Wówczas Komeda nie był tam ani znany, ani respektowany. To było szalenie mieszczańskie miasto, w którym gremialnie chodzono do opery i operetki, a jazz nikogo nie interesował. Wprawdzie ojciec Krzysia, jako naczelnik bankowy, miał piękne służbowe mieszkanie, a mnie udało się załatwić osiemdziesięciometrową pracownię dla Krzysia, ale i tak strasznie nie chciałam tam mieszkać. W końcu wywiozłam go do osiemnastometrowej, nieogrzewanej klitki z wilgotnymi ścianami. Ubikacja na podwórku, brak bieżącej wody, a zimą z sufitu czasem zwisały sople. Nie narzekał, bo w Krakowie miał swobodę i mnóstwo miłośników. Tam była cudowna atmosfera dla jazzu.

Oglądając film "Niewinni Czarodzieje" Andrzeja Wajdy czy czytając książki o polskim jazzie lat 50. i 60., można odnieść wrażenie, że żyliście w ciekawych, kolorowych czasach.
Czasy nie były ciekawe, to myśmy byli ciekawi. Nas kompletnie nie interesowała polityka. Wielcy artyści, tacy jak Łomnicki, Łapicki, chodzili na pochody pierwszomajowe, a myśmy odmawiali. W końcu Jan Byrczek, prezes Federacji Jazzowej, został wezwany do KC. Musieliśmy iść na pochód. Wzięliśmy tak jak wszyscy plansze, tylko zamiast portretów dygnitarzy państwowych umieściliśmy na nich wizerunek Czesława Niemena. Machaliśmy nimi w stronę loży honorowej, ale w telewizji już tego nie pokazali. Jazz był swoistym protestem przeciwko ówczesnej rzeczywistości. Komuniści nie umieli z nami walczyć. Zaskakiwało ich to, że nasze środowisko ich się nie bało, a komunizm to przede wszystkim był wielki strach.

Wódka była stałym elementem waszej rzeczywistości. Czy oprócz niej były inne używki? Komeda był przecież dyplomowanym lekarzem i mógł wypisywać recepty.
Nigdy nie doradzał w sprawach medycznych. Zawsze odsyłał do Andrzeja Trzaskowskiego, mówiąc, że on też jest lekarzem. Narkotykami nikt się wtedy nie interesował. Marihuanę po raz pierwszy przywiózł szwedzki saksofonista Berndt Resengren. Kiedy mu się skończyła, rzucił saksofonem o ziemię i powiedział, że bez niej nie umie grać. A było to przed zarejestrowaniem sekwencji do filmu "Nóż w wodzie" Polańskiego, kiedy żaglówka kręci się w kółko. Dopiero po mojej dłuższej namowie spróbował i okazało się, że potrafi grać bez marihuany. Jak wrócił do Szwecji, przysłał mi list. Na kopercie widniała pieczątka "Nie podlega ocleniu", a w środku cała koperta wypchana marihuaną. Dałam ją Karolakowi. Ucieszył się strasznie. Sama nie paliłam, ale nauczyłam Tomka Stańkę. Młodziutki był, no i zaskoczyło mu na całe życie. Co była za kretynka ze mnie.

Dziś Komeda ceniony jest przede wszystkim jako kompozytor muzyki filmowej. Czy pamięta pani jego pierwszą kompozycję?
To była kołysanka znana później z filmu krótkometrażowego "Dwaj ludzie z szafą" Polańskiego. Pamiętam dokładnie moment jej powstania. Podczas próby leżałam na fortepianie. Raptem zgasło światło, bo woźny chciał nam dać znać do zrozumienia, że przyszła jakaś kontrola. W tej ciemności Komeda zaczął przebierać palcami po klawiaturze i niespodziewanie zagrał melodyjkę. "Jakie to ładne" - powiedziałam. "Jakoś tak mi samo wyszło" - odpowiedział. "Będziesz kompozytorem" - powiedziałam. I tak się stało.