Rewolucja w głowach, a trzęsienie na rynku muzycznym

W ciągu siedmiu lat, między czerwcem 1962 a sierpniem 1969 r., Beatlesi zarejestrowali 185 piosenek, które uznawane są za "najwspanialszą kolekcję nagrań studyjnych XX wieku". Wpływ zespołu nie ograniczył się wyłącznie do muzyki, przemiany przemysłu rozrywkowego czy nawet wywrócenia do góry nogami kultury masowej. Rolę Wielkiej Czwórki najlepiej ujmuje tytuł słynnej książki Iana MacDonalda: "Rewolucja w głowach". Dziś, zwłaszcza z polskiej perspektywy, trudno jest pojąć, jakiego spustoszenia w umysłach Brytyjczyków dokonali czterej dwudziestolatkowie. W okresie szczytu beatlemanii, w latach 1963-1965, byli postrzegani przez londyński establishment jako nowy, zagrażający mu gatunek ludzki. Pochodzący z prowincji młodzieńcy nie tylko byli pozbawieni kompleksów, ale w sposób lekceważący traktowali ustaloną przez wieki społeczną hierarchię. Ich naturalna, a dla innych odkrywcza postawa sprowadzająca się do stwierdzenia "oto taki jestem i przyjmij mnie takiego", została podchwycona przez wielką, równie utalentowaną rzeszę młodych "nowych" ludzi. Każdy, kto chciał być poza ustalonym systemem, zapuszczał włosy i czekał na swój moment. Młodość ogarnęła świat w sposób przenośny i dosłowny.

Sukces spółki kompozytorskiej Lennon/McCartney spowodował trzęsienie ziemi na rynku muzycznym. Okazało się, że młodzi wykonawcy nie są skazani na branżowych wyjadaczy, mogą sami tworzyć i nieźle z tego żyć. Z muzyków estradowych Brytyjczycy stali się artystami. Jednak świat żądał od nich więcej i więcej. Domagał się, by zmienili się w proroków. Nie tylko inicjowali nowe trendy muzyczne, ale wypowiadali się o polityce, narkotykach i religii. W marcu 1966 r. John Lennon powiedział w "Evening Standard": "Chrześcijaństwo minie. Skurczy się i zniknie. Nie potrzebuję sprzeczać się na ten temat. Mam rację i to zostanie udowodnione. Jesteśmy dzisiaj popularniejsi od Jezusa. Nie wiem, co pierwsze minie - rock and roll czy chrześcijaństwo. Jezus był w porządku, ale jego uczniowie to prostacy. Wypaczyli jego naukę i dlatego nie ma ona dla mnie znaczenia". Arogancja? Raczej naiwność 25-letniej osoby, która w światłach reflektorów miała rozwiązywać problemy całego świata. Pamiętajmy, że w momencie rozwiązania zespołu, na jesieni 1969 r., żaden z bitelsów nie przekroczył 30 lat.


Sztuka zmieni historię

Co było później? John Lennon uznał, nie bez pomocy Yoko Ono, że jego sztuka będzie rodzajem pocisku mogącego zmienić historię. Niestety kula wystrzelona przez szaleńca dosięgnęła jego samego. Paul McCartney, nie bez sugestii żony Lindy, starał się być jak najbardziej normalny i w latach 70. nagrywał razem z nią w zespole Wings. Niestety w ostatnich latach, pod wpływem drugiej żony Heath Mills, zaczął traktować samego siebie nazbyt poważnie, aż w końcu uznał, że niektóre piosenki Beatlesów powinny być podpisane nie Lennon/McCartney, tylko na odwrót. George Harrison uciekł w mistycyzm. Ringo Starr skupił się na autoparodii i kosztowaniu wybornych drinków na najpiękniejszych wybrzeżach świata.


The Beatles byli i są uznawani za najlepszą komercyjną markę spośród wykonawców muzycznych. Do dnia dzisiejszego sprzedano ponad 600 mln ich płyt. Przez lata katalog Wielkiej Czwórki był chroniony jak najcenniejsze dobro narodowe. Ich nagrania nie były sprzedawane do reklam ani nie pojawiały się w filmach. Co więcej, piosenki Beatlesów, jako prawdopodobnie ostatnich wykonawców z rockowej ekstraklasy, wciąż są niedostępne w internetowych sklepach muzycznych typu iStore. Dopiero w 1987 r. ich albumy pojawiły się na kompaktach. Niestety nagrania brzmiały cienko, a okładki miały mizerną szatę graficzną. Dopiero teraz dyskografię zespołu otrzymamy w wersji godnej Najsłynniejszego Zespołu Wszech Czasów. Albumy mają kartonowe koperty, które są replikami oryginalnych okładek czarnych płyt, a limitowane wersje zostaną wzbogacone o DVD z dokumentalnym filmem o powstaniu danego albumu. Dodatkowo 9 września pojawią się dwa wypasione boksy - jeden z 14 albumami w stereo, drugi z 11 w mono. By było ciekawiej, ten drugi jest droższy o blisko 130 zł.


Gra wideo w służbie beatlemanii

To nie wszystko. Tego samego dnia ukaże się gra wideo "The Beatles: Rock Band" i to ona przyciąga największą uwagę mediów. Podczas oficjalnej prezentacji w Los Angeles Ringo Starr powiedział: "Gra jest dobra, grafika bardzo dobra, no i my byliśmy wspaniali". Następnie dodał: "Uwielbiam sposób, w jaki się poruszam". I zaprezentował roboto-krok. Paul McCartney był równie wylewny: "Uwielbiamy grę, jest fantastyczna, cudowna, cieszcie się nią". I pokazał, jak należy grać na niewidzialnej gitarze. Wystąpienie eks-Beatlesów trwało minutę i dwadzieścia sekund, negocjacje w sprawie wydania gry ponad dwa lata.

Szacuje się, że dochody ze sprzedaży symulatora umożliwiającego wcielenie się w jednego z muzyków Wielkiej Czwórki przewyższy zdecydowanie zyski ze sprzedaży wznowionych albumów. Łza się w oku kręci na myśl o towarzyskich spotkaniach, na których podstarzali rockmani skaczą po domu z plastikowymi gitarami. Według marketingowych speców ten produkt jest jednak skierowany do młodego pokolenia. Dzięki zainteresowaniu grą jest szansa, że dzieciaki też sięgną po płyty zespołu. To nie wznowienie dyskografii Beatlesów było impulsem do wydania gry, lecz na odwrót. Przed 22 laty pojedynczy kompakt grupy kosztował 16 funtów, co jest równowartością dzisiejszych 35 funtów. Najnowsze wyceniono tylko po 10 funtów, a i tak szacuje się, że czternaście wypieszczonych albumów Beatlesów rozejdzie się na świecie w zaledwie pięciomilionowym nakładzie.


W ostatnich latach Apple Corps Ltd., reprezentująca dorobek Beatlesów, przyjęła odmienną politykę wydawniczą niż firmy dbające o interesy innych artystów. Do sklepów trafiały nagrania spoza głównego katalogu zespołu, które promowano jako nowe albumy liverpoolczyków. W 1994 r. pod tytułem "Live At BBC" ukazał się materiał z sesji dla brytyjskiego radia, który osiągnął ośmiomilionowy nakład. W ramach serii "The Anthology" wydano trzy podwójne albumy z odrzutami z sesji nagraniowych oraz album książkowy. Powstał również ośmioodcinkowy serial telewizyjny, który obejrzało 400 mln widzów na całym świecie. Następnie ukazał się album ze wszystkimi piosenkami z filmu "Żółta łódź podwodna", prawdziwa wersja płyty "Let It Be", dwa boksy z amerykańskimi wersjami albumów grupy i płyta "Love" z muzyką do musicalu o Wielkiej Czwórce. W 2000 r., czyli 31 lat po rozwiązaniu zespołu, pojawiła się składanka "1" z piosenkami, które dotarły na szczyt list przebojów w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Był to najpopularniejszy na świecie album tamtego roku i jak dotąd sprzedano go w zawrotnej liczbie 31 mln egzemplarzy.


Hity o krótkiej przydatności do spożycia

W ciągu ostatniej dekady sytuacja na rynku muzycznym drastycznie się zmieniła. Nie tylko zniknęła z rynku kaseta, spadła sprzedaż kompaktów, a dzisiejszy klient woli kupować muzykę w sieci, ale przede wszystkim muzyka rockowa przestała być dla młodego pokolenia towarem o znaczeniu podstawowym. Młodzi ludzie nie kolekcjonują płyt, bo muzyki słuchają przez iPody, które w sposób błyskawiczny zapełniają ulubionymi piosenkami. I równie szybko te numery, które już się znudziły, zastępują nowymi - potencjalne rockowe hymny mają dziś przydatność do spożycia tylko nieco dłuższą niż guma do żucia. Trudno się zatem dziwić, że zyski ze sprzedaży muzyki w skali globalnej zmniejszyły się w ciągu ostatnich trzech lat o 4,6 mld dol. Z drugiej strony popularność gier wideo sprawiała, że świat muzyki zerka w tę stronę z dużym zainteresowaniem.

W 2005 r. pojawiła się pierwsza z serii gier "Guitar Hero". Do dziś kolejne edycje rozeszły się w ponad 25 mln egzemplarzy i przyniosły zysk na poziomie ponad 2 mld dol. Nowa wersja karaoke, wymuszająca zręcznościową wirtuozerię w naciskaniu klawiszy na plastikowych instrumentach, okazała się strzałem w dziesiątkę. Równie dużym powodzeniem, co złożone z standardów rockowych, cieszyły się wydania z utworami pojedynczych wykonawców, takich jak Aerosmith, Metallica i AC/DC. Apple Corp Ltd. zareagował na potrzeby rynku błyskawicznie. Odłożył na cztery lata wydanie zremasterowanych już albumów Wielkiej Czwórki i zaangażował się w projekt "The Beatles: Rock Band". Koncern EMI, wydawca nagrań Beatelsów, po raz pierwszy wydał zgodę na wykorzystanie 45 piosenek swoich największych gwiazd w celach innych niż umieszczanie ich na nośnikach dźwięku.


Koniec ery rocka

Kiedy celem wydawniczym dla muzyki stają się gry komputerowe czy dzwonki do telefonów, można już mówić o końcu ery rocka. W ostatnich latach przemysł fonograficzny, widząc nadchodzący upadek, żywił się wznowieniami starych dzieł dawnych rockowych gwiazd. W ciągu ostatnich miesięcy ukazały nowe edycje dyskografii U2, Radiohead, Joy Division czy Procol Harum wzbogacone o wszelakie śmiecie w rodzaju nagrań koncertowych, utworów demo i odrzutów z sesji studyjnych. Katalogi The Doors, Genesis, Nicka Cave’a, Talking Heads, R.E.M., Bjork czy Depeche Mode otrzymaliśmy w wersjach surround. Japończycy wyspecjalizowali się w wydawnictwach kompaktowych wiernie kopiujących okładki płyt winylowych - właśnie ukazało się 6-kompaktowe wydanie "Dzwonów Rurowych" Mike’a Oldfielda. Czasem zdarzają się epokowe odkrycia, wedle których pierwszy album The Doors czy arcydzieło Milesa Davisa "Kind Of Blue" znaliśmy w wersjach niezgodnych z zamierzeniami artystów. Okazało się, że nagarnia zostały zgrane na nietrzymające prędkości magnetofony. Błąd naprawiono po latach i... jakoś tłumy nie pobiegły do sklepów.

Wszystko wskazuje na to, że wydanie zremasterowanej dyskografii Beatelsów będzie ostatnim tchnieniem tradycyjnie rozumianej fonografii. Wznowienia starych płyt ikon rocka wciąż będą się ukazywały, tylko przy coraz mniejszym zainteresowaniu odbiorców. Technologia cyfrowa czyni cuda, więc zapewne pojawią się też nowe płyty firmowane obliczami chłopców z Wielkiej Czwórki na okładkach, jednak to na pewno nie będą płyty Beatlesów. Niektórzy przepowiadają, że gra "Rock Band" przyćmi Jezusa i Lennona razem wziętych. Możliwe zatem, że Beatlesi przetrwają w świadomości potomnych jako cyfrowe postacie z muzycznych animacji.